Wina (8)

8.

Bez najmniejszego słowa rzucił na wpół zjedzoną frytkę na talerz i pognał za nimi. Zdążył przechwycić szarżującą dwójkę na korytarzu.

„Zwariowaliście?” syknął, trzaskając jednego z nich o ścianę. Tego większego. Charles Luis III Carpenter. Kuzyn Damiana. Stare, duże pieniądze. Ale w tej chwili nie dbał, ile jego starzy mieli władzy w mieście, jeśli w cholerę chociaż na jotę pokrzyżuje mu plany.

„Wyluzuj, chłopie!” Charlie wyszczerzył zęby „Tylko szliśmy za synalkiem szeryfa.”

„O tym właśnie mówię.” warknął niespecjalnie miło „Zostawcie go w spokoju.”

W korytarzu pojawiła się kolejna dwójka z drużyny.

„Posłuchaj… ten kretyn rozpuszcza paskudne plotki o twojej dziewczynie…” spojrzał na kapitana wyzywająco „I ‚rozdziewiczenie’ to jedno z najłagodniejszych określeń, jakich używają.”

Cody zacisnął pięści ze złości.

„On jest ich tematem i owszem, słyszałem.” warknął w tym samym tonie co poprzednio „Nie sądzisz, że wolałbym sam się tym zająć?”

Chrząknięcie aprobaty z pozostałych gardeł trzech świadków mówiło wystarczająco dobitnie, iż nie tylko słyszeli to, co powtórzyła mu Kristen, ale znacznie gorsze rzeczy. Wśród facetów tego typu plotki były zazwyczaj o wiele paskudniejsze. Aż mu cierpła skóra ze złości. Ale to nie był ani czas ani miejsce, by to załatwić. Nie w szkole, gdzie każdy mógł wejść w dowolnej chwili, nie wspominając, że jak skończy z Valentim, to facet nie będzie w stanie wrócić do domu o własnych siłach.

„W porządku.” Charlie uniósł ręce na znak poddania się. Nie chciał zaczynać z Nayarem. Facet nie bez powodu był kapitanem ich zespołu. Był nie tylko silny i wystarczająco inteligentny, by zrobić z tej siły jak najlepszy użytek. Był uparty jak diabli. Jeśli chciał Parker z powrotem, to żaden z facetów nie miał wątpliwości, że ją dostanie z powrotem i to na kolanach. A w międzyczasie przydałaby mu się drobna pomoc, żeby zbytnio nie narozrabiał. Ostatecznie, po to przyjechali z nim do Roswell. Nieprawdaż? Jeśli teraz sam dałby w kość Valentiemu, to szybko wyszłoby wszystko na jaw i prawdopodobnie musiałby wrócić pierwszym samolotem do Los Angeles.

Cody rozluźnił się nieznacznie.

„Później się nim zajmiemy.”

‚My’ zabrzmiało niczym ogłaszający zbawienie chór anielski w uszach jego kolegów.

„Wracajcie do stolika i chociaż spróbujcie udawać, że wszystko gra! Nie chciałbym jeszcze was na dodatek niańczyć.”

Jak mogli odmówić takiej prośbie?

~ * ~

Liz zmartwiona obserwowała, jak Cody szarżuje za dwójką swoich kolegów, a zaraz za Cody’m kolejna dwójka znika za drzwiami bocznego korytarza.

To nie mogło skończyć się dobrze. Nie uszły jej uwadze nieprzyjemne spojrzenia, jakimi obrzucali ją jego koledzy. Czego innego zresztą mogła się spodziewać, skoro w ich oczach wyrolowała go nie podając nawet sensownego powodu?

Odetchnęła nieznacznie z ulgą, kiedy za chwilę Cody najspokojniej w świecie wrócił, a za nim posłusznie cała czwórka. Zaniepokoiła ją jednak wymiana spojrzeń między nim a Kristen, kiedy przechodził obok ich stolika. Niemal niezauważenie potrząsnął przecząco głową. Z piersi Kristen wydobyło się całkiem słyszalne westchnienie ulgi.

Kyle Valenti będzie żył. Przynajmniej na razie.

No co? Lubiła chłopaczka.

„Co to do diabła było?” Liz spytała niepewnie obok niej, kiedy w końcu była pewna, że gwar w stołówce na pewno zagłuszy jej pytanie od innych osób przy stoliku.

„Naprawdę nie wiesz?” zdziwiła się. Czasami Liz nie miała zupełnie pomysłu, jacy zaborczy i zazdrośni potrafią być chłopcy. Najmniejszego. Tymczasem Cody przyjechał do Roswell, żeby ją odzyskać, a tymczasem powitała go taka nowina. To musiało wywołać jakąś reakcję. Ale nawet gdyby Cody’emu wisiało, co mówią o Liz – a prędzej piekło by zamarzło niżby do tego doszło – koledzy z drużyny z całą pewnością nie daliby spokoju tej plotce. Nie, żeby ją kultywowali. Wręcz przeciwnie. Liz była dla nich wciąż dziewczyną Cody’ego i każdy dureń z innego Liceum obrażający ją w jakikolwiek sposób, co dopiero taki, był dla nich śmiertelnym wrogiem. Mogła coś o tym powiedzieć.

„Nie.”

Kristen westchnęła i wróciła do jedzenia własnych frytek. Pożywienie w Roswell do najzdrowszych nie należało i raczej będzie musiała przejść na dietę po powrocie do domu. Jakim cudem Liz przez te wszystkie lata zachowała nienaganną figurę pozostawało dla niej niezgłębioną tajemnicą.

„Zespół Cody’ego przeciw zespołowi Kyle’a.”

Zmarszczka między brwiami Liz mówiła dobitnie, że wciąż nie skumała. Może to i lepiej. W ten sposób o kilka minut dłużej mogła pozostać tą samą niewinną dziewczyną, którą poznała w kwietniu…

„To sprawy chłopaków.” mruknęła pod nosem, posyłając ostrzegawcze spojrzenia innym dziewczynom „Kyle… mimowolnie wkurzył Cody’ego. Pozwól im załatwić to między sobą.”

Taaak, to chyba była najmądrzejsza rada, jaką udzieliła dzisiaj, stwierdziła widząc zmartwione spojrzenie Liz. Biedactwo. Przecież ona nie ma zielonego pojęcia o tych sprawach. Nic dziwnego, że Cody pilnował jej jak oka w głowie, a faceci się aż tak wkurzyli, że ktoś ośmielił się zbrukać imię jego dziewczyny. Przy kalifornijskich standardach jest jeszcze jak dziecko.

~ * ~

Kyle odetchnął z ulgą, słysząc oddalające się kroki. Byłby kompletna ciotą, gdyby nie znał ich intencji. Cody powstrzymał ich… tym razem. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że następny będzie dużo, dużo gorszy. Z młodym Nayarem jako prowokatorem.

Wisielczo pomyślał, że to teraz jemu, nie Liz przydałaby się ochrona. Czasami bycie najlepszym przyjacielem miało swoje koszty… Westchnął ponuro. Z jednej strony, mógł się bronić i zaprzeczać, ale plotek rozsianych przez Tess nie potrafił powstrzymać mimo wielu wysiłków. Zupełnie jakby włożyła tę myśl do kilku umysłów. Całkiem możliwe, biorąc pod uwagę zdolności tej diablicy.

Inna sprawa, że jeśli nie da się sprać na absolutnie kwaśne jabłko, reputacja Liz ucierpi jeszcze bardziej. Pod tym względem była skończona w Roswell i przez tę obcą sukę paskudne plotki dotrą także do Kalifornii. A przecież jednym z powodów, dla których Liz tak odcięła się od spraw rodzinnego miasta, była chęć ucieczki od obcego zamieszania. Paradoksalnie, to właśnie druga odsłona dramatu o jakże wdzięcznym tytule ‚Mordująca Tess powraca’ ściągnęła wcale nie zadowoloną z tego faktu Liz do Roswell.

Ale czy nawet jeśli straci kilka zębów – Langley z całą pewnością pokryje rachunek, widział o wiele dziwniejsze rzeczy jakich się dopuszczał by chronić swoją ukochaną jedynaczkę – albo przez pół roku nie będzie zdolny grać, czy to naprawdę pomoże Liz? Jasne, trochę załagodzi to sytuację ale z całą pewnością nie pomoże na dłuższą metę. Jedynym dostępnym rozwiązaniem było zlikwidowanie plotki raz na zawsze. Ale wtedy znowu Evans chodziłby z cielęcym wzrokiem za Liz…

Jakby tego wciąż nie robił… zgryźliwie podpowiadało sumienie.

Westchnął, włączając wodę. Opłukał twarz, ale w głowie miał mętlik. Musiał coś zrobić, inaczej nie tylko nie powstrzyma tego ekspansywnego bagna, ale sytuacja wręcz eskaluje do otwartej, krwawej wojny męskiej populacji obu liceów. Poza tym była ta śliczna brunetka, nowa przyjaciółka Liz… palce aż go świerzbiły, by wybrać tak ciężko zdobyty numer jej komórki i umówić się pod byle pretekstem. W tej sytuacji było to naprawdę nierealnym marzeniem. Musiał znaleźć jakiś sposób, by wyczyścić sytuację… nie ściągając na siebie całego brudu.

„Ale numer…” usłyszał nagle słaby żeński głos. Znieruchomiał.

„Taaa. Któżby pomyślał, że takie małe niewiniątko jak Parker potrafiłaby zdobyć takiego faceta.” w głosie drugiej dziewczyny pobrzmiewało rozbawienie. Kyle nadstawił ciekawie ucha, bezszelestnie otwierając drzwi od toalety. Ku swojemu bezbrzeżnemu zdumieniu ujrzał w przelocie Pam Troy i jedną z jej papużek-nierozłączek. „Widziałaś, jak on na nią patrzył?”

„Jakby miał ją wziąć tu i teraz na podłodze stołówki?” Pam roześmiała się wdzięcznie. Dzisiaj mogła być miła nawet dla Parker, skoro to dziewczę mimowolnie dostarczyło jej takiego tematu do plotek. „Chociaż pewnie nie chciałby jej odzyskać przez pieprzenie ją po raz pierwszy między krzesłami roswellowskiej stołówki.” parsknęła z rozbawieniem.

Jej koleżanka przystanęła zdumiona.

„Chyba kpisz sobie ze mnie… chcesz powiedzieć, że oni nigdy nie…?”

„Przecież to widać jak na dłoni. I każdy facet w Dubois o tym wie. Nie widziałaś, jak przed chwilą ścigali Valentiego?” Pam wydęła wargi w rozbawieniu „Dzieciątko Parker wreszcie dorasta. Nie mogę doczekać się, co z tego wyniknie.”

Bingo! Pomyślał Kyle w oszołomieniu. Dzięki ci, o Buddo, za Pam Troy. Czasem nawet ktoś taki jak ona się przydaje….

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *