Wina (3)

3.

Cody ześlizgnął się po drabince przeciwpożarowej, wciąż mając na ustach słodki smak Liz. Krew dziko tętniła w uszach i tak naprawdę jedyne, czego w ej chwili pragnął, to wrócić do pokoju Liz i skończyć to, co zaczął.

Ale Liz nigdy nie wybaczyłaby mu tego. Widział to w jej oczach, w jej reakcji. Cokolwiek jej przeszkadzało, pochodziło od rozumu. W jej oczach znów był ten sam paskudny cień, jaki widział przez pierwsze miesiące ich znajomości, z tą różnicą, iż teraz był po prostu zwielokrotniony. Chociaż, gdyby się głębiej zastanowił, to ten cień istniał zawsze, ale w Los Angeles Liz nauczyła się żyć i śmiać mimo niego. Lubił myśleć wcześniej, że przyczynił się do tego, ale obecnie nie był zupełnie pewien, co ma sądzić o tej sytuacji. Jedyne, co wiedział, to fakt, iż w życiu Liz stało się coś paskudnego i ona za wszelką cenę nie chciała go do tego dopuścić. Czy aż tak zawiódł w roli chłopaka, iż nie chciała jego wsparcia? Gdzie do cholery popełnił błąd i co przeoczył?

„Rany Julek, facet, jakim cudem nigdy nie wylądowaliście w sypialni, skoro wasze prywatne momenty wyglądają jak to…”

Rzucił ponure spojrzenie na Damiana, który wyłonił się z cienia, szczerząc zęby.

„Chcesz stracić kontrakt na reklamę Colgate?” warknął. Nie czuł się na siłach znosić docinki kumpla ani tym bardziej jego podteksty. Wsiedli do samochodu i uruchomił silnik.

„Musiałbym go najpierw mieć.” odpowiedział mu beztroski śmiech. Ciemnoszare spojrzenie skrzyżowało się z niebieskim i Damian gwałtownie spoważniał. Wcale nie podobał mu się udręczony wzrok przyjaciela, który na siłę szukał wad w sobie. Jego sytuacja w domu była wystarczająco niemiła i paskudna, wystarczyło, że ojciec wbija go pod powierzchnię planety. Nie musiał robić tego sam. Ani tym bardziej nigdy by nie przypuszczał, że Elizabeth mu to zrobi mniej lub bardziej świadomie. „Nie martw się. Nawet laik widzi, że ciągle iskrzy między wami. Może nawet bardziej niż na początku. Odkryjesz, kto jej namieszał w głowie i skopiesz temu komuś tyłek.”

„Żeby to było takie proste…” Cody mrugnął, wycofując samochód z alei. Znów zaczynało padać. Nie ma to jak wieczna kalifornijska wiosna. Już zaczynał za nią tęsknić. Za plażą, za rozrywkami na wyciągnięcie ręki, za ogromną ilością zieleni, a nawet za głupią dostępnością alkoholu. Jak nigdy wcześniej poczuł naprawdę gwałtowną potrzebę wypicia czegoś. Zacisnął zęby.

Nie. Będzie. Swoim. Ojcem.

~ * ~

Kyle normalnie przyglądałby się w niewierze, jak Liz siada na trybunach jednego z mniejszych, treningowych boisk w Roswell High i zacząłby się zastanawiać, co do diabła przygnałoby jego dawną dziewczynę aka Liz Parker na obserwację jego treningu. Ale to nie był zwyczajny dzień, ani Liz nie była Parker więcej. Była Langley. Przynajmniej przez ostatnie pół roku. To zmieniło ją, przeważnie na lepsze. Były jednak wciąż pewne zachowanie, kiedy chciał walić głową w mur, niepomny reakcji otoczenia, życząc sobie jedynie, by Elizabeth Langley w końcu przejrzała na oczy.

Ale były także dni w jego karierze, kiedy właściwie przyjął jej dziwactwa i rozumiał, że chociaż Langley, to jednak była wciąż młoda i uczyła się. Miała prawo do błędów. Tylko, że kiedy zobaczył najnowszy komplet uczniów Roswell, a jego fotograficzna pamięć pracowała wyśmienicie, jego gniew jak i zaniepokojenie sytuacją nieco wymknęło się spod kontroli…

Trening skończył się szybciej, głównie z powodu trenera, który zabiłby dla dokładniejszego poznania przybyłego do Roswell zespołu reprezentacji Dubois w koszykówce. Osiągali spore sukcesy i chciał się przyjrzeć zawodnikom. Dzięki temu mieli połowę lekcji praktycznie wolną, o ile nie rozrabiali. Opcja, którą Valenti w obecnej sytuacji popierał całym sercem.

Jego wnętrzności mówiły mu wyraźnie, że coś jest nie tak, kiedy szedł w jej stronę. Co dokładnie się nie zgadzało, zorientował się dopiero po dotarciu na miejsce.

Znał Liz wystarczająco wiele lat i zbyt dobrze, by nie wryć sobie w pamięć najdrobniejszego szczególiku jej twarzy, najdrobniejszego grymasu, każdy odcień jej skóry i trzepot powiek. Nawet gdyby wyszła prosto od charakteryzatora, a nie tylko sprzed własnej toaletki, zrozumiałby co się stało. Doskonały makijaż, niewątpliwie spędziła nad nim calusieńki ranek, ukrył idealnie kilka zsinień wokół ust i nosa, a także nieco podpuchnięte oczy. Mógł dać głowę, że prawdopodobnie nikt się nie zorientuje nawet z lupą i o to zapewne chodziło… tylko, że on znał każde drgnięcie jej twarzy i kiedy podniosła do ust butelkę coli – light, niewątpliwie wpływ jej kalifornijskiego życia – nie uszedł jego uwadze ślad grymasu bólu.

Westchnął, siadając obok. Wściekłość na Nancy buzowała w nim, ale podobnie jak Liz, nie mógł za wiele zrobić. Ta suka niestety miała w rękawie wszystkie asy. Nawet pieniądze Liz, które z lubością przepuszczała.

Jedyne, co mógł, to dodać jej otuchy i udzielić dobrej rady. Szczególnie, jeśli przed godziną widział ni mniej ni więcej jej byłego chłopaka…

„Ale się porobiło…”

Uśmiechnęła się do niego.

„Tobie także dzień dobry, Valenti.”

„Nie powiem, żeby był dobry.”

„Dlaczego?”

Dla niej nie był aż taki zły. Kiedy w końcu po całonocnym przewracaniu się z boku na bok, zasnęła na krótko, śniły się jej dobre czasy z Cody’m. Och, strasznie to pogarszało poczucie winy… ale myśl, że obchodziła go chociaż na tyle, by chciał się dowiedzieć, zostawiła ciepłe uczucie w sercu. Komuś jeszcze na niej zależało, nie tylko Kalowi czy Kyle’owi.

„Żartujesz sobie?” spytał z niedowierzaniem przyglądając się jej. Chociaż może po prostu jeszcze nie widziała Nayara? „Nie widziałaś go jeszcze?”

„Kogo?”

„Cody’ego. Jest w Roswell.”

Ku jego zdumieniu uśmiechnęła się leciutko. Ba, nawet zarumieniła…

„Wiem.”

„Trafiłem na inną planetę?” spytał zaintrygowany „Bo wiesz, ostatni lot był zeszłej wiosny…”

Parsknęła.

„Poważnie jednak. Lepiej żeby do biedaka nie dotarły plotki o tobie i Evansie.”

Westchnęła, ale po chwili zmarszczyła brwi i spytała go z równie ciekawym wyrazem twarzy, jaki on sam posiadał.

„Jak miałyby do niego niby dotrzeć plotki? Przecież on nic nie wie.”

„Ale szybko się dowie. Cała ta poprzednia zgraja z Dubois jeszcze tu siedzi przecież i zbierali każdą najmniejszą ploteczkę o tobie z zacięciem godnym lepszej sprawy. Nie, żebyś nie była intrygującą osóbka, ale na miłość boską, oni to chyba piszą twoją nielegalną biografię!”

Jęknęła.

„Nadal nie rozumiem… przecież żadnego z nich nie spotkał.”

„Liz…” Kyle spojrzał na nią dziwnie „Widziałem Cody’ego dzisiaj. Nie na ulicy czy przypadkiem. Widziałem go tutaj, w szkole. Przed godziną. A teraz trener dał nam wolne, bo poleciał spotkać członków reprezentacji w koszykówkę Dubois!”

Zbladła tak gwałtownie, że aż żałował swojego wybuchu.

„On może być równie dobrze z tyłu tych trybun i nas podsłuchiwać!” wyznał z komiczną powagą, imitując zachowanie króla Maxia I i wywołując powrót kolorów na jej policzki.

„Wpadasz w paranoję, Valenti.”

„Jak mam nie wpadać w paranoję, kiedy po mieście krąży dwudziestu ochroniarzy jednej z najbogatszych nastolatek w tym kraju? A ją samą matka zmusza, by pracowała jako kelnerka ponieważ nienawidzi jej ojca. To jest paranoja, panno nie-jestem-Parker.”

Nieoczekiwanie zaśmiała się miękko.

„Wiesz co, Valenti?”

„Co?” mruknął ponuro pod nosem, gapiąc się na grających kolegów.

„Olejmy wszystko. Zwiewamy ze szkoły.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *