Zbrodnia wg Christie (1)

Dzisiaj coś zupełnie nowego. Nie obiecuję częstych uaktualnień dla tego opowiadania, jedyne co mogę obiecać to z pewnością zakończenie, jakiego się nie spodziewacie. Klasyka dla mnie 🙂

Zbrodnia wg Christie

Streszczenie: Zostaje dokonana zbrodnia – morderstwo… nikt na początku nie wie, dlaczego jej dokonano. Ani kto będzie jej ostateczną ofiarą.

Uwielbiam historie pisane przez Christie. Oprócz niekiedy kompletnej niedorzeczności, rzecz jasna, najwyraźniej zrodzonej z nadmiaru pomysłów i dosyć nudnego życia, zawsze w każdej książce okazuje się że wszystko sprowadza się do pieniędzy. Często po drodze jest jakaś historia miłosna, zakochana biedna dziewczyna i można wykluczyć z najbardziej oczywistych powodów tą osobę z listy podejrzanych o zbrodnię. Cóż, w takim wypadku znajdę się na liście podejrzanych, nie jestem bowiem ani zakochana, ani nie miałam powodów zamordować nieboszczyka z zimną krwią. O nie, zimna krew na pewno nie wchodziłaby w grę – zamordowałabym go w szale.

Historia zbrodni nie była wcale prosta i oczywista, stąd zapewne porównanie do Christie. Nic nie wydawało się takie, jak na początku. Dla morderstwa miała być widownia i była. Między innymi z moim udziałem. Sama nie wiem ostatecznie co o tym sądzić. W każdym bądź razie dzisiaj przywdziewam czerń, by udać się na pogrzeb. Potem będzie stypa, na którą prawdopodobnie wredna rodzinka mnie nie zaprosi i uda, że nie wie o moim istnieniu. Ale tak to bywa, kiedy umiera milioner i rodzinka strzępi sobie pazury na jego fortunę.

~ * ~

Urodziłam się w zamożnej rodzinie. Tak zwana „wyższa klasa średnia”. Jak zwał, tak zwał, pieniędzy było dosyć by wykształcić dzieci, synom dać kawałek jakiejś firmy i lukratywne znajomości, córki wyposażyć na nowej drodze życia, a żona mogła leczyć nieobecność męża w SPA nosząc naszyjniki z prawdziwych pereł. Typowa rodzina w tej klasie społecznej. Czasem nawet tęsknię za tamtymi chwilami, przynajmniej dopóki nie przypomnę sobie, dlaczego mój ojciec znajdowałby się na szczycie najbardziej nielubianych przeze mnie osób, gdyby tylko jeszcze żył.

Sielanka ekonomiczna jednak skończyła się szybko wraz z jego śmiercią. Szczęściem lub nieszczęściem, byłam szczeniacką nastolatką, zdecydowanie najmłodszą z pięciorga rodzeństwa i żyjącą od internatu do internatu (z którego nie zdążyli mnie wywalić przed śmiercią ojca). Jak bywa w powieściach, śmierć nastąpiła w najbardziej odpowiednim momencie, kiedy jego finansowy dobrobyt się zawalił. Matki nie było stać na moją szkołę i wychowanie mnie, więc zlitował się nade mną jeden ze starszych braci, z którym dotychczas zamieniałam może ze dwa zdania z racji rodzinnych zjazdów, bo inaczej nie wypadało. Dobry człowiek generalnie, ale strasznie durnie się ożenił. W każdym bądź razie zamieszkałam z nim i jego żoną, chodząc nadal do tej samej szkoły.

Lisa zaczęła mnie nienawidzić chyba w momencie, kiedy mój brat powiedział, że będzie płacić moje rachunki. Więc rzecz była przesądzona przed moją przeprowadzką. Próbował także przejąć opiekę nad mamą, zupełnie nieprzygotowaną do sytuacji, ale naprawdę musiała mocno wybić mu to z głowy.

Szok ekonomiczny był tylko jednym z problemów, z którymi mama zupełnie sobie nie radziła. Ostatecznie bracia i córeczki zrzucili się po trochu na rentę dla niej, by niczego jej nie zabrakło. Jak ktoś wydaje 10 kafli na sukienkę, to nie przeżyje za tyle przez miesiąc. Ale nie to ją załamało, najgorszy był spadek towarzyski, nagle znalazła się na samym dnie drabiny miast jak dotychczas błyszczeć. Nie było obok nikogo, na kim mogłaby się wesprzeć, kto by wszystkim by się za nią zajmował, a ona byłaby tylko laleczką. Brutalne zderzenie z rzeczywistością wystarczyło, by już nigdy się nie podniosła. Zachorowała niecały rok po śmierci taty. Zapalenia płuc nie bywają śmiertelne, jednak jak ktoś ma złamanego ducha to i przeziębienie go zabije.

No i zostałam sierotą na wyłącznym utrzymaniu brata. Do dziś go lubię, nie za pieniądze które wyłożył bym otrzymała tą samą ekskluzywną edukację co moje starsze siostrunie. Pozostałe rodzeństwo jest mi obojętne. No ale jak tu nie lubić kogoś, kto z własnej woli miał cierpliwość do nastoletniej durnoty i chodzenia na wywiadówki do snobistycznego liceum? Ja nie wyłamuję się z konwencji.

Nienawiść Lisy zaczęła rosnąć w postępie geometrycznym, i osiągnęła takie apogeum pod koniec szkoły średniej, że nawet zdołała przekonać męża by wysłał mnie na studia do Richmond, a nie gdzieś bliżej. Akademik i te sprawy, czyli wynocha z domu. Irytowałam ją niezmiernie, czy też uwaga mężczyzn zaczynająca skupiać się na mnie. Tego śliczna laleczka, już opatrzona wszystkim wokół, znieść nie potrafiła. Obiektywnie trudno mi ocenić, czy będąc osiemnastą rzeczywiście przyciągałam facetów czy był to po prostu efekt świeżości.

Wykształcenie, które miałam zapewnione od rodziny, nie przygotowywało w ogóle do rynku pracy i pracy w samej sobie. Do radzenia sobie w normalnym życiu. Żadnych przydatnych umiejętności na ryku pracy, nie licząc znajomości języków (ale Amerykanom i tak to przecież niepotrzebne, wszyscy w końcu po angielsku chcą). Zamiast pożytecznych znajomości, byłam przez innych traktowana niepoważnie jako laleczka do przetrzymania w biurze nim znajdzie sobie męża. Bo taki był życiorys kobiety w naszej sferze. Richmond podłożyło mi znacznie więcej kłód pod nogi niż mogłam się spodziewać w najczarniejszych przypuszczeniach. Do dzisiaj ciągnie się za mną to przekleństwo. Jak masz nie te znajomości wśród większości kadry menedżerskiej, albo co gorsza efektem pajęczyny idzie to dalej, szanse na lepszą pracę są nikłe.

Kasjerką w markecie nie chciałam zostać. Odcięłam się w większości od starych znajomych, pseudo dbającej rodziny i przez pierwszy rok jakoś sobie radziłam dzięki dorywczym pracom. To była wegetacja, nie życie. Brakowało mi wszystkiego i nie miałam przyjaciół, na ramieniu których mogłabym się wypłakać.

W końcu zostałam kelnerką w jednym z licznych barów w Nowym Jorku. Był dosyć specyficzny, ulubione miejsce wszelkich programistów. Właściciel był starym policjantem na emeryturze, nie cierpiał jak ktoś mu psuł biznes. Przystojny barman podrywający nieliczne panie bywające w tym barze nie był mu w smak, więc któregoś dnia wylądował na bruku a ja jako zastępstwo dla niego. Los wreszcie się do mnie uśmiechnął. Bardzo przyjemne uczucie… Nie zakłóciła go nawet wieczna praca wieczorami i po nocach, upierdliwy synalek szefa uważający, że może dobierać się do spódnic pracownic ojca, czy pretensje rodziny iż nie odwiedzam ich ani nie raportuję co u mnie.

Nie wiem nawet czy to wynikało z chęci uniknięcia awantur i wtrącania się w moje życia, czy ze świadomości ich te awantury i wtrącanie byłyby w głównej mierze spowodowane wstydem. Moje rodzeństwo uważało, iż kobieta pracująca przynosi wstyd i hańbę ich nazwisku i pozycji, a siostra-barmanka to już tragedia narodowa której należałoby zapobiec wszelkimi środkami.  A potem szybciutko wydać za jakiegoś obleśnego gnoja z pieniędzmi, bym na zawsze utknęła w pieluchach.

Nie chciałam z tym wszystkim konfrontować. Znalazłam swoją bezpieczną przystań. Wiedziałam, że to nie na zawsze, w końcu życie było życiem, ale okres pracy u Tada był najszczęśliwszym w moim życiu.

~ * ~

„Niki to taka czarna owca w rodzinie. Większość tak o niej myśli, głupia buntowniczka – przynajmniej powierzchownie by się przystosowała, a swoje mogłaby robić po cichu. Albo myślą, że mama za wcześnie umarła i nikt jej nie przytemperował kiedy była do tego okazja. Lisa w końcu się do tego kompletnie nie nadawała.”

„Ty tak nie uważasz.”

„Nie. Absolutnie nie.” parsknął i dyskretnie rozejrzał się po lokalu, upijając łyk doskonałej kawy „Jest najinteligentniejsza z nas wszystkich, i najbardziej konsekwentna w swoim działaniu. Bierze za siebie odpowiedzialność, nie ma postawy roszczeniowej.”

„Więc dlaczego nie jest pierwszym prezydentem-kobietą?” spytał ironicznie. Dotychczas bardziej ta rozmowa przypominała wychwalanie Niki do potęgi, w mocno wyważonych i ostrożnych słowach. Nawet jej wady były odpowiednie. Co tylko mówiło mu doskonale, dlaczego tą rozmowę przeprowadzał i że druga strona o tym doskonale wiedziała.

„Bo do tego potrzeba umiejętności wpływu na innych, inteligencji emocjonalnej na poziomie dla niej niewyobrażalnej. Jeśli ktoś by potrzebował pracownika z umiejętnościami miękkimi, to byłaby pierwszym kandydatem na antyliście. Kiepski z niej polityk, ale strateg biznesowy, tam gdzie liczą się liczby i następstwa konkretnych działań radzi sobie bardzo dobrze.”

„Czy to zaawolowana sugestia, iż aby do czegokolwiek przekonać twoją siostrę, trzeba jej przedstawić konkretne korzyści?” spytał z lekkim niedowierzaniem w głosie. To było tak niepodobne do Niki, że zaczął się zastanawiać czy rzeczywiście był sens pytać o cokolwiek więcej swojego potencjalnego szwagra. Z taką znajomością Niki wszystko co dzisiaj usłyszał było guzik warte.

„Naturalnie. Jest praktyczna do szpiku kości. Przedstawiasz konkretną cenę za konkretną rzecz, jedyny problem z Niki jest taki, że najczęściej podaż z popytem się u niej nie ma szans spotkać.”

„Kwestia ceny.” zauważył. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał dzisiaj. Zdecydowanie. Jego nadzieje powoli się rozwiewały.

„Raczej jej rodzaju. Ludzie nie mają zielonego pojęcia, o czym myśli i co jest dla niej ważne, czego pragnie. I nie są w stanie tego zaoferować. Sporo czasu zajęło mi zrozumienie tego prostego faktu, iż ona nas unika bo nie chce tego co my jej oferowaliśmy… siłą. Życzę powodzenia. Przekonanie jej do twoich planów nie będzie ani proste ani tanie. I nie mam tu na myśli pieniędzy.”

~ * ~

O tym, że Eryk i Tom spotkali się za moimi plecami dowiedziałam się dopiero po śmierci tego drugiego. To znaczy ofiary zbrodni, która potrzebowała widowni. Dyskomfort i zdziwienie, po czym lekkie wzruszenie ramionami. No bo czego od siebie mogli chcieć? Eryk chciał wytrąbić od niego pieniądze, albo Tom chciał od niego wytrąbić coś innego. I niekoniecznie ja musiałam być mianownikiem wspólnym tej transakcji.

Nie jestem pępkiem świata, nie wszystko kręci się wokół mnie…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *