Wina (23)

23.

Liz nerwowo poprawiała ciemnoczerwoną rozpinaną bluzę. Tę samą, co w szkole. Tę samą, którą tak łatwo rozpiął Cody w szatni.

Ale nie chciała wracać po lekcjach do domu. Zaszyła się w szkolnej bibliotece, powtarzając materiał z biologii na jutrzejszy egzamin. Nie musiała praktycznie, ale chciała mieć wymówkę by nie wracać do Crashdown. Dobre wymówki były w cenie w ostatnich dniach…

Niestety, na przyjście do pensjonatu nie miała żadnej. Wiedziała, że Cody i reszta zorganizują małą imprezę, by uczcić zwycięstwo. Zawsze tak robili. Nawet jeśli ze względu na miejsce i obecność nauczycieli musieli ograniczyć się do Piccollo, świętowanie zawsze się odbywało. To była tradycja. I tradycją było także, że czasem zapraszano kogoś na nią za ‚cenę biletu’. Oczywiście nie szło o pieniądze, ale zazwyczaj o drobną lub nie tak drobną przysługę czy wyzwanie. Po zapłaceniu takiej ceny na imprezie mógł się pojawić sam kapitan przeciwników, nawet jeśli znokautował pół ich zespołu. Tradycja to tradycja. Została wymyślona przez nich samych i przestrzegali jej naprawdę starannie.

Ku swojemu kompletnemu zdumieniu, została zaproszona przez Nathana. Nie należała już do zespołu. A jeden członek zespołu lub jedna chearleederka mogli zaprosić tylko po jednej osobie. Kolejna żelazna reguła. Dlaczego więc Nathan nie zaprosił Kristen?

Musiało chodzić o Cody’ego. I Nathan chciał pogadać prywatnie. Paradoksalnie, najlepszą okazją do tego była impreza. Samotność w tłumie i tym podobne bzdety.

Kiedyś, wiele miesięcy temu to on właśnie z humorem wyjaśnił jej, dlaczego młodzież tak wiele pije na imprezach. Żeby je wytrzymać. Przetrwać do końca. Wydawało się to dziwne, ale coś w tym było. Zdecydowanie coś w tym było.

Nie czuła się zbyt pewnie na piętrze chłopaków. W każdej chwili mógł się pojawić Cody. To byłby już duży problem. Zupełnie nie była na niego odporna. Robił z nią co chciał. Kiedy chciał. Gdzie chciał. Nathana nie było w jego pokoju, więc musiała go niestety znaleźć. Nieszczególnie optymistyczna dla jej cnoty perspektywa…

Dotarła do klatki schodowej i przystanęła zdumiona. Słyszała głos Kyle’a. Co do diabła tu robił? Wychyliła się ostrożnie przez barierkę i prawie spadła trzy piętra w dół z szoku.

Kristen oderwała się leniwie od Kyle’a, z uśmieszkiem na ustach wypowiadając ceremonialną ‚bilet spłacony’. Pod Liz ugięły się kolana. Musiała usiąść. Natychmiast.

~ * ~

Nathan odbił się stopą od ziemi po raz tysiąc dwieście trzeci. Ogrodowa huśtawka uniosła go nieco szybciej i wyżej niż przed chwilą.

Jego nastrój był zjebany jeszcze bardziej niż w szkole.

Co do diabła miał zrobić z Kristen?

Wszystkie jego przekonania, a także wychowanie, poległo przy niej. Wiedział, że bywały różne przedstawicielki płci przeciwnej, ale nie miał kompletnie pojęcia, jak sobie poradzić z tą jedną szczególną. Nie, kiedy chodziło o jego własne uczucia. Już nie nawet o dumę czy szacunek do siebie czy do niej. To poległo już dawno, kiedy włamał się po tamte akta po rozmowie z kuzynem z Seattle. Tylko jego uczucia nie chciał się poddać.

Cholera, po co on w ogóle to kontynuował po tamtej awanturze, po cholerę z lubością i upodobaniem sączył tę truciznę, wierzył w jej kłamstwa? Coś go powstrzymywało przed uleganiem jej słowom, jej namowom i błaganiom o wybaczenie ukrywania prawdy. Ścisnął mocniej puszkę piwa. Chyba trzecia tego wieczoru, mógł wylecieć z hukiem ze szkoły, a alkohol jakimś cudem nie chciał zaćmić jego głowy. Ale najwyraźniej nie był lekarstwem na głupotę.

Dał się zwodzić przez rok. Więc i łatwo było jej ciągnąć to dalej. Ostatecznie, co komu szkodziło, nieprawdaż? Ach, nic, to tylko mały skok w bok. Tuż przed meczem. I to z kim… potrząsnął głową, usiłując wymazać obraz ze swoich myśli, ale marnie szło. Czemu to głupie piwo nie działało? Jak głupia musiała być Kristen, myśląc, że się nie dowie? Że ktoś nie doniesie, że nie zniszczy tym jednym swoim ruchem opinii całego Dubois? Tara walczyła, by przekonać Liz by pomimo paskudnych plotek na temat chearleederek pozostała w drużynie, a tutaj Kristen pieprzy jednego z ich rywali, uchodząc w tym czasie za niewiniątko i mając oficjalnego chłopaka koszykarza. Jego.

Aluminium w jego dłoni zatrzeszczało złowieszczo. Dopił resztę jednym haustem i cisnął pustą puszkę do plecaka. Był patetyczny. Upijał się, ryzykując wywalenie z liceum w maturalnej klasie, ponieważ uwierzył ładnym oczom dziewczyny, zamiast po prostu rozwiązać ich problemy. Ale nie chciał jej pieprzyć. Był chyba jedynym facetem w liceum, który tak odpowiedział na nalegania własnej dziewczyny. Nie chciał się spieszyć, nie chciał niczego poganiać. To było ważne, osobiste i on wcale nie wyznawał tych samych zasad, co większość jego kolegów. Wyrósł w innym systemie wartości. Myśl, że mógłby uprawiać seks z kimś bliżej mu nieznanym tylko dla rozładowania napięcia albo nawet samej przyjemności była odrażająca.

Liz wyłoniła się zza krzewów i usiadła obok niego. Huśtawka znów zaczęła swoją podróż. W tę i z powrotem. Miał wrażenie, że oboje się kiwają. W tę i z powrotem. Jak u dzieci z chorobą sierocą czy jak tam się to zwało. Nie uważał specjalnie na lekcjach psychologii.

„Powiedz mi, że masz więcej.” mruknęła pod nosem.

„Nie powiem.” sięgnął do plecaka i wyjął dwie następne puszki, podając jej jedną. Zimne, mocne piwo. Oboje potrzebowali ucieczki. Mniej lub bardziej desperacko. A może bardzo, bardzo, bardzo. Sam już nie wiedział.

Otworzyła swoją, krzywiąc się chwilę w gorzkim smaku. Nie musiał patrzeć na nią w ciemnościach, by wiedzieć, że wypiła co najmniej jedną trzecią za jednym zamachem.

Och, ok. Być może bardziej niż bardzo, bardzo, bardzo desperacko.

„Mam prośbę.”

„Doprawdy?” mruknęła gdzieś między kolejnymi łykami. Delikatnie odebrał jej puszkę. Nie protestowała. Ale też miała wyjątkowo przytomne spojrzenie. Za dużo w nim było smutku, rozczarowania, przygnębienia… zdecydowanie nie była jeszcze pijana. Ale chciała być.

„Mam problem z Kristen i nie wiem, jak go rozwiązać.”

„Rozwiąż go.” wzruszyła ramionami. Zamrugał. Tak po prostu?

„Nawet nie spytam, co wiesz, a czego ja nie wiem.”

„To dobrze. I tak by mi to nie przeszło przez gardło.” zabrała z powrotem puszkę.

„Będziesz miała jutro kaca nie z tej ziemi.”

Zaśmiała się ponuro.

„Już teraz mam. Moralnego.”

„Czy dwa słowa: szatnia i Cody mają coś z tym wspólnego?”

Diabelnie. Nie powinien był pytać. Ale słowa ślizgały się zbyt swobodnie z jego ust. Być może piwo jednak nieco działało.

Liz oparła głowę na krawędzi oparcia huśtawki, gapiąc się w niebo. Zaczynało się jej kręcić w głowie, ale nie wiedziała, dlaczego. A może wiedziała. Dostawała kręćka.

„On robi ze mną co zechce. Kiedy chce. Gdzie chce.” mruknęła z goryczą, upijając kolejny gorzki łyk piwa „Nienawidzę tego.”

„Boisz się, że się dowie.”

Zamknęła oczy. Poczuła nagle wielką ochotę, by wrzasnąć do Księżyca ‚tak’. Dziwne.

„Zależy czego.”

„Za dużo tajemnic?”

„Nathan, jak wygląda to u ciebie w domu?”

„To?”

„Ty kontra starzy.”

„Dobrze.” wzruszył ramionami „Przypuszczam, że być może dlatego obie strony często hamują, bo ja wiem, że oni naprawdę się o mnie troszczą, a oni wiedzą, że ja o tym wiem.”

„Brzmi fajnie.”

„Powinnaś zobaczyć rzucanie talerzami mamy.” zachichotał jak wariat „Rzeczywiście fajne.”

„Jakieś krwawe szczegóły?”

„Och, dla przykładu… przyprowadziłem kiedyś Kristen do domu. Tata musiał kupić cały serwis obiadowy. Od tamtej pory zapraszałem ją tylko na grilla. Wiesz, papierowe talerzyki. Jednorazowe sztućce.”

Uśmiechnęła się. Miękko. Ciepło. Z rozbawieniem i tęsknotą.

„Twoja mama to mądra kobieta.” wyszeptała „U mnie tylko tata rozwalił komputer, kiedy okazało się, że muszę tu wrócić. Porcelany nie było pod ręką.”

„To ten twój cały wujek?”

„Ta.” dopiła do końca puszkę. Pół litra piwa jakoś zdecydowanie łatwo wylądowało w jej żołądku. „To z powodu tej dziwki nie mogę nawet tak do niego mówić. Nie wiem nawet, czy on wie, że ja wiem. Ale i tak troszczy się o mnie jak tylko może.”

„Przynajmniej on.” mruknął sentencjonalnie. Jej słowa tłumaczyły pieniądze, jakimi dysponowała. Bo jak w mordę strzelił, Parker ich nie miał. „Długo wiesz, że jest twoim ojcem?”

„Sześć lat.” wystawiła rękę po drugą puszkę „Nie wiem, co bym zrobiła bez wiedzy, że on zawsze za mną stanie.”

„Brzmi fajnie.”

„Bo jest.” uśmiechnęła się „I też czasem robiliśmy sobie grilla.”

„Łał.” zadrwił „Finansista potrafi coś upiec?”

„Jest Grekiem. W połowie.” zachichotała „Dlatego mam ciemny typ urody. I robi boooską kaszankę. Z serem. I boczkiem.”

„Kaszankę?” jęknął „Co to w ogóle jest?”

„Coś w rodzaju kiełbasy…” mruknęła ostrożnie. Łypnął na nią wzrokiem.

„…z kaszy i krwi.”

„A fe!” skrzywił nos.

„A chcesz wiedzieć, z czego robi się mięso do fast-foodów i w jakich warunkach?” spytała słodko „Tata zbudował cztery fabryki, potem je sprzedał. W tym roku. Już nigdy nie spojrzę normalnie na hamburgera.”

„Ble.”

Zaśmiał się ponownie w trybie wariata.

„Kristen lubi hamburgery.” mruknął nagle.

„Ble.”

„Popieram.”

Tags:
Comments
  1. Marta

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *