Wina (5)

5.

Zastanawiając się w duchu, dlaczego czuje się jak dzieciak uciekający z przedszkola, Kyle następował za Liz i odmawiał w duchu wszystkie znane mu modlitwy do mądrego Buddy, by go natchnął. Liz nigdy nie uciekała z lekcji. Dyskretnie wybrał numer alarmowy na komórce. Sygnał na pewno poszedł do wszystkich ochroniarzy w okolicy. Przy odrobinie szczęścia, zdołają ich złapać zanim opuszczą teren szkoły.

Jego nadzieje zaczynały się rozwiewać, kiedy Liz bezceremonialnie podreptała chodnikiem koło boisk, nie rozglądając się nawet na boki – prawdopodobnie w obawie przed ujrzeniem wiadomej osoby – a on nie mając zbytniego wyjścia podążał za nią. Przeskoczyła ogrodzenie jednym susłem. Diabelnie, dziewczyna nabrała kondycji w tej Kalifornii.

„Idziesz?” mrugnęła do niego porozumiewawczo. Niemal czuł na plecach sztylety spojrzeń kilku graczy Dubois. Przyjaźń to ciężka sprawa.

Ale jego modlitwy jednak chyba zostały wysłuchane, bo dwie sekundy później zobaczył wyłaniający się zza rogu zielony samochód. Dzięki. Dzięki. Dzięki! Zaśpiewał radośnie w duszy.

Uśmiechając się pod nosem obserwował, jak auto zatrzymuje się tuż obok nich i kierowca wysiada.

„Jakiś problem, Sebastian?” Liz usiłowała grać dobrą minę do złej gry.

„Jeszcze nie… ale zaraz będzie, jeśli nie wrócisz na teren szkoły.” groźne spojrzenie mężczyzny spoczęło na nastolatce. Nie zmieszała się ani na jotę. Nie ma co, lekcje u Langleya się przydały.

„Mam okienko.”

„No jasne.” zakpił, zerkając na zegarek „Masz wf, z którego jesteś zwolniona. Przez jeszcze kwadrans.”

„Wyluzuj, Seb. Tylko idziemy do sklepu.”

„Więc idę z wami.” uśmiechnął się łobuzersko.

Diabelnie. Nie ma mowy!

„To nie bulwary Kalifornii.” burknęła „Kręcicie się wszędzie, robicie co chcecie, póki nie zawracacie mi głowy. Taka była umowa. Nieprawdaż?”

„Umowa nie włączała śledzenia szurniętych nastolatek na wagarach.” odparował, zarabiając groźne brązowe spojrzenie.

„Sugerujesz, że jestem szurnięta?” spytała zimno.

„Sugerujesz, że właśnie nie miałaś zamiaru zwiać?” spytał w podobnym tonie. Kyle obok tylko westchnął. Ta rozmowa nie prowadziła donikąd, a cała ta sytuacja zaczynała przyciągać niepotrzebną uwagę. Klasnął w dłonie, łapiąc uwagę obojga.

„Słuchajcie, możecie kłócić się po drodze.”

„Po drodze z powrotem na lekcje?” Sebastian zasugerował stoicko.

„Jezu, szliśmy tylko do sklepu.” Kyle jęknął dramatycznie.

„Uczniom nie wolno wychodzić poza teren szkoły w trakcie zajęć.”

„Chrzanić regulamin.” Kyle burknął, już idąc dalej chodnikiem „Idziesz czy nie? Naprawdę czasu to my nie mamy wiele.”

~ * ~

„Zaczynam lubić Valentiego.” Kristen zachichotała cicho, nie przejmując się morderczym spojrzeniem posłanym w jej kierunku przez Cody’ego. Oczywiście zauważyli Liz jak tylko zeszła z trybun, a za nią syn szeryfa. Przejście koło boisk było nie lada odważnym wyczynem, biorąc pod uwagę, że wszyscy Kalifornijczycy wylegli z lekcji na powietrze pod byle pretekstem. Oczy chyba każdego chłopaka były utkwione niczym sztylety w Valentim; nie ma to jak solidarność kalifornijskich plemników… musiała więc wziąć sprawy w swoje ręce i pomaszerować za nimi. Starcie z Sebastianem, którego słabo pamiętała z Los Angeles było niezmiernie ciekawe. Dyplomatyczne umiejętności Kyle’a także. Nie dość, że powstrzymał Liz od zwiania, to jeszcze potrafił zachować pozory wiernego przyjaciela. Całkiem imponujące. „Poważnie. Słyszeliście kiedyś, żeby Liz wiała ze szkoły?”

„Ktoś tu najwyraźniej usłyszał, że moja wczorajsza wizyta nie była jedyną złożoną w tym mieście.” Cody skwitował, chociaż ostatnie czego w tej chwili pragnął, to pozwolić Liz wyjść z tym typkiem. Przyjaciel. Jaaasne. Będzie miał małą rozmowę z Valentim.

„Co robimy?” Damian zreflektował się. Dzwonek na przerwę boleśnie wbijał się w jego niewyspaną głowę.

„Idziemy na lekcje.” Cody uśmiechnął się zawadiacko, zerkając na swój plan. Następna była biologia. Biologia z Liz, Maxem Evansem oraz Marią DeLucą. To będą nadzwyczaj interesujące zajęcia. Szczególnie, że był jedynym nowym w tej klasie. Szczególnie, że po powrocie do Roswell Liz nie miała pary. Wiedział o tym z dobrze poinformowanego źródła. Kristen i inne dziewczyny już mu doniosły pełen szczegółów plan zajęć Elizabeth Parker, włączając w to nawet kiedy i co je na drugie śniadanie i przy jakim stoliku! Chearleederki jednak do czegoś bywały przydatne. Szczególnie, iż chciały powrotu ich koleżanki po fachu do szefa reprezentacji. Uhuha.

Nadal z dzikim, kocim uśmiechem na twarzy, szedł przez główny hol. Jakaś blond zimnica posyłała mu gromy wzrokiem. Zignorował ją. Po cholerę miał się przejmować jakąś tutejszą niewyżytą blondi, skoro za kilka minut usiądzie w jednej ławce z Liz?

Cody Nayar miał bardzo sprecyzowany plan na to, jak odzyskać dziewczynę. I ten plan nie uwzględniał porażki.

~ * ~

Liz westchnęła nieszczęśliwie, klapiąc na swoje siedzenie w sali biologii. Było już po dzwonku, a Maria wysyłała jej szalone znaki. Oooch, doskonale wiedziała, dlaczego. Jakżeby mogła nie wiedzieć?

W stronę Maxa wręcz bała się spojrzeć, by nie napotkać jego zranionych złotych oczu. Nigdy mu nie mówiła, że w Kalifornii kogoś miała. W ogóle nie mówiła o Kalifornii. Do teraz plotki na pewno do niego dotarły. Imprezująca młodzież z Dubois zapewne zapuściła już korzenie w Crashdown. Musiałaby mieć niewiarygodne szczęście, by nie usłyszał niczego. A szczęście to był u niej ostatnio wyjątkowo deficytowy towar.

Nie podniosła głowy, kiedy wszedł nauczyciel. Rozpakowała plecak, nie patrząc na nikogo, dopóki nie usłyszała, jak zostaje przedstawiony nowy uczeń z wymiany. Zdumiona spojrzała prosto w szare oczy Cody’ego.

Diabelnie, był całkowicie powalający w jasnych dżinsach i ciemnej bluzie, z tym stoickim wyrazem twarzy i nieco potarganych, przydługich włosach. Uwielbiała jego włosy. Mogła się nimi bawić godzinami…

Otrząsnęła się z szoku, pochylając głowę. Nie drgnęła nawet na milimetr, kiedy nauczyciel kazał mu usiąść obok niej.

Cały dzień wszystko szło jak na opak. Najpierw nieprzespana noc, potem nowiny o Cody’m w szkole, potem nieudana ucieczka z lekcji. A na dodatek w sklepie Sebastian zauważył, że coś było nie tak z jej twarzą. Widziała jego badawcze spojrzenie. Czy makijaż, nad którym spędziła prawie dwie godziny był na tyle doskonały, by ukryć ciemne wybroczyny? Opuchlizna zeszła całkowicie, głównie dzięki żelowi przeciwko kontuzjom, który dostała od trenera. To był silny środek, wydawany tylko na receptę, ale psiakrew, potrzebowała tego, by się szybko goiło. Uzdrowicielskich mocy nie miała. A nie wątpiła, że kiedyś nadejdzie kolejny cios. To była Nancy, jednak.

Cody usiadł obok niej, mówiąc krótkie ciche ‚hej’. Nie troszczyła się nawet o odpowiedź. Wszystko wymykało się spod jej kontroli. Nie zdołała kupić środków przeciwbólowych pod nosem Sebastiana, a te łyknięte rano właśnie przestawały działać. Nie chciała wiedzieć, jak przy jej zmęczeniu jej twarz będzie boleć za kilkanaście minut. Obecność Cody’ego obok niej gwarantowała dziki przypływ hormonów do krwi. Piętnaście par oczu skupionych na nich gwarantowało zaś rychły ból głowy. Wszystko wymykało się spod kontroli. Nawet spod pozorów kontroli. Dlaczego jej życie nie mogłoby chociaż raz się wyprostować ot tak, z siebie? Czy zawsze fatum musiało się na nią uwziąć? Wcale nie była taka niezwykła. Wcale nie życzyła sobie spotkania kosmity, problemów rodzinnych ani ogromnego majątku.

Przez następny kwadrans czyniła ogromne wysiłki, by ignorować posyłane w jej stronę ciekawskie spojrzenia, szepty, aż wreszcie kulki papieru. Była dziwnie świadoma obecności Cody’ego tuż obok. Szczęśliwie, ta lekcja była tylko teorią, nie mieli żadnych ćwiczeń praktycznych i nie musiała z nim współpracować. Sytuacja była wystarczająco niezgrabna.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *