Wina (20)

20.

Cody ściągnął koszulkę przez głowę w jednym szybkim ruchu, rzucił na torbę i sam klapnął na ławkę.

„Jeśli gra Evansa jest jakąś próbką, jaki z niego przeciwnik, możesz mieć problemy.” Damian jęknął ze swojego miejsca „W życiu nie widziałem, jak ktoś tak zręcznie oszukuje.”

Chłopaki parsknęli zgodnie.

„Ale i tak dostał wycisk.” Nathan wzruszył ramionami, ale nie mógł oprzeć się prywatnej satysfakcji „Chociaż przez tą grę założę się, że będzie miał problemy.”

Nawet laik koszykówki widząc ich mecz zorientowałby się, że coś poważnie nie gra. Jakim cudem zespół, któremu brakowało nie tylko zgrania i taktyki, ale i pewnych umiejętności – nie, że byli źli, byli dobrzy, ale nie aż tak – zdołał zdobyć tyle punktów, nie wiedział nikt. To była zdecydowanie najcięższa gra, jaką rozegrali pod tym względem. Jeszcze nigdy nie stawali wobec przeciwnika, który chociaż jasne było, że oszukiwał, robił to na tyle dobrze, że nie mogli wychwycić, w czym był haczyk.

„O ile trener wyjdzie ze szpitala po zawale…” Charlie nie miał oporów, by śmiać się na całe gardło „Myślałem, że wyjdzie ze skóry.”

„Nie on jeden. Tara prawie też. Jak do cholery zdołałeś namówić Kristen, żeby wszystkie dziewczyny zrezygnowały?”

Żaden mięsień nie zadrgał na twarzy Nathana.

„Ok. Nie zadawaj głupich pytań, nie dostaniesz głupich odpowiedzi.” Luke przytoczył ich popularną frazę, używaną kiedy chodziło o sprawy damsko-męskie. Ale zamknięta, niemal bezosobowa twarz Nathana przypominała mu o tylko jednym razie, kiedy widział go naprawdę wściekłego, wydzierającego się po hiszpańsku na Kristen… potem przez tydzień lub dwa miał ten wyraz twarzy. Sam nie znał słowa w tym języku, ale w domu Nathana nie używano innego. Fakt, iż w zdenerwowaniu nie wycedził ani słowa po angielsku, naprawdę ich zaniepokoił. To była duża sprawa. Wrócili do siebie dopiero w październiku. I Nathan nie spał w internacie razem z Kristen od tamtego czasu. Nigdy nie powiedział, o co poszło, jego dziewczyna także. „A może to jedno z tych pytań, na które nie chcemy znać odpowiedzi?” zachichotał znacząco.

Ale Nathanowi wcale do śmiechu nie było. Porwał ręcznik ze swojej szafki.

„Odwal się, Luke.” warknął i zostawił rozbawione towarzystwo, które nagle zamilkło, zakłopotane jego niecodziennym zachowaniem.

„Coś ostatnio nie tylko Liz zachowuje się jakby nie była sobą. Co do diabła dzieje się z ludźmi? Działa na nich listopadowa aura czy co?” Damian wyraził na głos to, co myśleli wszyscy.

„Nie układa się między nimi.” Cody potrząsnął głową ostrzegawczo „Nie wiem, o co biega, a on nie mówi. Nie chce. A kiedy się go pytam, mówi, żebym pilnował własnego nosa.”

„Aż tak źle?” ktoś gwizdnął cicho.

„Może dziewczyna nie chce czekać?”

„To nie powód.” Cody wzniósł oczy w ich naiwności „Coś wiem o tym.”

„Doprawdy?” ktoś rzucił zjadliwą ironię.

„Doprawdy.” wzruszył ramionami spokojnie „Są tysiące sposobów na to, by dotknąć dziewczynę i być znacznie szczęśliwszym niż przewracając się jak króliczki w pościeli. Ale między Nathanem a Kristen już nie ma tego. Coś się popsuło po tamtej awanturze.”

„Nie chcesz nam chyba wmówić, że czegoś ci nie brak.”

„Jasne, że tak. Jestem tylko facetem.” wzruszył ramionami „Ale pamiętam, jak nieśmiała była Liz i wciąż jest. Nie ma problemów z czuciem, lecz z wyrażaniem tego. Hamuje wciąż za wiele. Dlatego tak mnie wkurza ten Valenti i jego bzdurne plotki.”

„Wierzysz jej na słowo…”

„Nawet gdyby nic do niej nie miał, i tak nie lubię faceta. Deklaruje przyjaźń, ale nie zachowuje się jak przyjaciel. Może i obchodzi go, ale nie robi niczego, co jednocześnie wymagałoby od niego większego zachodu. Pozwolił Tess rozpuścić plotkę i Bóg jeden wie, co jeszcze zaniechał.”

Jeśli nie lubisz go teraz, to co będzie jak się dowiesz o jego głównym zaniechaniu… przez myśl Nathana przemknęło ponure pytanie, kiedy odkręcał kurek ciepłej wody pod prysznicem. Facet będzie martwy, kiedy to wyjdzie na jaw.

~ * ~

Pół godziny później Cody był już sam w szatni. Większość była już na zajęciach, on sam miał biologię. Biologię z Liz, Maxem i całym stadem plotkujących harpii. To nie mogło się skończyć dobrze, więc wybrał wagary. Najpierw wziął długi, gorący prysznic, by usunąć napięcie z mięśni. Chociaż wątpił, by cokolwiek prócz zręcznych palców Liz pomogło na dłuższą metę. Nie byli ze sobą dwa tygodnie, a on sam już dostawał świra, ponieważ nie mógł jej dotknąć. Humorystycznie pomyślał, że zaczynał przypominać jakiegoś narkomana na głodzie. Po tych wszystkich miesiącach postu zaczynał więcej niż doskonale rozumieć, dlaczego Liz tak zwlekała w tych sprawach. Urastały do znacznie większego znaczenia niż kiedykolwiek wcześniej. Mógłby równie dobrze czekać po sam ołtarz, byleby wróciła do niego. To, za czym tęsknił w tej chwili najbardziej, to sam dotyk. Chciał jej dotknąć. Widzenie ją codziennie i niemożliwość nawet objęcia jej ramieniem było prawdziwą torturą. Co tu mówić zaś o prostym, niespodziewanym pocałunku za uchem na przerwie, który sprawiał, że wychodziła ze skóry w ułamku sekundy… Chciał znowu zobaczyć, jak się uśmiecha, jak nokautuje nauczycieli na lekcjach, jak tańczy z pomponami na boisku albo w hali. Chciał wymazać ten ponury grymas czający się w kącikach ust. Z nim tego nie było. Chciał Liz z powrotem. Desperacko.

Może właśnie przez swoje myśli przez pierwszą chwilę, kiedy wyszedł spod prysznica z jedynie ręcznikiem owiniętym wokół bioder, dźwięk jej kroków wydał mu się złudzeniem. Liz w męskiej szatni? Od kiedy piekło zamarzło?

Ale chwilę później wyłoniła się niepewnie zza szafek. Nieśmiały rumieniec natychmiast zagościł na jej twarzy, kiedy zorientowała się co do jego nieco roznegliżowanego stanu. Cofnęła się zakłopotana i odwróciła na pięcie.

„Och, przepraszam.” wymamrotała „Przyjdę później.”

„Zaczekaj…” zdążył złapać ją za nadgarstek. Nie spojrzała na niego, gapiąc się na podłogę. Ale jej ręka drżała. „Założę coś na siebie. Nie idź.”

Nic nie odpowiedziała.

„Proszę?” spytał błagalnie, wcale nie lubiąc tonu żebrzącego o kość szczeniaka.

Bardzo powoli skinęła głową. Puścił jej nadgarstek i wycofał się do swojej szafki, by wciągnąć co nieco na siebie. Zajęło mu to ledwie kilkanaście sekund, ale wydawało się wiecznością. Liz w tym czasie przycupnęła na podłodze z boku szafek, obejmując ramionami kolana. Wyglądała jak mała dziewczynka prosząca by ją przytulić.

Usiadł w końcu obok niej, wciągając bluzę przez głowę. Złapał niemal przypadkiem jej ukradkowe spojrzenie i jego serce fiknęło koziołka z radości. Przynajmniej mógł być pewien, że wciąż pociąga ją fizycznie.

Ale nie tylko tego od niej chciał.

„Dlaczego przyszłaś?” wyszemrał po kilku minutach, kiedy wydawało się, że nie usłyszy od niej żadnego słowa.

. Al

„Porozmawiaće teraz nie wydaje mi się to dobrym pomysłem.”

„Dlaczego?”

„Płyta ci się zacina, wiesz?”

„To ja byłem mądralą z nas dwojga.” zaoponował łagodnie „Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?”

„Tylko chciałam o coś zapytać… ale prawdopodobnie się wściekniesz.”

„Mało które pytanie by to spowodowało…” uśmiechnął się.

„Zamierzacie pobić Kyle’a Valentiego?”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *