Wina (13)

13.

Swoim nowym zwyczajem zajęła miejsce na trybunach boiska, dokładnie na tej samej ławce, co przez poprzedni tydzień. Przez nadprogramową liczbę kręcących się w pobliżu uczniów, a także przez obecność zarówno Damiana na trybunach, jak i wiercącą się i paradującą z pochmurną miną Kristen, mogła powiedzieć, że coś wisiało w powietrzu. Jeszcze nie wiedziała, co, ale prawdopodobnie szybko się dowie.

„Co się dzieje?” szepnęła, pospiesznie zabierając plecak z sąsiedniego miejsca, kiedy rzędy zaczęły się zapełniać uczniami.

„Nie powiedzieli ci?” Kristen miała minę kwaśną jak cytryna.

„Wyglądam na wiedzącą o każdej plotce krążącej po szkole?”

Lenkis objęła wzrokiem prosty kucyk, szmaragdowy golf i czarne spodnie – wybitnie z kalifornijskiej kolekcji – i doskonały makijaż. Diabelnie. Dziewczyna szybko się uczyła.

„Zdecydowanie nie.”

„A więc?”

„Wygląda na to, że ktoś tu się posprzeczał…” wskazała na Charliego i dymiącego się naprzeciwko… Maxa. Liz nie mogła uwierzyć własnym oczom.

„O co poszło?”

„O miejsce do gry. I teraz będą grać o to, który zespół na przerwach przez następny tydzień będzie zajmował boisko.”

„Max nie grał w szkole. Nigdy.” Liz wymamrotała pod nosem, zarabiając niedowierzające parsknięcie od Kristen.

„Przecież nie o boisko poszło, tylko o to, że ty tu siadasz na przerwach… Faceci i testosteron.” wzniosła spojrzenie do nieba, jakby błagając o cierpliwość by z nimi wytrzymać „Radziłabym ci schować się do ciemnej mysiej nory na przerwach. Żebyś widziała, co się działo wczoraj… Cyrk. Zupełny cyrk.”

Chociaż miłym akcentem tego cyrku było, że zarobiła uśmiech od Valentiego, to jednak nie sądziła, by Nathanowi się to spodobało. Diabelnie! Że też Cody musiał go ściągnąć do Roswell razem z całą drużyną. Normalnie nie miałaby nic przeciwko ich przyjazdowi, zrobiło się o wiele ciekawiej, ale miała przeogromną ochotę umówić się z Kyle’m… nic dużego. Nie miała zamiaru zdradzać własnego chłopaka, ale czasem odrobina sympatycznego męskiego towarzystwa przydałaby się nawet jej.

Nagle podniosła się wrzawa, a otaczający je tłum zerwał się, zasłaniając im widok. Liz i Kristen spojrzały na siebie…

„To nie może być dobre…” wymamrotały obie jednocześnie.

Nie było.

~ * ~

„Prawdopodobnie nawet mysia dziura by nie pomogła…” Liz wymamrotała do Kristen, wychodząc z angielskiego. Wyjątkowo, Damian nie przeszywał jej wzrokiem, ponieważ miał szlaban. Czyścił salę chemiczną za karę na spółkę z Maxem. Niewielka sprzeczka szybko skończyła się wcale nie tak małą bójką, którą usiłował skończyć, ale w końcu dołączył… Modliły się obie z Kristen, by to, co zostało wypowiedziane na tym przeklętym boisku do kosza, nie dotarło do nauczycielskich uszu, inaczej nie tylko Damian i Charlie będą mieli kłopoty.

Wyszły na główny hol, całkiem spory tłumek gnieździł się przed tablicą ogłoszeń, chociaż woźny dopiero co od niej odchodził. Niebieskie i brązowe spojrzenia znów zetknęły się tego dnia w porozumieniu. Energicznie ruszyły do przodu. Tłumek rozstępował się przed nimi bez protestów, kiedy chodziło o uczniów Dubois. Ale kiedy chodziło o Roswell High, trzeba było użyć łokci.

W końcu przeczytały, co wywołało takie zamieszanie.

„Oni są chyba niedorozwinięci, jeśli myślą, że mecz między obiema drużynami rozładuje napięcie.”

„Wbrew obiegowej opinii…” Kristen zdrętwiała, słysząc głos profesora od biologii. Był staruszkiem, ale najwyraźniej miał dobry słuch. Albo czatował na komentarze. „…nie będzie to zwyczajny mecz pomiędzy zespołami obu Liceów.” Saldeman uśmiechnął się, chociaż jego spojrzenie omiotło z troską bladą i niezbyt pewną twarz Liz Parker „Grać będą prowokatorzy tej bójki… jako kapitanowie, jeśli zechcą. Oni także wybierają skład zespołów.”

Wesoły aplauz, jaki wywołało to oświadczenie, mógłby roznieść chyba mury szkoły. Profesor uniósł dłoń, by się uciszyli. Po minucie… a może dwóch doczekał się nieco spokoju. Najwyraźniej miał jeszcze coś do powiedzenia.

„Chętni zgłaszać się mogą do pana Carpentera albo do pana Evansa… jak odbędą już karę. Skład obu zespołów ma zostać ustalony do osiemnastej i dostarczony trenerowi.”

„Czarno to widzę…” Kristen wymamrotała pod nosem, kiedy nauczyciel oddalił się korytarzem „Mnóstwo testosteronu… to będzie brudny mecz.”

„Ale zdecydowanie najciekawszy…” Damian wyrósł obok nich jak spod ziemi. Biorąc pod uwagę, że miał głowę umorusaną jakimś paskudztwem, było to więcej niż prawdopodobne. Pracownia chemiczna – roswellowskie podziemie.

„A fe… idź się umyć, ośle jeden. Coś ty czyścił? Toalety?”

„Na pewno nie to, co bym chciał…” wymamrotał pod nosem, ale głośniej dodał „Chciałem się tylko upewnić.”

„O?”

Spojrzał zawadiacko i wymownie za oddalającą się korytarzem Liz. Diabelnie. Co się z nią działo? Nie widział jej tak spiętej miesiące… ale też cała ta awantura wokół niej nie była zapewne dla niej najmilsza. Jeśli dziewczyna nie wskoczy do łóżka Nayara w najbliższym czasie, to chyba czeka ją lincz po powrocie do Dubois.

„Że pewna brunetka będzie nas dopingować.”

„Żartujesz sobie?” Kristen zaśmiała się niedowierzająco.

„No co?” wzruszył ramionami, uśmiechając się całkowicie niewinnie „Formalnie, Liz przyjechała na wymianę. Powinna więc dopingować swoje Liceum. Ostatecznie, czy tu, czy w LA, wciąż jest chearleederką i nie słyszałem, żeby wyleciała z waszego zespołu… Nieprawdaż?”

Zostawił sapiącą Kristen i powędrował korytarzem w stronę męskich szatni, nucąc jakąś melodyjkę pod nosem. Mam nadzieję, Nayar, że nie położysz meczu widząc Parker w tym kusym stroju i nie mogąc jej dotknąć…

„Czarno to widzę. Czarno!” dobiegł go rozgniewany, wściekły głos Kristen. Zaśmiał się tylko.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *