Wina (17)

17.

Fundacja Przeciw Przemocy w Rodzinie… szumna nazwa. Musiała jednak przyznać, że ich strona internetowa robiła wrażenie. Siedziała już pół nocy nad nią i jeszcze nie przejrzała wszystkiego. Materiałów była przeogromna baza. Większość nie dotyczyła jej w jakikolwiek sposób. Ale i tak to, co tam znalazła mogłoby zająć jej każdą noc do końca letniego zimowego semestru. Opracowania psychologów, dostępne w całkiem przystępnym języku były chyba najciekawszą dla niej częścią ich biblioteki. Ale były także tam kompletne, całkowite scenariusze, jak prześladowane dziecko samo mogłoby sobie pomóc w trudnej sytuacji, od metod podejścia rodziców aż po kompletną listę różnego rodzaju ludzi, pracujących lub tylko związanych z Fundacją. Prawie każda miejscowość na mapie kraju miała chociaż jednego takiego człowieka.

Roswell miało pięcioro.

Wahała się chyba z godzinę, nim kliknęła w odpowiednie łącze. Ale wówczas spotkało ją ogromne rozczarowanie. Nie było formularza logowania ani rejestracji. Saldeman nie miał już statusu aktywnego agenta. Jęknęła cicho w rozczarowaniu.

Nie miała co się łudzić. Nie mogła powiedzieć tego zupełnie obcym ludziom. Nie przekona ich do milczenia, nie było mowy o tym. A to był jeden podstawowy warunek. Inni mieliby obowiązek to zgłosić. A to rozpoczęłoby prawdziwy koszmar i całkowite odcięcie jej od wuja. Od wolności Los Angeles. Od Cody’ego. Nawet jeśli już nie byli razem.

Dziwnie zniechęcona brakiem formularza, przeszła do części medycznej strony i znalazła tam trochę dodatkowych informacji o leku, który jej dał. Co prawda większość informacji była dostępna jedynie dla zarejestrowanych. W ogóle część całego serwisu była zamknięta dla postronnych osób, jedynie związani z tym całym problemem, obojętnie z jakiej strony, mieli tam dostęp. Prawdopodobnie chodziło już o zastrzeżone dane. Prawo, medycyna, sytuacja osobista… problem był jeszcze większy niż myślała wcześniej. Ogrom sytuacji, z jaką musieli się borykać, wprost przerażał. Aż dziwne, że byli ludzie, którzy chcieli pomóc takim dzieciom.

Ramię bolało ją już po całym dniu i dłuższym braku odpoczynku, ale nie chciała znów brać tabletek. I tak wzięła już maksymalną dawkę. Zostało jej sześć sztuk w słoiczku. Nieszczególnie imponujący zapas.

Wyłączyła laptop, ale podłączyła ładowarkę. Jutro, lub też dzisiaj, miała informatykę i był jej potrzebny. Miała projekt do oddania.

Sen nie nadchodził. Może ze zmęczenia, może z bólu, może ze strachu, że drzwi otworzą się i wejdzie Nancy z pretensjami, dlaczego jeszcze siedzi tak późno w nocy. Ostatnimi czasy miała pretensje o wszystko. Nawet o to, że słońce świeci, a w atmosferze jest coraz więcej dwutlenku węgla.

Przewróciła się na drugi bok. Ramię nie było obciążone, ale teraz kolei dokuczały jej plecy. Westchnęła i wstała. Może odprężająca kąpiel pomoże?

Marzenie ściętej głowy… wyłączyła kurek, kiedy zorientowała się, że woda zamiast gorącej była ledwie letnia. Prawdopodobnie Nancy przeprogramowała zbiornik. Jej matka miała zadziwiającą intuicję, jak uprzykrzać jej życie bez nawet świadomości tego. Drżała na myśl o tym, jak złe by to było, gdyby robiła to świadomie. Miała próbki. Mogła sobie wyobrazić…

Wychodząc z łazienki zderzyła się nagle w ciemności z wysokim, twardym ciałem. Cody, pomyślała z nadzieją, ale zanim nawet skończyła tę myśl, wiedziała, jak złudna ona była.

„Co tu do diabła robisz, Max, w środku nocy?” jej głos był nawet bardziej przepełniony zdumieniem niż ona sama. W następnej chwili jednak pojawił się strach i nie do końca wiedziała, czego bardziej się obawia: najnowszych wieści o Tess czy też możliwości wyjścia na jaw wyglądu jej twarzy.

~ * ~

Czwartkową pierwszą lekcją była biologia. Biologia z Cody’m u jej boku, Maxem wiercącym dziurę w jej plecach, Maria łypiącą na nią z oburzeniem i panem Saldemanem tradycyjnie pozornie pogrążonym w swoim własnym małym szczęśliwym światku.

To był koszmar. Nie z powodu Cody’ego obok. Jakby to kiedykolwiek było koszmarem. No, za wyjątkiem kiedy hormony odbijały jej do głowy, a ona nie mogła go dotknąć, wówczas to było niespecjalnie przyjemne, ale wiedziała zawsze, że się to szybko skończy i może zaciągnąć go gdzieś na przerwie.

Tym razem koszmar nie był z rodzaju tych przyjemnych i niestety nawet nie dotyczył pośrednio przystojnego blondyna. Dotyczył Maxa. Mimo, że udało jej się go pozbyć zanim mógł nabrać jakichś podejrzeń – tylko sprawdzał jej bezpieczeństwo, zupełnie jakby nie miała dziesiątek ochroniarzy… – coś było nie tak. Nie mogła wyrzucić z głowy tej myśli, że coś zobaczył. Ale z drugiej strony, skoro zobaczył, to dlaczego nic nie mówił? Nie był typem człowieka, który zostawiłby taką sprawę niezbadaną, drążyłby temat, póki nie dowiedziałby się każdego szczególiku.

Potrzebowała pomocy. Może nawet bardziej niż wcześniej, ponieważ teraz jej sekret był zagrożony. Bardzo zagrożony. Ale Saldeman nie był już agentem Fundacji, nie miał już pewnych uprawnień. Co do diabła miała teraz zrobić, mając za przeciwnika Maxa? Miał dobre serce, ale o pewnych sprawach po prostu nie miał najmniejszego pojęcia i życzyła mu z całej duszy, by nigdy nie musiał. Sprawa Michaela mówiła dobitnie, że chociaż obiecał nie wspominać nikomu, to jednak stała się powszechnie znana w całym mieście.

No i pozostawały jeszcze plotki, jakie krążyły teraz pełną parą po Roswell High. Dziewczyny z zespołu rzucały jej dziwne spojrzenia, kiedy przyszła do szkoły nie w stroju, ale w zwyczajnych dżinsach i bluzie. Ale czego oczekiwały, skoro Tara wyrzuciła ją? Nie zamierzała jej słuchać i nie przychodzić do szkoły. Miała wystarczająco problemów bez tego. No i nie mogła oprzeć się pokusie obejrzenia jak Cody daje wycisk Maxowi i jego świcie…

Biologia dobiegła końca bez większych incydentów. Sprzątała właśnie po eksperymencie, kiedy Saldeman przechodząc obok i nadzorując chowanie niebezpiecznych odczynników, pochylił się nad jej stołem.

„Zostań na przerwę.” powiedział niemal przypadkowo, jakby dyskutował zawartość kurzu w powietrzu. W gwarze sprzątania jego głos utonął bardzo łatwo i tylko Cody prócz niej usłyszał go. Wiedziała, bo posłał jej pytające spojrzenie. Tylko potrząsnęła głową. Dwie minuty później dzwonek ogłosił koniec katorgi i wszyscy zaczęli się zbierać.

Ociągała się specjalnie, ale tak samo robił Cody. Posłała mu proszące spojrzenie, by zostawił sprawę w spokoju. W końcu wyszedł razem z innymi i w sali zostali tylko ona i nauczyciel. Przysiadł na biurku, wyjmując coś z teczki. Położył przed nią. Wyglądało na jakiś protokół.

„Otrzymałem nad ranem bardzo interesujący telefon od sekcji technicznej.”

Uniosła brew pytająco. Nie miała pojęcia, jaki to ma związek z nią samą.

„Większość korzystających ze strony nie ma pojęcia, że posiada ona pewne mechanizmy, umożliwiające śledzenie działalności zarówno gości, jak i użytkowników. Pewne zachowania wzbudzają alarm u administratorów… dla przykładu jak ktoś siedzi pół nocy w serwisie i przegląda nie tylko cele fundacji, ale opracowania całkiem realnych problemów, a potem jeszcze wchodzi na podstronę z nazwiskami aktywnych agentów w mieście, w którym mieszka i z którego adres IP komputera, z którego korzysta…”

Zarumieniła się nieznacznie. Złapali ją na gorącym uczynku.

Saldeman pochylił się i otworzył teczkę. Z niedowierzaniem spojrzała na tekst. Cztery strony drobnym makiem testu i na sam koniec formularz rejestracji, którego na próżno szukała pod jego nazwiskiem na stronie.

„Wypełnij.”

Spojrzała na niego przestraszona.

„Nie mogę.”

„Liz, niektórzy nauczyciele już mają swoje podejrzenia. Wystarczy, że jeszcze jeden pójdzie z nimi do szkolnego psychologa albo pielęgniarki i będziesz miała więcej problemów, niż możesz w tej chwili przewidzieć.” powiedział nadzwyczaj łagodnie „I nie mam tutaj na myśli, że powszechnie uważa się obecność ochroniarzy za niejaką niemożliwość zaistnienia sytuacji jak twoja. Większość ludzi nie rozumie, że dla kogoś takiego jak ty czy ja, zachowanie tego w sekrecie prowadzi do niewiarygodnych… rozwiązań. Nie wiem, czy któryś z ochroniarzy się czegoś domyśla, ale obstawiałbym przy opcji, że nie. Ostatecznie to obcy ludzie.”

Zagryzła wargę, nerwowo bawiąc się wręczonym jej długopisem. Modliła się o jakieś rozwiązanie, sama nawet szukała, chociaż bezskutecznie. Teraz los podstawiał jej pod sam nos rozwiązanie, ale czy się odważy.

Odłożyła długopis.

„Nie mogę tego zrobić. Co innego anonimowość, szukanie rozwiązania na własną rękę, a co innego przyznanie się w świetle dziennym. Po prostu nie mogę.”

Saldeman ostrożnie dotknął jej ramienia. Skrzywiła się.

„Dlaczego mam wrażenie, że nie chodzi o to, by ktoś ci uwierzył? Wystarczyłoby pokazać to jakiemukolwiek lekarzowi sądowemu i byłoby po sprawie. Możnaby nawet ustalić płeć napastnika po kształcie obrażeń, o ile zostały zadane bez użycia jakiegoś narzędzia. Boisz się samego wyjścia sprawy na jaw. Dlatego rzuciłaś Nayara, kiedy okazało się, że musisz przyjechać do Roswell na jakiś czas?”

„Diabelnie…” jej usta zadrżały nerwowo „Kim pan jest i co pan zrobił z profesorem Saldemanem?”

„Zawsze nim byłem. Tylko nauczyłem się grać.”

Westchnęła, wychylając się na krześle i patrząc na dokumenty.

„Cztery lata temu…” zaczęła, ale przerwała prawie natychmiast, przestraszona nawet własnego głosu. Saldeman czekał jednak cierpliwie. Minuty mijały, a Liz wpatrywała się to w długopis, to w dokumenty. Dzwonek na lekcje już dawno przebrzmiał.

„To Nancy.” jej szept był prawie niesłyszalny nawet w ciszy pustej klasy „Cztery lata temu ubezpieczyła się, że nigdy, przenigdy nikomu tego nie zgłoszę przed osiemnastką. Przynajmniej komuś, kto doniósłby władzom.”

„Jak? Nie jest łatwo zrobić coś takiego… szczególnie w sytuacji, iż jako Langley miałabyś za sobą jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w Stanach. Ma na ciebie jakiś osobisty haczyk, nieprawdaż?”

„Tak.” jej usta drgały tak mocno, iż obawiała się, że zaraz zacznie się jąkać. Ale oczy pozostawały suche. Dzięki Bogu. „Istnieje pewne nagranie… powiedziałam przy świadkach, że posunęłabym się do wszystkiego, byleby zostać na zawsze u Kala, zostać Langleyem.” jęknęła cicho na samo wspomnienie. Bezdenna głupota trzynastolatki kosztowała ją więcej niż mogła prawdopodobnie zapłacić. „Nawet do tego…” wskazała na dokumenty, nie bardzo wiedząc jak wyjaśnić. Gdyby wiedziała, że kiedy w końcu zdecyduje się mówić, to będzie takie trudne. „Kal nie wie. Ale mimo swojej potęgi, przez podwójny wyrok sądowy…”

„Znam tę historię. Poparcie ciebie wyglądałoby tylko na próbę odebrania ciebie Nancy, a jeśli przegrałabyś sprawę, a więc uznanoby to za taką próbę, to zgodnie z wyrokiem sądu sprzed sześciu lat, straciłby nie tylko tę marną resztkę praw do opieki nad tobą, jaką wywalczyli jego prawnicy, ale straciłby także kontrolę nad twoim majątkiem na rzecz Nancy. Więc żegnaj Langley& Langley Electronics.”

„Ona zrobiłaby wszystko, by dobrać się Kalowi do skóry… a najlepiej jeszcze do jego pieniędzy. Ona nie ma pojęcia, ile tak naprawdę ich mam i dziękuje każdego dnia dobrym mocom za to. Wyprowadziłaby wystarczającą sumę by starczyło na luksusowe życie, a potem zniszczyłaby firmę wszelkimi środkami.” w głosie nastolatki pobrzmiewała ciężka gorycz „Ona doskonale wie, że ja wiem, że zdaję sobie sprawę z sytuacji. Póki nie skończę osiemnastu lat, jej prawa rodzicielskie dają jej rocznie dostęp do milionów z funduszu powierniczego na moją naukę. Zresztą, tym płaci za swoich prawników. Muszę jakoś przetrwać do osiemnastki.”

„Naprawdę uważasz, że to się poprawi potem?” spytał wątpliwie. Nie sądził tak. Od czasu telefonu przestudiował wszystko, co mógł znaleźć na temat spraw na linii Langley-Parker. Wymagało to przewertowania wyroków sądów rodzinnych za ostatnie piętnaście lat, ale na litość boską, jeśli w końcu sprawa Liz ruszyła z miejsca… coś drgnęło w tej dziewczynie. Mógł wreszcie coś realnego dla niej zrobić.

„Wystarczy, że nie będzie miała już kontroli nad majątkiem… czy też jego częścią. Zostanę w LA czy jej się to podoba czy nie.” wzruszyła ramionami „Kala ograniczają dwa wyroki sądu rodzinnego i jeden sądu karnego. Potem Nancy może iść do diabła. Z moimi pieniędzmi mogę zaszyć się na końcu świata po kres mych dni i ona mnie nie znajdzie.”

„Ucieczka nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę… ale z pewnością poprawiłaby ci humor.”

Liz parsknęła z goryczą, nerwowo stukając długopisem o papiery. Kiedy ona go w ogóle podniosła, zdziwił się w duchu Saldeman.

„Z pewnością. Teraz jednak muszę zachować sprawę w tajemnicy, a coś mi się wydaje, że Max coś podejrzewa. Pomoże mi pan?”

Też mi pytanie…

„Zawrzemy umowę, Liz. Ja ci pomogę dochować sekretu…”

„A w zamian?” brązowe oczy zachmurzyły się. Ludzie zawsze chcieli czegoś w zamian.

„Pozwolisz sobie pomóc. Nie z wyrokiem, ale w unikaniu Nancy i jej wpływu na ciebie.”

„To niemożliwe.”

„Nie mówię, że machnę różdżką i twój koszmar się skończy. Mówię tylko, że twoje życie może stać się o wiele znośniejsze. Nie wiesz przecież, ile tygodni tutaj spędzisz… do ferii zimowych czy też za tydzień wrócisz do LA. W powodach transferu podano kwestie zagrożenia życia i nie kwestionuję tego. Tylko co zrobisz z życiem, kiedy po ustaniu zagrożenia będziesz cofać się od dotyku każdej osoby i nie mam tu na myśli przypadkowych znajomych?”

Diabelnie. Facet jest inteligentny.

„Zauważył pan?” wymamrotała z zakłopotaniem.

„Nie tylko ja. To właśnie zaalarmowało twojego nauczyciela od angielskiego i nauczycielkę wf-u.”

„Dzięki zawodom z LA jestem zwolniona z zajęć fizycznych…” zmarszczyła brwi.

„Spytali mnie w grudniu zeszłego roku, czy przypadkiem nie prowadzę twojej sprawy.”

Westchnęła. Saldeman naprawdę złapał ją w pułapkę. Ale kto to wie, czy nie wyniknie z tego coś dobrego? Pozostawało jej tylko modlić się…

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *