Wina (4)

4.

Cody, Damian i Kristen wymknęli się cichaczem ze swoich lekcji i pognali w umówione miejsce. Nikt specjalnie nie zwracał na nich uwagi, szczególnie od kiedy to uczniowie z Dubois trzymali się zawsze na początku razem. Usiedli więc na trawie pod niedużą grupką drzew na tyłach boiska do koszykówki.

Chyba przez kwadrans milczeli, żadne nie do końca pewne, co powiedzieć, od czego zacząć. Kristen wiedziała najwięcej, ale wcale nie była pewna, czy chce przekazać to wszystko. Cody’emu naprawdę zależało na tej dziewczynie, a to, czego się ostatnio dowiedziała, iż nie był jedynym takim osobnikiem w życiu Liz Parker, trochę komplikowało sytuację. Ale od czego miało się przyjaciół?

Blondyn westchnął ciężko, rozkładając się jak długi na trawie. Nie spał za wiele ostatnio, a poprzednią noc spędził na analizie sytuacji. Kiedy pierwsze zamglenie winą ustąpiło, a włączył się rozsądek, wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. Damian miał rację. Liz nigdy nie widziała sensu w tym, by byli razem. Jedyne, co ją trzymało więc przy nim, to uczucia. A po wczorajszej nocy miał czarno na białym wyłożone, iż one wcale nie uległy zmianie. Coś więc musiało się stać, że go rzuciła. Coś, czego nie chciała mu wyjawić. Pamiętał doskonale, jak nieśmiała i spokojna była na początku ich znajomości, pamiętał, jak ciężko było jej prosić o cokolwiek albo wtajemniczać w jej kłopoty. To zawsze było dla niej ogromnym problemem. Czy więc ta sama sprawa, która przygnała ją z powrotem do Roswell, sprawiła, że go rzuciła? I co do diabła z jej planami poprawy ocen, by potem dostać się na Harvard? Na litość boską, skasowano jej oceny za dwa lata nauki i poprawiła je na 6.0 w ciągu czterech i pół miesięcy! Fakt, iż wymagało to od niej praktycznie każdej chwili spędzonej na kuciu, także w wakacje, pomocy ze strony prywatnych nauczycieli i kilku innych rzeczy, ale chyba nie wyrzuciłaby całego swojego i cudzego wysiłku ot tak sobie? To nie było w jej stylu. Coś się tu działo, coś, o czym nie wiedział.

„No dobra, wal.” zerknął na Damiana, który westchnął ciężko. Wymienili spojrzenia z Kristen. Skinęła głową. „Czego się dowiedziałeś?”

„Nie jestem pewien, czy chcesz to usłyszeć.”

Cody podniósł się na łokciu, patrząc podejrzliwie na dwójkę przyjaciół.

„Liz rzuciła nie tylko mnie, ale cały dotychczasowy plan na życie. Wiecie równie dobrze jak ja, że warunkiem zgody kuratora oświaty na jej ponowne przystąpienie do zaliczeń poprzednich dwóch lat szkoły było uczęszczanie do Dubois. Sam powrót do Roswell to czyste marnotrawstwo ostatniego półrocza i prawdopodobnie nie dostanie się na wymarzone przez nią studia.”

„Khm…” Damian chrząknął „Nie to mieliśmy na myśli.”

„Więc?” spytał z rezygnacją „Zaraz pewnie mi powiecie, że w Roswell czekał na nią jakiś superman śpiewający serenady pod jej oknem i noszący ją na rękach, by wynagrodzić jej powrót do tej zapadłej dziury.”

Cisza, która zapadła po tych słowach była wystarczającą odpowiedzią. Usiadł pionowo, czując przy tym jak zmęczone mięśnie protestują przy tym ruchu. Gdzie są ciepłe dłonie Liz, pomyślał z tęsknotą. Przy niej nie ważne było, jak ostro trenowali, każdy taki wysiłek był wart jej późniejszego, troskliwego dotknięcia.

„Mniej więcej…” Damian przyznał ostrożnie. Nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem Cody nie dostanie szału z zazdrości. Miewał takie skłonności niestety. Chociaż zazwyczaj Liz miała na niego bardzo uciszający wpływ, to jednak przez pierwsze tygodnie ich znajomości, kiedy chłopaki z drużyny podczas wakacyjnych treningów dokuczali mu trochę, niejeden oberwał za to prosto w nos.

„Nie zabiję cię za powtarzanie plotek. Co najwyżej tego kretyna…”

„Ok. Facet nazywa się Maxwell Evans. Max.” Kristen postanowiła skakać na głęboką wodę „O nim i o Liz mówi się w jednym wyrazie. Max&Liz. Liz&Max.”

„A przynajmniej mówiło…” Damian załagodził trochę.

Cody tylko westchnął ciężko.

„No dobrze. Historia wygląda tak. Facet był przez lata jednym z najbardziej hm, nieuchwytnych przystojniaków w mieście. Z czasem mniej lub bardziej jawnie zaczął oglądać się za Liz Parker. Jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole i niewątpliwie najinteligentniejsza. W każdym bądź razie ze dwa lata temu była jakaś strzelanina w Crashdown, po której zaczęto ich widywać dosyć często. A była wówczas dziewczyną Kyle’a Valentiego.”

„Kyle Valenti, syn szeryfa?” spytał zdumiony. Kristen spojrzała na niego podejrzliwie.

„Znasz to nazwisko?”

„Jasne. Był kilka razy w Kalifornii, u Liz. Najdłużej w wakacje, przez prawie trzy tygodnie. Szurnięty charakterek, gra w futbol i niewątpliwie jest najlepszym przyjacielem Liz.” uśmiechnął się na samo wspomnienie. Lubił go. Miał głowę na karku. Co jednak najważniejsze, nie próbował niczego z Liz, chociaż… „To by wyjaśniało, czemu wciąż uważa ją za najpiękniejszą dziewczynę na planecie.”

Teraz to była kolej Damiana i Kristen by otworzyć buzię ze zdziwienia.

„No co? Odbyłem sobie małą pogawędkę z Valentim…” wzruszył nonszalancko ramionami.

Kristen odetchnęła nieznacznie. Przynajmniej był świadom co niektórych faktów.

„Potem umarła babcia Liz i przez szkołę przeszedł huragan o nazwie ‚Liz rzuciła Valentiego’. Kilka tygodni później, a może miesięcy, włączając to zamieszanie z pewną radiową randką w ciemno – tutaj Liz najwyraźniej nienawidzi zainteresowania mediów jej osobą…”

„A kto z nas to kocha?” parsknęli z Damianem zgodnie.

„… a więc kilka miesięcy później Liz jest z Maxem. Para jak ze snu. Potem do miasta przybywa niejaka Tess Harding i zagina parol na Evansa. Niewiadomo dokładnie do czego doszło, ale Liz wyjeżdża na Florydę do cioci.”

„Raczej do Kalifornii…”

„To tylko plotki!” burknęła „Evans zostaje w Roswell. Sytuacja z Tess niby się uspokaja… Max po powrocie Liz tropi ją jak wierny psiak…”

Niepokojące porównanie, niepokojące.

„…włączając w to śpiewanie serenad pod balkonem Parkerów.”

Damian nie wytrzymał i zaczął się śmiać. Cody zgromił go wzrokiem.

„I co, pomogło?” Carpenter naprawdę usiłował opanować wesołość, ale nieszczególnie mu to wyszło.

„Nie wiadomo… prócz faktu, iż nagle w Roswell gruchnęła pewna wieść…” Kristen przełknęła ze strachem.

„O?”

„Liz i Valentim?”

Westchnął.

„No dobra, zostawmy to na koniec, skoro wieść ma być tak zabójcza… Co było potem?”

„Cóż… Max chodził po Roswell z oczami zranionego szczeniaka… a za nim krok w krok wierna Tess i w końcu jednak chyba się jej udało. Potem było jakieś dziwne zamieszanie, zwłaszcza na linii Valenti – Evans. Tata Kyle’a stracił pracę przez jakieś zamieszanie z rodzeństwem Evans, nie znam szczegółów. Ale Kyle się wkurzył. Ostatni pozytywny akcencik… bal. Liz poszła z Maxem, Kyle z Tess. Widziano Tess i Maxa całujących się na balu, zaś Liz wcięło. Ale to nie wszystko. Dzień później najlepszy przyjaciel Liz ginie w wypadku samochodowym, podobno samobójczym. Prawie wszyscy odwracają się od Liz. A już zwłaszcza Evans. Było kilku uczniów, którzy mówili o jakiejś walce w grupie na pogrzebie Alexa Whitmana, w każdym bądź razie później atmosfera między nimi była wprost lodowata. Ale parę tygodni później Tess znika, dżip Evansów także. Nikt nic nie mówi, zwłaszcza, że Elizabeth Parker znika tego samego dnia.”

„Pojechała do Kalifornii.” pokiwał głową, wspominając ich pierwsze spotkanie. Siedziała na plaży, patrząc właśnie na zdjęcie z balu. Teraz zrozumiał wyraz jej twarzy i jej niechęć do imprez. Zwłaszcza do balów. Co za dureń z tego Evansa. „I co z tą wieścią o Liz i Kyle’u?”

Kristen przesunęła się niewygodnie na swoim miejscu. Naprawdę nie miała ochoty o tym mówić. Zwłaszcza, iż było tajemnicą poliszynela, że Cody w sypialni Liz nie wylądował. Cała szkoła plotkowała o tej dwójce. To był najbardziej nieprawdopodobny związek, jaki mogliby sobie wyobrazić. Ale psiakrew, mijały tygodnie, a Nayar potulnie łaził za Liz. Minęły wakacje, pierwsze tygodnie roku szkolnego… nic. Wydawało się wręcz, że był jeszcze bardziej oczarowany niż na początku. Ogromne zmiany w jego charakterze także nie uszły niczyjej uwadze. Naprawdę zanosiło się na to, że jeszcze miał szansę nie stać się takim skurwielem, jak jego ojciec. Teraz… nie dość, że Liz rzuciła go nagle i bez podania powodu, to jeszcze kiedy przyjechał do tej zapadłej dziury na końcu świata, czekały na niego takie wieści. W tym momencie nie chciała być w skórze ani jego, ani Liz, ani Evansa, ani tym bardziej Valentiego…

„W najłagodniejszej formie?”

Spochmurniał natychmiast.

„Skoro mówicie, że ten Evans to najpoważniejsza konkurencja… Co jest?”

„To… wyjątkowo paskudna plotka. Nawet w najłagodniejszej formie nie brzmi miło.”

„Przestań truć i mów, czego się dowiedziałaś!” warknął.

„Tess Harding puściła plotkę, że Kyle rozdziewiczył Liz.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *