Wina (14)

14.

„Liz!” Maria biegła za oddalającą się brunetką, usiłując nie zgubić książek ani też celu z oczu „Liz!” wrzasnęła nieco głośniej. Zero reakcji. Zgrzytając zębami, przyśpieszyła, potrącając kogoś po drodze… ale nie miała czasu na przeprosiny. Zdyszana wpadła do północnego korytarza, rozglądając się desperacko po pustej przestrzeni. To była ostatnia lekcja i większość czwartaków powędrowała już do domów. Liz miała w tej sekcji swoją szafkę. Ale nie to było ważne… usłyszała przed chwilą tak sensacyjne wieści, że z początku aż ją po prostu zatkało z wrażenia. Nieczęsto udawało się to. Komukolwiek.

Dysząc ciężko dotarła za róg korytarza i jej wzrok padł na postać w zielonym sweterku, układającą książki na półce. Wciąż nie mogąc uwierzyć, że nawet w ogóle myśli o zapytaniu o to, niech uwierzeniu w plotkę, poczłapała w jej stronę. Oddech i spokój serca mogły poczekać.

„Hej, Liz.”

„Hej.” nawet nie podniosła głowy, najwidoczniej cały dzień w tym przeklętym kotle plotek dał się jej mocno we znaki.

„Właśnie słyszałam najbardziej nieprawdopodobną plotkę na świecie…” wysapała z trudem, nie zauważając nagłego spięcia ramion brunetki.

„Wiesz co? Nie chcę jej słyszeć. Mam dość.” mruknęła cicho.

„Biedactwo…” Maria poklepała ją współczująco po ramieniu. Liz schowała szybko twarz za drzwiczkami szafki, by ukryć gwałtowny grymas bólu, nieświadoma zupełnie, że z innej strony zza rogu wyłonił się właśnie Cody i jego spojrzenie powędrowało automatycznie do niej. Cofnął się błyskawicznie, pociągając ze sobą także Damiana.

„Co, do cholery?” wymamrotał jego przyjaciel. Nayar ostrzegawczo pokręcił głową i ostrożnie wyjrzał zza rogu. Dziewczyny nie zwracały na nikogo uwagi, a twarz Liz była znów spokojna, chociaż napięta… dałby sporo, żeby podsłuchać, o czym mówią.

„Ok. Nie uwierzysz…” Maria zaśmiała się cicho, chociaż wciąż brakowało jej oddechu i ten gest kosztował ją chwilę. Musiała poprawić kondycję. Zdecydowanie! A najlepiej w towarzystwie Miśka… naprawdę szkoda, że przez podwójną pracę nie miał tyle czasu, co kiedyś.

„Troy paple, że byłaś w Dubois chearleederką. Ty!” zapiszczała w oburzeniu jakiś czas później „Wiem, Liz, nie denerwuj się… to tylko plotki… ale jak ona może zrównywać cię z tymi beznadziejnie głupimi lalami, przez które pewnie przeszła cała drużyna? Ona naprawdę zostawiła rozum w składziku.” DeLuca pokręciła z niedowierzaniem głową „Przecież to jednym słowem dziwki… taka Tara, na przykład. Widziałam, jak dzisiaj przystawiała się do Valentiego, chociaż wcześniej go nawet nie dostrzegała. Musimy coś znaleźć na tę plotkującą harpię, inaczej Liz będziesz skończona przed jutrzejszym meczem…”

Liz nie powiedziała ani słowa. Maria pokiwała współczująco głową. Rzeczywiście, na coś takiego wprost brakowało słów. Chwyciła książki mocniej i oderwała się od szafek.

„Pędzę… mam jeszcze przynudnawe zajęcia techniczne… gdzie Misiek, kiedy go potrzebuję? Mógłby zrobić mi taki sam stojak jak rok temu…” odeszła jęcząc.

Cisza na korytarzu po jej odejściu świadczyła doskonale o tym, że wszyscy obecni usłyszeli ich słowa. Nikt się nie odezwał. Nikt. Chociaż prawdopodobnie niejeden osobnik mógłby z niedowierzaniem wyszemrać Dlaczego nie powiedziała chociaż słowa? Bynajmniej nie o samym przyznaniu się. Dlaczego nie powiedziała słowa na obronę ‚głupich lal’?

Nagle ciszę w korytarzu przerwało ciche, pełne frustracji „Agrr!” i głośny, głuchy stukot. Nieśmiała, spokojna Parker walnęła z całej siły w szafkę, aż w metalowych drzwiczkach powstało nieduże wgięcie! Niedowierzające spojrzenia powędrowały w stronę drobnej, drżącej postaci. Aktualnie opierała czoło o zimne drzwiczki, a pięść wciąż tkwiła tuż obok.

„Mam już dzwonić do twoich prawników, by przygotowali się do procesu o morderstwo w afekcie?” rozbawiony głos Valentiego wyrwał ją z marazmu. Odczepiła się od obecnego obiektu swoich frustracji, z zakłopotaniem rejestrując poczynione szkody.

„Bardzo zabawne.”

„No co? Płacisz im tyle, że wyciągnęliby cię sprzed oblicza plutonu egzekucyjnego…”

„Nie wszystko można kupić…” burknęła.

„Za pieniądze, nie.” wzruszył ramionami „Ale ostatnimi czasy dziwnym trafem niektórzy wolą wymianę barterową…”

„Nawet nie chcę wiedzieć.” wymamrotała, zamykając oczy na sekundę, ale w następnej otwierając je szeroko. Miała szczerą nadzieję, że to nie Kristen. Nathan zabiłby Kyle’a. Ale z drugiej strony Maria mówiła o Tarze… więc lepiej, żeby to była ona. Lubiła Kristen, ale nie aż tak, by świecić za nią oczami przed przyjacielem Cody’ego. Naprawdę lepiej, żeby to była Tara. „Widziałeś Kristen?”

„Nie.”

„A Tarę?”

Wzniósł oczy do sufitu.

„Tak.” mruknął sucho „Na trybunach boiska do kosza.”

„Dzięki.”

Nie odwróciła się. Nie chciała widzieć wlepionych w siebie spojrzeń innych uczniów. To był czas najwyższy, by się zadeklarować.

~ * ~

Tara była znacznie mniej skłonna do współpracy niżby Kristen była, ale w tym momencie nie miała wielkiego wyboru. Nie mogła pójść do pensjonatu, który zajmowali uczniowie Dubois. Zbyt wysokie ryzyko natknięcia się na Cody’ego albo kogokolwiek z jego zespołu. Poza tym nikt nie dawał jej gwarancji, że zdołają uciąć sobie pogawędkę w samotności. Musiała wystarczyć Tara. Plus puste żeńskie szatnie.

„Ok. Pozwól, że spytam, czy dobrze zrozumiałam…” śliczny zielonooki rudzielec spojrzała na nią z dziwnym błyskiem w oku, jakby wiedziała znacznie więcej niż chciała się przyznać. I prawdopodobnie tak było. „Jutro będziesz po stronie Dubois, ale nie będziesz dopingować zespołowi Damiana…”

Liz pokiwała twierdząco głową.

„To się nie uda. Nie ma mowy!”

„Proszę… Naprawdę nie mam wyjścia.”

„Twoje jedyne wyjście, to pożyczyć od którejś z dziewczyn strój i zrobić kilka wyskoków w spódniczce.”

„Tara…” Parker westchnęła prosząco. Niestety nie pomogło.

„Liz wiem i doświadczyłam na własnej skórze, jakie dziwne wyobrażenie o nas mają w małych miastach, ale to jeszcze nie powód, by stchórzyć. Nagrabiłaś sobie u chłopaków zostawieniem Cody’ego bez słowa wyjaśnienia. Kiedy wrócisz do LA, szkoła będzie dla ciebie koszmarem, jeśli jutro odstawisz jeszcze taki afront.”

„Skąd wiesz, że transfer jest tymczasowy?” Liz zmrużyła oczy.

„Nathan tak powiedział.” Tara wzruszyła ramionami „Nie ma teraz pojedynczego faceta od nas, który by o tym nie wiedział. Większość dziewczyn także.”

Przeklęta Kristen. Obiecała milczenie!

„Och…” wymamrotała z zakłopotaniem, siadając na ławce ciężko „Ale nie mogę zatańczyć.”

„Chwilunię… przed chwilą powiedziałaś, że nie będziesz dopingować!”

„Nic takiego nie powiedziałam.” Liz podrapała się po głowie, wciąż czując fale zakłopotania. Wiedzieli. Prawdopodobnie dlatego była taka awantura z powodu tego meczu. Stali murem za Cody’m. „Mam tu strój. Cały komplet właściwie. Nie muszę pożyczać. Ale nie zatańczę z wami układu. Nie mogę!” wyszemrała z desperacją „Mogę paradować w tej głupiej spódniczce nawet przez cały dzień, ale błagam, nie każ mi tańczyć.”

Tara powoli zdjęła barwne szkła, nie patrząc na nią.

„Ok. W porządku.” zgodziła się w końcu „Może nawet sama nie zatańczę i będę twoją strażą przez cały dzień od nachalności innych. Ale pod jednym warunkiem. Powiesz mi prawdę. Dlaczego nie możesz zatańczyć?”

Liz sapnęła.

„Pamiętasz, co ci powiedziałam kiedy dołączyłaś do chearleederek w czerwcu? Nie wciśniesz mi kitu. Innym możesz wciskać, łącznie z Cody’m, że nie widzisz sensu ciągnąć tego dalej…”

Uniosła spojrzenie na brunetkę, ale ta wciąż siedziała obok z pochyloną głową. Milcząc.

„Słuchaj, Liz. Sama powiedziałaś: nie mogę. Nie powiedziałaś: nie chcę! Jak dla mnie to kolosalna różnica. I mogę sprawić, że inni również to dostrzegą.”

„Nie mogę ci powiedzieć, Tara.” wyszemrała w końcu.

„Rozumiem, masz nas w nosie. W takim razie nie pokazuj się nawet jutro w szkole. Tak będzie lepiej dla dziewczyn z zespołu, jak i dla ciebie. Miej miłe popołudnie, Parker.” Tara wstała z ławki. Cóż, przeliczyła się. Lubiła to dziewczątko. Była nieśmiała i skryta, ale dzisiaj, obojętnie co ją trapiło i jakie miała problemy, popełniła jeden bardzo poważny. W Dubois albo było się członkiem społeczności i grało według niepisanych zasad, albo było się na zewnątrz. I teraz Liz wybrała bycie na zewnątrz. Wielka szkoda, bo nawet zaczynała myśleć, że przy Cody’m jeszcze wyjdzie na ludzi.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *