Wina (12)

12.

Co za idiota… Kyle zaklął w duchu, widząc wychodzącego z alei za Crashdown Maxa, a w ślad za nim dwóch bardzo, ale to bardzo rozgniewanych koszykarzy. Silnych, rosłych, lojalnych wobec swojego kapitana koszykarzy. Gotów był się założyć, że Max zostawił swój rozum w tym swoim kokonie, zanim z niego się wykluł, nie dało się inaczej wytłumaczyć, jak mógł być tak nieostrożny. Narażał nie tylko siebie, ale i innych w grupie. Czy on naprawdę uważał, że jego muskulatura rodem z siłowni odstraszy bandę wkurzonych nastolatków? Specjalnie kiedy dowiedzą się, że nie trenuje niczego.

Langley nie płacił mu wystarczająco wiele, żeby ratował także Evansa, ale do licha, jeśli zaraz czegoś nie zrobi, Hanson będzie prowadził swoją pierwszą sprawę o morderstwo i Liz dopiero się nie wygrzebie z tej otchłani.

Przejął Max za rogiem UFO Center, bezceremonialnie chwytając go za fraki i wciągając do środka niemal w ostatniej sekundzie.

„Zwariowałeś?” złotooki eks-król wyszarpał się bez większego trudu z uścisku.

„Nie. Ratuję ci tyłek!” Kyle burknął, popychając go w dół schodków „Co ty do cholery sobie myślałeś?”

„Ja? To ty mnie porywasz z ulicy!”

„Jeśli jesteś na tyle ślepy, by nie zauważyć jawnej wrogości Kalifornijczyków, to naprawdę nie wyobrażam sobie, jak miałbyś ochronić Liz przed Tess.” zadrwił.

„Ach, oni…” Max odetchnął z ulgą, ale i z lekceważeniem.

„Tak, oni!” Kyle wcale nie zamierzał popuszczać jego niezrozumieniu „Naprawdę mam dosyć naprawiania twoich błędów.”

„Moich?” Evans wytrzeszczył oczy „To nie ja łażę po mieście, śledząc Liz jak jakiś obsesyjny wariat…”

No jasne…

„…albo posyłając swoich koleżków, by pilnowali Crashdown.”

„Nie mówiłem o Cody’m. Mówiłem o tobie i Liz, oraz o fakcie, że chodzisz po mieście jak dumny paw, afiszując się z tymi szczenięcymi spojrzeniami w sytuacji, kiedy jego zostawia nagle bez powodu dziewczyna i wraca bez żadnych wyjaśnień do miasta, do którego publicznie przysięgała nigdy nie wrócić.” Kyle nie dbał o to, ilu turystów go słyszy. Byle dotarło do kłapouchego. „Nawet bez Nayara w mieście groziłby ci taki opierdol, że możesz nie wstać. Przestań łazić za Liz i ją dręczyć. Robiłeś to przez dwa lata, nie wystarczyło ci jeszcze?”

Max otworzył usta, ale nic z nich nie wyszło. Po części z szoku, po części z faktu, iż Valenti jeszcze nie skończył.

„I co to do cholery jest, że my mamy dyskutować jej problemy osobiste? Jak będzie chciała pogadać od serca, to pójdzie do przyjaciela… ups, on nie żyje. Został wykończony przez pewną blondi… jak ty, nieprawdaż?” uśmiechnął się złośliwie, obserwując wściekłe pulsowanie żyły na skroni przeciwnika „Nie obchodziło cię przez ostatnie pół roku, co się z nią dzieje, za wyjątkiem nieustającego jęczenia, że nie pozwala ci naprawić waszego ‚związku’. Uzupełnię lukę w twojej wiedzy: bawiła się doskonale w towarzystwie Nayara.”

„Ona tylko odgrywa się na mnie.” Max stwierdził z pewnością w głosie. Kyle zaklął w duchu ze złością. I bardzo brzydko. „Mści się za Tess. Ale przejdziemy przez to, zawsze przechodziliśmy przez każdy kryzys. Wróci do mnie. Obojętnie co. Będzie z powrotem moja.”

Wydajesz się zapomnieć o pewnym małym szczególiku z twojego życia, który jest gdzieś daleko stąd i skazałeś go na życie z wykorzystującym go do własnym celów tyranem… Kyle sapał ze złości w duchu. Ale z drugiej strony facet, który obalił Maxa w poprzednim życiu chyba jednak nie mógł być taki zły. Wystarczyło spojrzeć na jego odpowiednika w tym życiu, Nayara. Co najmniej troszczył się o Liz wystarczająco, by nie lubić tych paskudnych plotek, które rozsiadł nie kto inny, jak sam Max i jego zrozpaczone spojrzenie.

Obserwował, jak Max schodzi w dół, sztywny, prosty, z dumą i pewnością siebie emanującą z każdego ruchu. Tak przekonany o własnej racji… aż mu go było żal.

„Ty idioto… gdybyś miał chociaż najmniejsze podejrzenie, dlaczego rzuciła Cody’ego, śpiewałbyś zupełnie inaczej…” wyszemrał, obracając się na pięcie i wychodząc na zalaną słońcem ulicę najgęściej zamieszkanego przez obcych miasteczka na Ziemi.

~ * ~

„No to wygląda na to, że trzeba wziąć w obroty Valentiego.” Kristen przerzucała niby obojętnie strony kolorowego czasopisma, chociaż temat obchodził ją naprawdę żywo. Tylko okoliczności były niesprzyjające.

„Ty byś z pewnością miała na to chrapkę?” Tara uśmiechnęła się ze swojego fotela, podrzucając obojętnie piłkę w dłoni. Wzniosła spojrzenie do sufitu, kiedy ze strony leżącej na dywanie dziewczyny dostała jedynie parsknięcie. „Daj spokój. Widać, że ci się podoba.”

„Nie wiem, o czym mówisz.”

„Taaa… jasne. Innym możesz wciskać kit, ale mnie nie oszukasz.”

„Nie oszukuję cię.”

„Więc spójrz mi prosto w oczy i powiedz, że Valenti nie jest przystojny.” uśmiechnęła się w radosnym przewidywaniu.

„Nie będę zużywać patrzałek, bo nie ma na co. Jest. Ale jestem z Nathanem. Koniec historii.”

Tara parsknęła w tak jawnej próbie zamknięcia tematu. A już robiło się interesująco…

„Bo wiesz, chłopcy chcą, żeby któraś dobrała mu się do spodni i wyciągnęła nieco informacji… Podobno było spięcie na linii Evans-Valenti dzisiaj w UFO Center.”

„W tym mieście nic się nie ukryje.” brunetka skomentowała jedynie.

„Nie słyszałaś pierwszego zdania?” Tara powtórzyła.

„Słyszałam.” zamknęła czasopismo i z trzaskiem rzuciła na podłogę „Co to ma do mnie?”

„Myślałam, że będziesz chętna…”

„Nie jestem.” wycedziła z irytacją „Po świecie chodzą tysiące przystojnych facetów. Czemu miałby obchodzić mnie akurat ten jeden szczególny?”

„W porządku. Tak tylko pytałam. Dla pewności. Wiesz, nie wchodzić na zajęty teren i tym podobne. Obojętnie, ile problemów ma Cody, wyznajemy pewne zasady…”

Minęła może z minuta, kiedy niebieskie oczy Kristen spoczęły na Tarze.

„Więc? Która?” naprawdę próbowała nie dopuścić nuty zazdrości do swojego głosu. Miała nadzieję, że się udało…

„Ja.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *