Wina (22)

22.

Nathan z zainteresowaniem śledził wyraz twarzy Saldemana. On nie tylko wie, uświadomił sobie nagle w przebłysku zrozumienia. To on był opiekunem i aniołem stróżem Liz. Stąd to zostawanie na przerwach, rozmowy, przyjście za nią do męskiej szatni z twarzą tak pełną obawy, jakby co najmniej miała rozpocząć się trzecia wojna światowa.

Skąd w ogóle wiedział, że przyjdzie do Cody’ego? Owszem, słusznie miał swoje obawy, bo jego przyjaciel od przyjazdu do Roswell zachowywał się nieco jak szurnięty zakochany nastolatek tracący miłość i sens swojego życia, a w dodatku jak ktoś na krawędzi kontroli. Ale Liz? To nie była osoba pokroju Cody’ego.

Gorzej. Podpowiadało bezlitośnie sumienie. Była dokładnie taka jak on. A nawet jeszcze bardziej obciążona.

Saldeman nie zajmował się zwyczajnymi przypadkami. Nie wróciłby z emerytury dla jakiegoś zwyczajnego dziecka bez tego rodzaju problemów.

Chyba, że była jego nierozwiązanym przypadkiem sprzed przejścia na tą całą emeryturę pół roku temu. To by wyjaśniało, dlaczego jego status nie zmienił się w serwisie na aktywny. Administratorzy utrzymywali każdy kącik strony w absolutnie bieżącym, aktualnym stanie. To było konieczne żeby naprawdę pomóc tym dzieciakom. Wiedział o tym od Cody’ego.

Przejechał dłonią po włosach. Z jednej strony gorycz i żółć podjeżdżały mu do samego gardła. Z drugiej czuł po prostu pustkę. Nie tylko nie wiedział, co myśleć o tym wszystkim, nie wiedział nawet co czuć po tym. Całkiem przypadkiem odkrył tajemnicę Liz, która do jasnej cholery wyjaśniała naprawdę wiele… ale tak naprawdę wciąż nie mógł tego pojąć, przyjąć do wiadomości, jakby ta czynność miała uczynić sytuację jeszcze okropniejszą, brutalniejszą. Brudniejszą.

W tej chwili naprawdę żałował, że poszedł za adresem IP i odkrył, co robiła. Szyfrowane połączenie ze stroną Fundacji PPWR nie dawało się podejrzeć, ani też z jakiego adresu ostatecznego korzystała. Kto był jej opiekunem. Ale wyglądało na to, że i tak się dowiedział. Wystarczyło czatować na korytarzu przy wejściu do męskich szatni.

Patrzył z ukrycia ze swojego miejsca, jak najpierw wychodzi Cody… potem wchodzi Saldeman, którego minął po drodze, ale z takim wyrazem twarzy… aż wreszcie wyszli oboje, Liz tak roztrzęsiona… coś chwyciło go za gardło. Miał dziką ochotę podbiec, objąć ramieniem i zaprowadzić prosto do Cody’ego, by wymazał ten koszmar z jej twarzy. Ale to było głupie uczucie, biorąc pod uwagę, że te wszystkie emocje wypisane teraz na jej twarzy spowodował właśnie on. To w niczym by jej nie pomogło. Nie teraz. Przez ostatnie pół roku, z dala od koszmaru, jaki spotykał ją w Roswell, Cody był niczym łagodzący balsam i lekarstwo. Ale tutaj, teraz, w sytuacji, kiedy nie wiedział, bardziej szkodził niż pomagał.

Wciąż nie mieściło mu się w głowie, jak przyjaciel się nie domyślił. Na pewno były jakieś wskazówki. Nawet on teraz niektóre rzeczy widział. Z każdą minutą, jaka upłynęła od wyjścia Saldemana i Liz z szatni, przypominał sobie coraz więcej z pozoru niczego nie znaczących drobiazgów. Tą stronę życia miała po prostu spieprzoną. I któreś z jej rodziców odpowiadało za to.

Nie był na tyle naiwny, by sądzić, że tylko faceci bywali źli i mieli nierówno pod sufitem. O nie. Kristen stanowiła tego żywy dowód. Ale jeśli to była matka Liz, która mieszała w kotle, sytuacja była o wiele okropniejsza. Paskudniejsza. Trudniejsza do udowodnienia i jeszcze bardziej trudniejsza by pomóc ofierze.

Liz… Liz Cody’ego, słodka, niewinna dziewczyna, która powoli, chwiejnie i nieśmiało stawiała kroki w swoim kobiecym dorosłym życiu. Z pozoru nic nie mówiło o katastrofie. Nie była manipulatorką, nie udawała. Jej twarz potrafiła zmienić się w ciągu minuty niczym kalejdoskop, miała na niej wypisane uczucia. Chryste, chyba cała męska populacja Dubois zazdrościła Cody’emu takiego nietkniętego skarbu. Ale od kiedy tylko przyjechali, jej twarz była niczym maska. Zdawały się przebłyski… ale wydawało się, że wręcz dusiła się. Większość z nich myślała, że to przez sytuację i plotki, z którymi nawet w Dubois nie radziła sobie w ogóle. Co dopiero w takim małym mieście, gdzie byli na ustach wszystkich.

Ale kiedy spojrzał na to z innej strony, o której większość na co dzień nie myślała, zaczynał składać przynajmniej niektóre elementy łamigłówki. Sporo osób zapominało, że ich liceum było zbiorem prawdziwych dziwaków, swoistą szkołą wyrzutków. Funkcjonowanie internatu najlepiej o tym mówiło. Co, jeśli Liz wcale nie trafiła do nich z powodu chęci poprawienia ocen, ale ponieważ Dubois było właśnie jedną z, ba jedyną tak dobrą szkołą dla młodzieży z problemami? Może ktoś zauważył jej problem i jej pomógł. Niekoniecznie ochrona lub ktokolwiek inny, bo im więcej osób było wokół ciebie tym bardziej nikt nic nie widział. Podejrzewał prędzej jej wuja, który płacił rachunki.

Zawrócił korytarzem, starając się iść cicho. Puste, pozbawione uczniów przestrzenie niosły ze sobą każdy dźwięk. Czym prędzej zostawił więc budynek i pod osłoną licznych drzew niedaleko boisk, poczłapał w najdalszy ukryty kąt szkolnego terenu. Ale nie był sam na zielonej trawce. Pod jednym z drzew siedziała Tara.

„Zostaw mnie.” burknęła.

„Nie przyszedłem, żeby cię dołować jeszcze bardziej…” westchnął i usiadł pod tym samym drzewem, ale mając na widoku szkołę. Tara gapiła się ponuro na ciemnozieloną siatkę stanowiącą część ogrodzenia.

Siedzieli w milczeniu kilka kwadransów, każde zajęte swoimi niewesołymi rozmyślaniami. Szkolny dzwonek zadzwonił kilkakrotnie i żadne z nich nie uczyniło nawet ruchu, by wrócić do budynku. Żadne nie chciało.

„Mogę cię o coś zapytać?”

Drgnął, słysząc jej cichy głos. Dziwne, ale nigdy nie zauważył, by miała obcy akcent. Dopiero teraz…

„Wal.”

„Co się dzieje z Liz?”

Parsknął.

„Zerwała z Cody’m i przeprowadziła się do tej dziury?”

„Nie o tym mówię.” mruknęła „Tylko o jej niechęci, by ktokolwiek dowiedział się o jej problemach. Co do diabła niby się z nią dzieje, że do diaska odrzuca wyciągniętą dłoń, zamykając się w sobie? Od kiedy to jeden z nas, wyrzutków, nie może liczyć na pomoc innych?” spytała z gniewem „Cody jej coś zrobił?”

Milczał w zdumieniu. Tara właśnie powiedziała mu czarno na białym, dlaczego Liz zerwała z Cody’m. Nie chciała, żeby się dowiedział. O cholera.

„Przepraszam. Głupie pytanie.” westchnęła „On by jej nieba przychylił.”

Czy mu się wydawało, czy usłyszał w jej głosie nutkę zazdrości? Nie. Niemożliwe. To była przecież Tara.

„Ona nie chce, żebyśmy się dowiedzieli.” powiedział w końcu. Tara rzuciła źdźbło trawy, którym się bawiła i odwróciła głowę. Nie widziała go, bo siedział dokładnie po drugiej stronie drzewa. Ale zdecydowanie coś było w jego głosie… Nathan wiedział.

„Ale ty się dowiedziałeś.”

Zacisnął zęby.

„Spoko. Nikomu nie powiem.” mruknęła „Tylko żeby ktoś jej pomógł.”

„Nikt nie może jej pomóc, tak długo jak pozostaje w tym mieście.” odparł z przekonaniem. Bo to była prawda. W Roswell się dusiła. W LA odetchnęła pełną piersią prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu. Dlatego wydawała się wszystkim taka niewinna, tak wszystko przeżywała, cieszyła się. Nareszcie zaczęła żyć. Zaczęła uczyć się ufać. Koszmar odszedł. Ale jak się okazało, nie na zawsze.

„Cody powinien ją stąd wyciągnąć.”

„Nie da rady.” mruknął „On nie wie. Nie rozumie.”

„Nie wie, co się dzieje z nią…” przytaknęła „Ja też nie. Wczoraj przyszła do szatni. Powiedziała, że nie zatańczy z nami, ale będzie dopingować. Powiedziała, że nie może. Nie że nie chce.”

Bo prawdopodobnie ma ślady na ciele, Tara. Ślady których nijak nie wytłumaczy..

„Dzięki, że załatwiłeś sprawę z dziewczynami.”

„Załatwiłem ciebie.” parsknął.

„Dla Liz.”

„Dla Liz.”

„Ona go kocha, wiesz?”

„A on ją.” westchnął miękko.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *