Wina (2)

2.

Jego usta, jego gardło, wyschły zupełnie. Miękkie, ciepłe ciało, pachnące intensywnie wanilią i truskawkami, było ledwo przykryte cienkim ręcznikiem.

Jezu. Była piękna.

Zdusił jęk zbierający się w gardle. Skrzyżował ramiona, oparł się plecami o drzwi, tylko po to by nie sięgnąć w jej stronę i nie zamknąć dłoni wokół niej, by już nigdy nie uciekła od niego tak daleko, by nikt inny nie mógł patrzeć na jej alabastrową skórę. Tylko on mógł. Jego oczy śledziły uważnie drogę każdej z kropel opadających z mokrych włosów, przez wilgotną miękkość i bezgłośnie zatrzymujące się na brzegu ręcznika.

Wstrzymał oddech, kiedy zgasiła światło w łazience.

Wyraz niewiarygodnego szoku, ale i przerażenia, jakie malowały się na jej twarzy były niczym cios w splot słoneczny. Kiedy jeszcze na dokładkę niemal instynktownie przycisnęła mocniej do siebie materiał ręcznika, miał już jedynie ochotę wyć z żalu, ze złości.

To jednak był on. Nie żadne inne czynniki. To tkwiło w nim, iż nie chciała go już więcej znać.

Nie wiedział, jak długo stali, tak wpatrując się w siebie. Czuł tylko to ciężkie uczucie w środku, krojący go na drobne kawałeczki ból, zawiedzioną nadzieję. Wszystko to tworzyło niewiarygodny mix, żołądek podjeżdżał mu do gardła. Obawiał się, że nie będzie w stanie wydobyć z siebie głosu.

„C-c-co tu robisz?” wyjąkała, zupełnie jakby było to dziwne i niewytłumaczalne, znaleźć się w pokoju dziewczyny po jej własnym ‚występie’ aka telefon.

Opanuj się, chłopie. To jest być może twoja jedyna ostatnia szansa na to, by chociaż ułożyć między wami cokolwiek na kształt przyjacielskich stosunków. Szczególnie, że wciąż nie wiesz, co dokładnie spowodowało jej odejście.

„Daję ci szansę.”

Jęknął w duchu, jak patetycznie to zabrzmiało.

~ * ~

Jej pierwszym odruchem, kiedy szok zaczął ustępować, było przerażenie. I masa innych emocji. Zmieszanie, niedowierzanie, ulga, radość, poczucie winy, wszystko razem wymieszane w kalejdoskopie. Cody był tutaj, w Roswell. O Boże. O dobry Boże…

Zagryzła wargę, lustrując jego postać.

„C-c-co tu robisz?” zdołała jakoś wydukać, jęcząc w duchu jednocześnie jak słaby i przestraszony brzmiał jej głos… Przerażona obserwowała błysk bólu w jego oczach, zanim się opanował. Co ona takiego znowu powiedziała?

„Daję ci szansę.”

Potrząsnęła głową, niczego nie rozumiejąc. Nie ufała swojemu gardłu, że wydobędzie z siebie jakikolwiek zrozumiały dźwięk… bezradnie obserwowała jak okrąża łóżko i powoli podchodzi do niej, zmniejszając dzielący ich dystans z każdą sekundą dziko pędzącego naprzód czasu. Słyszała głuche bicie własnego serca i musiała zdusić jęk, kiedy stanął zaledwie kilka centymetrów od niej, młode, silne, a jednoczesne tak delikatne wobec niej ciało, kiedy poczuła jego znajomy zapach, powodujący przyjemne napięcie w jej własnym ciele. Kręciło się jej w głowie od nadmiaru wirującego w niej napięcia i burzy emocji. Cody był w Roswell. Przyjechał do niej.

Nie była gotowa. Nie spodziewała się go. Nie była przygotowana na to spotkanie i…

Usta otworzyły się wcale nie mimowolnie, entuzjastycznie witając jego ciepłą gładkość. Zbyt dobrze pamiętały jego dotyk, przyjemność i zadziałały instynktownie przyznając nie tylko pozwolenie, ale i odwzajemniając się z równym zapałem. Zbyt dobrze pamiętała te długie godziny, kiedy jedyne, czego chciał, to zbadać, co sprawiało jej najwięcej przyjemności, co wydobywało dziką reakcję jej ciała, przez co traciła kontrolę…

Ale ten pocałunek nie był taki. Z początkowej miękkości zostały ledwie resztki, zastąpiły ją gwałtowna desperacja i pragnienie. Zdusiła westchnienie. Czy ona naprawdę tak długo obywała się bez jego dotyku, jego ciepłych ust, dłoni tak pewnie trzymających ją przy sobie? Wydawało się jej wręcz, że minęło znacznie więcej czasu niż tydzień… zdecydowanie więcej, pomyślała, kiedy pchnął ją w tył i przypiął do ściany swoim ciałem. Jęknęła między pocałunkami, czując jak na ułamek chwili odrywa się, zdejmując w pośpiechu kurtkę. Jego ciało było twarde i gibkie i tak odpowiadające pod jej dotykiem… wspomnienie ciepła jego skóry wysłało gwałtowny dreszcz przyjemności wzdłuż kręgosłupa, jednocześnie otrzeźwiając ją na ułamek sekundy. Podjęła słaby wysiłek, by go odepchnąć.

„Nie!”

To był bardziej pisk niż cokolwiek innego, ale i tak usłyszał. Otworzyła gwałtownie oczy. Znieruchomiał, jego szare oczy były w tej chwili prawie czarne, a dłonie wyraźnie drżały.

W milczeniu cofnął się, wyraźnie drżąc. Podniósł mokrą kurtkę z podłogi i podszedł do okna. Odwrócił się.

„Przepraszam.” mruknął cicho „Nie powinienem cię do niczego zmuszać ani niczego wymuszać.”

Była zbyt rozdygotana by nawet poczuć zaskoczenie jego przeprosinami. Zacisnęła drżące palce na połach ręcznika. Do niczego jej nie zmuszał. Sama chciała. I to właśnie był jej problem.

„Jakikolwiek był powód…”

Jego oczy błagały ją, szare spojrzenie łatwo wślizgiwało się w zakamarki jej uczuć… wystarczyło tylko szepnąć jego imię, skinąć głową lub uczynić jakikolwiek gest. Ale nie zrobiła tego, całą siłą woli powstrzymywała się od rzucenia z powrotem w jego ramiona i zapomnienia o problemach i otaczającej ich rzeczywistości. Chciała zapomnieć. Ale potem problemy uderzą jeszcze mocniej, a ona nie powinna wpychać Cody’ego do tego bagna. Wystarczyło, że jej życie było tak popaprane. Zasłużył na to, by mieć miłą dziewczynę bez osobistego bagażu i dzikich pomysłów. Nawet jeśli sama bardzo chciała nią pozostać…

„…chciałem znać prawdę. Bo jeśli nie widziałaś logicznego powodu dla nas by być razem, a przed chwilą…” mówił z trudem „…czuliśmy, co czuliśmy… nie wiem, co zrobiłem źle i nie wiem, jak to naprawić. Przepraszam… za każdy taki raz.”

Odwróciła wzrok z winą. Nie zrobił niczego źle, to wszystko była jej wina. Cody westchnął ciężko z rezygnacją, odwrócił się i wyszedł powoli przez okno na balkon, zasuwając je za sobą starannie. Zamek zadźwięczał automatycznie za nim. Uśmiechnęła się smutno, z wysiłkiem powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Zamek ze zubożonego uranu, jedynego metalu, na jaki obcy nie mieli z całą pewnością wpływu…

Minutę później usłyszała wyraźne kroki na korytarzu. Nancy szła w jej stronę. Do jej pokoju, zapewne na inspekcję. Nie było możliwości, by ukryła przed nią twarz, nawet gdyby ukryła się w łazience. A ślady obrzmiałych ust czy zaróżowionej skóry nie usunie w kilka sekund. Zaklęła w duchu i napięła się na to, co nieuniknione.

A wszystko to była jej wina. Jej cholerna wina.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *