Wina (15)

15.

Cody wyciągnął się na łóżku. To był naprawdę długi dzień. Trzeci z kolei. Ale przynajmniej obfitował w jakieś atrakcje… Za wyjątkiem Liz szalejącej z szatni, a za nią Tary. Obie z niezbyt zachęcającymi do pogawędki wyrazami twarzy. Zanotował sobie już wcześniej, że musi porozmawiać z Lazarey po powrocie, ale był zbyt zmęczony, by ruszyć chociażby mięśniem.

Drzwi nagle otworzyły się tak mocno, sprawiając, że prawie wylazł ze skóry. Przeklinając w duchu natręta otworzył oczy i ujrzał nad sobą twarz Tary. Nie była ani szczęśliwa, ani zadowolona ani nie miała miłych zamiarów.

„Czego chcesz?” wymamrotał, zamykając oczy.

„Wyjaśnień. Co do cholery odbiło twojej dziewczynie?”

„Oprócz tego zadziwiającego faktu, że nie jest już moją dziewczyną…” mielił sarkazmem w ustach „…nie jestem nawet pewien czy Ziemia kręci się wokół Słońca czy jest na odwrót. Daj mi spokój.” warknął.

„O nie…” wyszemrała „Nie ma mowy.” teraz stykali się niemal nosami. Wręcz czuł, jak jej skóra promieniuje wściekłością. Znużony przetarł oczy. Jeszcze tylko szalejącej szefowej chearleederek na dobranoc mu tu było trzeba.

Nagle chwycił ją za włosy, obrócił i przycisnął do materaca.

„Co ci powiedziałem?” warknął groźnie.

„Nic dziwnego, że cię rzuciła, skoro tak traktujesz dziewczyny.” parsknęła.

„Wierz mi lub nie, ona jest wyjątkowa.”

Puścił ją i wstał z łóżka. Dwie sekundy później zatrzasnął za sobą drzwi łazienki. Tara zaklęła niecenzuralnie.

~ * ~

„Hej, Liz.” Damian uśmiechnął się do brunetki, przemierzającej korytarz ich pensjonatu „Co słychać?”

Jego uśmiech poszerzył się jeszcze, kiedy dostrzegł żółty pakunek w jej dłoniach. Przyciskała strój mocno do siebie, jakby miał stanowić jej tarczę. Nareszcie. Cody zwariuje z radości.

„Widziałeś Tarę? Albo Kristen”

Potrząsnął przecząco głową.

„Nie… byłem cały czas na żeńskim piętrze…” uśmiechnął się zawadiacko „A Kristen wyszła gdzieś z Nathanem.”

Westchnęła. Przynajmniej ta dobra wiadomość…

„Ale mamy ciszę nocną na dwudziestą drugą, więc niedługo na pewno przyjdzie do siebie, bo może wrócić następnym samolotem do domu…” jego uśmiech zniknął „Zgadnij, kogo nam przydzielono jako stróża moralności i porządku?”

„Kogo?”

„Profesor Connor.”

Jęknęła współczująco, siadając na fotelu w niewielkiej niszy i kładąc strój ostrożnie na kolanach.

„Nie zazdroszczę.” westchnęła „Jakbyś widział Tarę, powiedz jej, że czekam. Ona wie, o co chodzi. Dobrze? Też mam szlaban i muszę zaraz wracać.”

„Nie zazdroszczę. Do jutra.”

„Na razie.”

Uśmiechając się pod nosem, poszedł dalej. Liz nie wyglądała na najszczęśliwszą osobę pod słońcem, ale hej, kto by był na jej miejscu? Rzuciła cudownego faceta, przeciwstawiając sobie całe liceum i spowodowała istny kocioł plotek w starym. Gdziekolwiek by się nie odwróciła, była obserwowana, obgadywana i w centrum uwagi. Dla kogoś tak nieśmiałego, spokojnego i nienawidzącego niepotrzebnej publiki jak ona, to był istny koszmar.

Zszedł na własne piętro, pogwizdując pod nosem. Ale kiedy dotarł do swojego pokoju, umilkł. Obserwował scenę rozgrywającą się przed jego oczami w cynicznym rozbawieniu.

Tara czasami nie wiedziała, kiedy zostawić sprawy własnemu biegowi.

Usiadł na swoim łóżku i gapił się na nią obojętnie.

„Coś ci powiem, Lazarey.”

„Och, niby co, Carpenter?” zakpiła.

„Nie właź na cudzy teren.” powiedział spokojnie.

„Nie włażę.” obruszyła się.

„To zmiataj stąd. I zamknij drzwi, jak będziesz wychodziła. Nie chcemy kolejnych nieproszonych gości…”

Nie wiedziała, kogo ma w tej chwili większą ochotę udusić: Nayara, Parker czy tego osła, który ją wyrzucał. Decydując, iż jednak rozsądniej będzie opuścić to towarzystwo, zwlekła się z łóżka i w milczeniu obrała drogę do własnego pokoju. Później się z nimi policzy.

Czekał cierpliwie, aż Cody zostawi królewski przybytek. Ostatecznie takich nowin nie miał zamiaru ogłaszać przez drzwi do łazienki.

Minęło może z dziesięć minut, nim wyłonił się w towarzystwie unoszącej się wokół niego. To chyba był gorący prysznic zamiast zimnego, Damian zakpił w duchu, zakładając rękę na rękę. Gdyby sprawa nie byłaby tak poważna z Liz, sytuacja byłaby wręcz patetyczna. Facet zdecydowanie zasłużył na długie, leniwe godziny w łóżku ze swoją dziewczyną.

„Lepiej usiądź.” zakomunikował.

„Czemu?” blondyn zmarszczył brwi, szperając w szufladzie w poszukiwaniu zaginionej poprzedniego dnia butelki. A właściwie to dwóch. Rzucił jedną Damianowi.

„Co powiesz na Liz w żółtym stroju lwicy?”

Butelka coli zastygła w połowie drogi do ust Cody’ego, ale szare oczy rozbłysły entuzjastycznie. Gwizdnął cicho przez zęby.

„Bujasz!”

„Niee.” Damian wyszczerzył zęby „Niedawno mijałem się z Liz na drugim piętrze, niosącą kompletny zestaw. Czekała na Tarę.”

Cody rozłożył się ponownie na łóżku, gapiąc się w sufit.

„Byleby Lazarey niczego nie sknociła.”

„Wątpię. Liz widziało kilka dziewczyn. Nie pozwolą jej niczego wywinąć.”

„Więc teraz pozostaje nam skopać tyłek Evansowi…” westchnął z ulgą „Swoją drogą facet jest szalony, skoro myśli, że wygra z nami.”

Damian roześmiał się.

„Będzie oszukiwał, to pewne. Na ile mu pozwolimy?”

„Niech się chwilę połudzi. Myślałem jednak, że strategię macie opracowaną z Charlie’m?”

„Mamy, ale wtedy nie wiedzieliśmy, że Liz zamierza jawnie stanąć po naszej stronie. Facet, chyba jednak zalazłeś jej za skórę bardziej niż ona tobie. Wydawała się naprawdę zdenerwowana… Jak tak dalej pójdzie, będziesz miał ją z powrotem przed końcem tygodnia.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *