Wina (24)

24.

„Liz?”

„Co?”

„Jeeesteśmy zalani w trupa?”

Chrząknięcie. Nie wiadomo na tak, czy na nie. Ale kto by się przejmował tym drobiazgiem?

„Będziesz trupem dopiero, jak wrócisz w tym stanie do domu.” surowy głos Sebastiana przedarł się przez opary alkoholu w jej głowie. Jęknęła z rozczarowaniem. Chciała uciec od rzeczywistości, ale wyglądało na to, że niebo się skończyło i zaczynało piekło. Ciekawe, czy pozwolą jej odwiedzić Tess?

Ziemia kołysała się pod nią dziwacznie i musiała zamrugać, by zobaczyć dlaczego. Wydawało się jej, że lata. W pozycji horyzontalnej. Hm, pozycja horyzontalna… gdzie był Cody? Z chęcią poćwiczyłaby spacer w chmurach.

„Uch…” jęknęła, kiedy jej noga zahaczyła o framugę wejścia. To nie był jej pokój. I pachniał dziwnie. Facetem. Niedobrze. „Seb?”

„Co?”

„Tata nie pójdzie do pudła?” spytała cicho. Czuła jak kładzie ją na łóżku. Niepościelonym. Uch. To chyba nie były luksusy LA.

„Dlaczego miałby pójść?”

„Przeze mnie.” wymamrotała, zamykając oczy. Ochroniarz tylko westchnął i zabrał się za rozsznurowanie jej butów. Były małe jak u dziecka. Zawsze go dziwiło, jak takie drobne nóżki potrafiły tak szybko i wytrwale zasuwać do przodu, że zdobywała nagrody sportowe. Ale to prawdopodobnie siła woli. Miała nieprawdopodobną. Inaczej nie wytrzymałaby tyle przy obcych i ukrywając ich sekret.

„Nie pójdzie.” wyszemrał, ale po jej oddechu wiedział już, że śpi głęboko. Alkohol wyciągnął nie tylko jej obawy i rozwiązał język, ale i zmęczenie. Zastanawiało go, ile dni jeszcze pociągnie w tym stanie. Miała swoje granice. Była jeszcze dorastającym dzieckiem.

Położył Nathana na sąsiednim łóżku, a sam usiadł na podłodze. Pilnowanie dwójki pijanych dzieciaków nie było trudne. Przede wszystkim jednak trudnością będzie wsadzić Liz do jej własnego łóżka bez Nancy zauważającej cokolwiek. I rano musi wyjechać do Albuquerque zanim ta suka wstanie. Miała nosa do wszelkich kryzysów u małej i wykorzystywała to wyjątkowo bezwzględnie. Prawdę mówiąc, nie cierpiał baby jak cholera.

~ * ~

Nie spał całą noc. Damian, zirytowany jego przewracaniem się z boku na bok i złym humorem, wyniósł się w diabły do sąsiadów.

Szło oczywiście o Liz. Ale tym razem dodawał do układanki jeszcze Nathana.

Co do cholery podkusiło go, żeby odwalić taki numer? Szybko mu doniesiono, że Liz siedzi w ogrodzie w ciemnościach z Nathanem. Pili. Informacja była tak niewiarygodna, że początkowo po prostu nie uwierzył.

Liz i alkohol po prostu nie występowały w jednym zdaniu.

Ale i tak martwił się. No i w końcu okazało się, że chłopacy mieli rację. Rzeczywiście. Huśtali się na huśtawce, pili piwo i o czymś rozmawiali. Żadne nie miało wesołej miny. Tylko z jednego okna pensjonatu można było ich zobaczyć i dopilnowali, żeby belfrzy się nie dowiedzieli. Ale Seb, który nie dopuścił do nich żadnego ucznia i nie zostawił żadnych niejasności, że spierze na kwaśne jabłko każdego, kto im przeszkodzi, jeszcze dodał grozy sytuacji.

Liz miała problemy. Nie dopuszczała go do siebie. Nie pozwalała pomóc.

Ale Nathan? To nie mieściło się w głowie. Co on miał do tej sprawy prócz faktu, że chciał im obojgu pomóc? Nie widział go nigdy pijanego. A już zwłaszcza w sytuacji, kiedy mógł w każdej chwili wpaść i wylecieć za to ze szkoły. Nie mówiąc o porządnych batach od kolegów. I teraz centralnie oboje, Liz i Nathan, upijali się w ogrodzie pensjonatu, pełniącego rolę ich tymczasowego internatu. Żołądek przewracał mu się to ze złości, to z niepokoju.

Chciał znaleźć Kristen i wycisnąć z niej odpowiedzi, ale nikt nie mógł jej znaleźć. Może wyczuła pismo nosem albo wiedziała o czymś.

Przewrócił się jeszcze raz. Nie, to niemożliwe. Nathan nic nie miał do Liz. Nie w ten sposób. Nie był nią w ogóle zainteresowany, chociaż czasem widział u niego przebłyski zazdrości. Ale to był zielony potworek o charakter Liz, jej usposobienie i traktowanie jego samego niż o coś innego.

Miał dosyć niepewności. Wśliznął się w dżinsy i bluzę, zabierając klucze i komórkę z szuflady szafki. Damian będzie musiał poczekać.

Dotarcie na parter do pokoju Nathana bez alarmowania opiekunów było niemałym wyczynem, ale w końcu znalazł się w północnym skrzydle. Było najmniejszą zamieszkaną częścią, głównie z powodu urządzenia pensjonatu. Na parterze mieściły się ogólnodostępne pomieszczenia i tylko kilka sypialni. Jedną z nich zajmował Nathan.

Drzwi były otwarte, jak zwykle. Wszedł cicho, nie zapalając światła. Leżał rozwalony na łóżku, z włosami potarganymi na wszystkie strony. Zapach alkoholu nie był silny, ale znał go wystarczająco, by wiedzieć, że wypił sporo.

Usiadł na pustym sąsiednim łóżku i trącił go stopą.

„Czego?” wymamrotał sennie, przewracając się na bok. Cody westchnął. Przynajmniej część tego cholernego alkoholu wyparowała. Prawdopodobnie razem z szarymi komórkami, ale co tam.

„Co ci odwaliło, żeby upijać moją dziewczynę?” warknął.

Nathan uniósł jedną powiekę i jęknął.

„To ty.” wymamrotał „Tylko ciebie w tym bigosie jeszcze trzeba.”

„Ależ to ty będziesz główną potrawą, jeśli mi nie wyjaśnisz, co się do cholery dzieje?!” nie zamierzał być miły.

„No pięknie, jeszcze ty…” Nathan jęczą podniósł się na łóżku i objął dłońmi głowę „Czego chcesz?”

„Co do cholery sobie myślałeś? Wiesz, coś ty narobił?”

Zamrugał w zdumieniu. Potem w złości.

„Dobre pytanie.” wycedził zimno „Nie ja zachowuję się jak napalony smarkacz na podłodze szatni.”

Cody mimowolnie zarumienił się.

„To inna sprawa.”

„Doprawdy? Chyba ma ten sam mianownik, Liz.”

„Nie twój interes.”

„Mój. To nie tylko twoja była dziewczyna, ale też i mój przyjaciel. Mówisz, że zależy ci na niej, a jak ją traktujesz? Nie masz za grosz szacunku.”

„I kto to mówi?” zadrwił.

„Ktoś, komu powiedziała z własnej, nieprzymuszonej woli, że spierdoliła egzamin z angielskiego. Totalnie spierdoliła.” wypalił „Papa Harvard i prawdopodobnie większość uczelni w tym kraju.”

„Dostała mniej niż 4.0?” osłupiał na moment.

„Nie zaliczyła.”

„CO?!?”

„Nie zaliczyła.” wzruszył ramionami „Wyniki jeszcze nie przyszły, inaczej psiakrew, nie wyszłaby chyba z domu. Ale jest tego pewna.”

„Cholera.” Cody usiadł z powrotem na łóżku, gapiąc się na przyjaciela. Złość znów zamieniała się w niepokój. Naprawdę potrzebował przestać myśleć nie tą głową co trzeba. „Co jeszcze zawaliła?”

„Dzisiaj ma biologię. Egzamin numer dwa.” Nathan przejechał dłonią po twarzy. Potrzebował zimnej wody, żeby bardziej oprzytomnieć. Kręciło mu się w głowie, a żołądek podjeżdżał do gardła. Spojrzał na zegarek. „Zaczyna się o dziewiątej.”

„Nathan?”

„Co?” spytał ponuro w drodze do łazienki.

„Powiedziała ci?”

„Powiedziała co?”

„Dlaczego?” spytał niecierpliwie. Nathan zatrzymał się, wzdychając ciężko. Nayar naprawdę odziedziczył zawziętość ojca.

„Coś ci powiem, Cody. We wrześniu włamałem się do akt szkoły. Twoja dziewczyna była tylko twoja i ciesz się z tego, póki możesz, zamiast obwiniać wszystkich dookoła.” nawet na niego nie spojrzał „Wierzysz jej czy głupiej bandzie plotkarzy?”

„Liz.”

„A czy uwierzyłbyś jej także, gdyby ci powiedziała, że to ona rozpuściła tę plotkę?” spytał, nie wiedząc w ogóle, skąd wziął na to odwagę. Może to alkohol? Albo gorycz. „A Valenti robi tylko to, za co mu płacą. Jest jej ochroniarzem.”

„Co?” znów wymamrotał w niedowierzaniu. Nathan wzruszył ramionami, nie rejestrując zupełnie cichych kroków na korytarzu. Był zbyt nieprzytomny.

„Przez pół roku usiłowała pozbyć się Evansa. Oszukiwał ją. Nie wiem, kto podsunął jej pomysł, albo to była jej desperacja, ale mieli ustawić sytuację z Kyle’m… Evans przyszedł wcześniej. Wyszło nawet lepiej niżby mieli grać. Maksiulo poleciał do Tess po pocieszenie, a Tess powiedziała całej szkole.” ziewnął „W wielkim skrócie. Swoją drogą co to za cham, który rozpowiada takie rzeczy o dziewczynie, którą podobno darzy nieśmiertelną miłością…” musiał oprzeć się o drzwi łazienki. Naprawdę mógł zasnąć na stojąco. „…a potem zostawia ją oskarżając o paranoję, kiedy nie chce uznać wyjaśnienia o samobójstwie Alexa, podburza wszystkich przyjaciół, a na sam koniec zapuszkowuje blond dziecinkę. Która zresztą spieprzyła z miasta przed nim. On chyba jest z innej planety i ma jakieś obce zabójcze zdolności, inaczej nie potrafię wyjaśnić, jakim cudem Kyle i pozostali ochroniarze Liz jeszcze go nie posiekali na tysiące kawałków. Mnie osobiście Seb planuje teraz wysłać nie bliżej niż na Syberię za czasów Mikołaja I-go.” zachichotał wariacko. Nie pamiętał całego wieczoru. Ale wleczenie przez ochroniarza Liz pamiętał doskonale. Było bolesne. Mimo alkoholu. To naprawdę zastanawiało go, jakim cudem ten chłopak nie oberwał. Ba, nie był w ogóle świadom bogactwa swojej byłej dziewczyny ani większości jej ochrony. Zbyt dużo znajomych twarzy z LA pojawiło się znów w Roswell, a on tego nawet nie zauważył. „Wyślę ci pocztówkę.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *