Wina (18)

18.

Wśliznęła się na lekcje informatyki jakiś kwadrans przed końcem lekcji. Co prawda pan Grinko nie należał do specjalnie uważających na zachowanie uczniów nauczycieli, ale był bardzo wymagający. Pozwalał rozmawiać, przesypiać lekcje, o ile oddawało się w terminie wszystkie zaliczenia. Mieli teraz środowisko Javy. Na dzisiaj miała do napisania prosty aplet. Modliła się, by przy wyrywkowym sprawdzaniu prac domowych na początku zajęć nie wywołał jej nazwiska.

Ale też na kompletne niezauważenie jej nieobecności nie miała co liczyć. Zwłaszcza, że kiedy Grinko wrócił od stanowiska Pam, rzucił jej tak ostre spojrzenie, że struchlała.

„Nie martw się.” Nathan pochylił się w jej stronę, kiedy podłączała się do szkolnej sieci. Zerknęła na jego ekran. Miał włączonego… pasjansa. „Pszczoła go użądliła w super wrażliwe miejsce.” mrugnął do niej. Faceci. Myślą tylko o jednym. „Wydziera się dzisiaj na wszystkich bez wyjątku.” szemrał dalej „Pam dostała dwie pały na dzień dobry.”

Przynajmniej jedna dobra wiadomość…

Ale im dalej lekcja posuwała się naprzód, tym harmider w klasie się powiększał, bez względu na groźne miny Grinko i jego upomnienia. Umysły uczniów były już na meczu, który miał się odbyć za półtorej godziny i nikt tak naprawdę nie zwracał uwagi na nauczyciela i jego pretensje o brak uwagi. Kto by się tam przejmował jakimś ramolem, kiedy nadchodziło decydujące starcie o to, kto miał asystować Liz Parker… i tylko wspomniana Liz zajmowała się czymś zupełnie innym, niż pozostali. Jej zmysły i umysł były skoncentrowane na informacjach wyświetlanych na ekranie. Do tego stopnia, że podskoczyła na krześle, kiedy nagle jakaś łapa sięgnęła po laptopa. W ostatnim przebłysku desperacji nacisnęła przycisk zasilania. Komputer zgasł.

„PARKER!” wściekły wrzask Grinko zaowocował nagłą, śmiertelną ciszą w całej sali. Nawet pikanie czyjejś komórki zdawało się nagle zamilknąć.

Z sercem w gardle obserwowała, jak ponownie włącza urządzenie i czeka na potem na zalogowanie do sieci… Modląc się do dobrych duchów o pomoc, siedziała nieruchomo, czując przy tym skupione na sobie spojrzenia innych. Rzadko się zdarzało, że Grinko wrzeszczał. Jedyne, co doprowadzało go do furii, to przeglądanie internetu na jego godzinach lekcyjnych. Już samym faktem, że nie chciała, by zobaczył, co oglądała, zagwarantowała sobie ich maksimum ciekawości.

Jestem usmażona, pomyślała, kiedy włączył z powrotem przeglądarkę. Ale być może dobre duchy istniały… Historia zawierała jeden jedyny adres, w dodatku już nie nazwę, ale sam numerek. Zabezpieczenia szyfrowania połączenia po zalogowaniu do serwisu, o których wspominał Saldeman, pomyślała z bardzo głęboką ulgą. Myśl, iż tak niewiele brakowało, by jej sekret wyszedł na jaw, przyprawiała o zimne dreszcze strachu. Jednak programiści strony wiedzieli, co robili, kiedy standardowo umożliwili likwidację historii przeglądanych stron… Został tylko numerek. Ale wątpiła, by Grinko zechciało się to sprawdzać.

„Masz pałę, Parker.” Grinko wycedził przez zęby, jeszcze bardziej zirytowany przez jej jawny brak współpracy.

Nathan zerknął spod okna na ekran, notując w pamięci numer. Piekielnie długi. Ale od czego był synem doskonałej informatyczki? Jego pamięć do numerów była świetna. Liz wydawała się za bardzo zdenerwowana przyłapaniem, by to była błahostka. Cokolwiek to było, było dla niej ważne. I niewątpliwie nie chciała, by ktokolwiek inny się dowiedział.

Obserwował ją przez przerwę przed następną godziną informatyki. Usunęła historię niemal natychmiast po tym, jak Grinko wyszedł z klasy i nie monitorował szkolnej sieci. Potem już jednak straciła zainteresowanie komputerem, jakby ta wpadka piekielnie ją przestraszyła.

Klnąc pod nosem, iż musi iść już na trening przed meczem, zostawiając ją na pastwę plotkarskich harpii, zdecydował się wywołać wilka z lasu i zapytać o sprawę dręczącą go od wczoraj. Może nie nadążał za wszystkimi dziwnymi rzeczami dziejącymi się wokół niej, ale to nie znaczyło, że zostawi sprawę w spokoju.

„Co robiłaś wczoraj u nas?” spytał niemal przypadkowo, pakując swój laptop do plecaka „Wydawałaś się nieco… zdenerwowana.”

Westchnęła, nie przerywając nawet przepisywania notatek z opuszczonej lekcji.

„Tara wyrzuciła mnie z zespołu. Byłam oddać strój.”

Zatkało go. Dosłownie.

„Co zrobiła Tara?”

Uniosła na chwilę głowę.

„Wczoraj po lekcjach, powiedziała, że jeśli nie zatańczę z nimi, wylatuję. Ja nie mogłam, więc wyleciałam.” wzruszyła ramionami, chociaż ostatnie, co czuła myśląc o tym, to nonszalancja. Tara urządziła zgrabną pułapkę. Wredna małpa. „Chciała mój strój z powrotem jeszcze tego samego dnia, więc jej przyniosłam.”

„To nie było miłe.”

„Nie było.” wróciła do swoich notatek, a on wyszedł z klasy, klnąc pod nosem. Nic dziwnego, że dziewczyny widziały ją ze strojem w pensjonacie. Z jej strojem, a nie pożyczonym od którejś, jak im się z początku wydawało. Fakt, że miała go tutaj, nieco pocieszał. Ale to, co zrobiła Tara, graniczyło z czystym chamstwem. Od kiedy to za odmowę jednej prezentacji dziewczyna wylatywała z zespołu? I to dziewczyna kapitana? Chyba straciła rozum, jeśli myślała, że się to nie wyda i nie poniesie konsekwencji, dymił się w myślach. Liz mogła odmówić występów przez tygodnie tylko z powodu własnego widzimisię. Żadna chearleederka u nich nigdy nie poniosła za takie zachowanie najmniejszej kary, chociaż regulamin mówił dokładnie to, co zrobiła samowolnie Lazarey. Ale ta suka nie przyznała się nikomu, a w dodatku nie zaprzeczała plotkom, iż Liz ma zatańczyć. Niewątpliwie chciała sprawić jej jak najwięcej kłopotów.

Klnąc pod nosem powędrował prosto do klasy angielskiego Kristen. Załatwi to, nim zacznie się trening, albo nos panny Tary spotka się z jego pięścią. Mogła być dziewczyną, ale czasem był zwolennikiem równouprawnienia i miał gdzieś, że płeć piękna była słabsza. Jeśli było je stać na chamstwo równie paskudne, jak rozsiewających plotki o Valentim i Parker, to czemu do diabła Tara nie miałaby za to zapłacić na równych prawach? Liz równie dobrze mogła przyjść do szkoły w stroju – Cody zwariowałby z radości i dałoby mu to z pewnością więcej niż tony nadziei – a ta suka temu zapobiegła. Doskonale wiedział, co się kryło za żądaniem zwrotu stroju bezpośrednio do niej. Zazwyczaj chearleederki kiedy odchodziły nie oddawały wyposażenia. Szkołę stać było na fundnięcie różnych ubiorów na każdy ich występ!

Lazarey, masz baaardzo przechlapane.

~ * ~

„Posuń się, blondi.” Kristen warknęła w stronę Marii, która ledwo zdążyła przysiąść się do stolika Liz na długiej przerwie. DeLuca sapnęła z oburzenia, nie przesuwając się ani na centymetr. Ale Lenkis nie przejmując się tym zupełnie, postawiła tacę naprzeciwko tacy Liz i przystawiła krzesło z sąsiedniego stolika. Jak Mahomet nie może przyjść do góry, to góra przyjdzie do niego.

Praktycznie każda dziewczyna z zespołu powinna być w szatni i przebierać się do meczu… ale praktycznie żadna prócz Tary nie była. Najspokojniej w świecie większość z nich jadło drugie śniadanie w stołówce, chociaż za dwadzieścia minut cały cyrk miał się rozpocząć.

„Więc? Jaki jest plan dnia?” spytała niemal przypadkowym tonem. Liz wzruszyła ramionami. Dziwne pytanie.

„Mecz, lekcje, nauka, spanie.”

„Nudy.” zawyrokowała „Nathan zwołał imprezę na ósmą z okazji zwycięstwa. Dubois wstęp wolny. Dla innych zastanawiamy się nad opłatą wstępną.”

Maria parsknęła z pogardą. Niebieskie spojrzenie spoczęło na niej z niechęcią.

„Ty nie jesteś zaproszona.”

„Jakbym w ogóle chciała pójść!”

„Myślisz, że taką pustą lalę jak ja obchodzi, co ty chcesz?” Kristen uśmiechnęła się mile „Ale nie martw się, zwrócimy ci Michaela nietkniętego.”

„Co?” spytała groźnie.

„Któryś z chłopaków zauważył u niego płytki Metallici. Ustalono więc, że jego opłatą wstępną będzie przyniesienie ich.”

„Po moim trupie. On nie pójdzie na imprezę beze mnie!”

„Nie martw się, zwrócimy go nieuszkodzonego. Ostatecznie, nie jesteśmy jak wy, nie włazimy z butami na cudzy teren…” uśmiechnęła się anielsko, wcinając frytki.

Maria zazgrzytała zębami. Co za wredna baba.

„Ty…”

„Jak ci się coś nie podoba, możesz się przesiąść. To wolny kraj. Ostatecznie nie musisz znosić towarzystwa pustej laluni, przez którą przeszedł cały zespół…”

Liz potrząsnęła ostrzegawczo głową. Kristen miała podobny status jak ona. Status nietkniętej. Pytanie brzmiało, jak sobie z tym radzi Nathan… facet myślał na okrągło o jednym. Chociaż może to jakoś wyjaśniało jego zachowanie.

„Liz, chodźmy stąd.” Maria spojrzała prosząco na nią, ale jej prośba pozostała bez większego echa. Liz jadła dalej, powoli, przeżuwając bez entuzjazmu szkolne pożywienie, a jej myśli niewątpliwie krążyły daleko. „Liz?”

„Co?” mruknęła po dłuższej chwili.

„Ja wiem, że to twoi znajomi z Los Angeles, ale zachowują się jak rozwydrzone niemiłe dzieciaki i przystawanie z nimi nie poprawi twojej reputacji.”

„Cóż, gdybyś dla odmiany postarała się być milsza dla nich, może oni byliby milsi dla ciebie?” brew Parker uniosła się do góry w retorycznym własnym pytaniu „Dla mnie to jakoś podziałało.”

„Tak, i teraz twój eks zamierza skopać tyłek Maxowi. Rzeczywiście miłe towarzystwo.”

Odłożyła widelec i spojrzała na blondynkę w całkowitym zdumieniu.

„Maria, czy ty naprawdę myślisz, że Max wygra z takim doświadczonym graczem jak Cody? To jak porywanie się z motyką na słońce.”

Nagła cisza w całej stołówce świadczyła doskonale o tym, iż nie tylko Kristen i Maria uczestniczyły w tej rozmowie. W końcu Kristen nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

„Rany Julek, Liz… to było genialne.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *