Wina (11)

11.

Miłość jest do chrzanu.

Kristen gotowa była się zgodzić z dawnym powiedzonkiem Liz, kiedy widziała pochmurną twarz Cody’ego. Siedział przy stole, ignorując spojrzenia pozostałych chłopaków. Podnosił widelec do ust, ale obiad nie bardzo chciał wejść mu do żołądka. Ale po takim dniu nawet jego apetyt był oklapły.

Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie i Nathan, bezceremonialnie w samych spodniach i bez koszulki, z wciąż mokrą głową, siadł do stołu. Posłała mu mordercze spojrzenie, na co odpowiedział promiennym uśmiechem.

„A co tobie tak wesoło?” Charlie był w złym humorze. Chyba dlatego, że nie dopadli jeszcze Valentiego, jak sądziła po cichu…

„Tylko zabawna scenka w szkole.” jego uśmiech się poszerzył „Naprawdę nie masz co się przejmować konkurencją, Nayar. Ten Evans to jełop jak mało kto.”

„Tak? I co z tego?” wymamrotał z rozgoryczeniem. Rozsądek podpowiadał mu, że plotki to tylko plotki, Liz miała wystarczająco wiele problemów i oporów w tej dziedzinie życia. Z całą pewnością z nikim nie posunęła się dalej niż z nim. Ale serce wcale nie chciało słuchać i rósł w nim wielki potwór zazdrości powtarzający w kółko głupie ‚rozdziewiczył’ zasłyszane wcześniej od Kristen. Aż się kulił na myśl co krąży wśród chłopaków. Wbrew powszechnej opinii, byli gorszymi, bardziej zaciętymi roznosicielami i twórcami plotek niż płeć piękna. Ale nie jego Liz, pomyślał tęsknie. Nie obgadywała, była przeważnie nieśmiała i to, co się działo między nimi trzymała dla siebie. Może właśnie dlatego chłopacy byli zawsze tak ciekawscy i natarczywie domagali się najświeższych info o sytuacji. Westchnął. Mógłby nawet znów znosić ich natręctwo, byleby tylko ktoś odczarował Liz…

Nathan uśmiechnął się pod nosem, kładąc na talerz ogromną porcję spaghetti. Musiał się odżywiać. Potrzebował sił na wieczorne plany…

„Wiesz kto to Pam Troy?”

Kristen parsknęła z pogardą, zarabiając zaintrygowane spojrzenia od wszystkich.

„Miejscowa największa plotkara. Obsmarowałaby samego Pana Boga. Nie cierpię jej.”

„Pam Troy zdążyła zapytać dwa razy Liz, jaki Cody jest w łóżku i czy mieliście trójkącik z Damianem…”

Zawartość niektórych buzi znalazła się nagle ponownie na talerzu. Cody szczęśliwie akurat nic nie jadł, ale nic go nie powstrzymało od wściekłego sapnięcia.

„A to suka…”

Uśmieszek Nathana mówił wyraźnie, iż cieszy się z odniesionego sukcesu.

„No dobra, sytuacja wygląda tak. Evans to świr z obsesją na punkcie twojej dziewczyny… to przyznaje nawet sam Kyle Valenti, co stanowi ciekawy akcent. Najwyraźniej służył parę razy jako parawan ochronny przed tym szczeniakiem. No i nie lubi Evansa na potęgę. Plotka głosi, że jako jedyny stanął przy Liz po śmierci Whitmana… i najwyraźniej oparł się och-jakże-nieobecnej-Tessuni-Harding.” wcisnął do ust ogromną porcję makaronu ” Spotkamy się u Michaela. O szóstej. Wiesz, musimy porozmawiać o całej tej sytuacji…” przedrzeźniał wzorem Liz „To odpowiedź Evansa na całkowicie jawne próby usiłowania pozbycia się go, nie wspominając o nie tak subtelnym unikaniu przez Liz wszelkiego dotyku od niego. Chyba go nie cierpi.”

Każdy pamiętał, jak czasem Liz potrafiła się cofnąć. Zupełnie nieświadomie. Ale ona była wiecznie na straży.

„No i rewelacja na sam koniec, może nieszczególnie istotna, ale jednak. Uśmiechnąłem się do sekretarki i zgadnijcie, co znalazłem… Liz nie jest na stałe w Roswell. Przyjechała na zasadzie wymiany.”

Ciszę przy stole możnaby chyba kroić nożem, pomyślała wisielczo Kristen. A więc to Liz miała na myśli kiedy mówiła o powrocie do LA.

„Prędzej lub później wróci do Dubois, innymi słowy.” Nathan zatarł dłonie, po czym poklepał Cody’ego po ramieniu „Wiesz co, stary? Myślę, że czas na zmianę taktyki. Potrzebujemy informacji. Nie plotek.”

~ * ~

Ciemnozielony samochód zatrzymał się tuż przed wejściem do Crashdown, wzbudzając ciche zainteresowanie co najmniej kilku jego bywalców. Przynajmniej tych należących do grona elitarnej młodzieży z Liceum Dubois. Była prawie ósma wieczorem, od kolejnej odsłony plotkarskiego dramatu aka drugi dzień Cody’ego Nayara w Roswell High, minęło już kilka godzin, ale Elizabeth Parker na scenie się nie pojawiła. Do tej chwili.

Wysiadła z samochodu z bladą twarzą, przypominającą barwą raczej szarawy kostium, który miała na sobie niż swoją oliwkową karnację. Po wprawdzie, Parker była śmiertelnie blada. Żaden ze świadków nie mógłby temu zaprzeczyć.

Przemaszerowała przez salę restauracyjną, nie uznając nawet życzliwych pozdrowień od kilku klientów. Drzwi na zaplecze rozhuśtały się gwałtownie pod naporem jej dłoni, przez co po chwili mogli w przelocie zobaczyć, jak wbiega na wewnętrzne schodki prowadzące do mieszkania na piętrze.

Coś poszło nie tak. Ale życie w Kalifornii nauczyło każdego z uczniów Dubois, że problemów nie rozwiązuje się z publiką, tylko prywatnie. Być może to także nauczyło wielu z nich, że jeśli mogą na kogoś liczyć, to raczej nie na dorosłych, tylko na siebie. W Dubois tak właśnie powstawały przyjaźnie, i chociaż plotki były, to jednak nikt głośno nie roztrząsał, dlaczego nagle czwartoklasistka zaprzyjaźniła się z zahukaną myszką z drugiej klasy.

Ale Roswell było zupełnie innym miejscem. Chociaż prawdopodobnie gdyby znajdowało się w centrum politycznego kryzysu, upór i ‚dobra wola’ pewnego męskiego osobnika i tak popchnęłyby go do działania.

Max wyszedł z Crashdown i okrążył budynek, kierując się w stronę balkonu Liz, zupełnie nieświadomy dwóch rosłych nastolatków, obserwujących go z bardzo groźnymi wyrazami na twarzy. Lecz, jak to mówią, czasem ludzie robią dziwne rzeczy, niepomni konsekwencji… skąd Max Evans miałby wiedzieć, iż narusza czyjś teren, skoro uważał Liz za swoją własność? Ale nawet takie tłumaczenie Kristen nie powstrzymało kilkorga uczniów Dubois od wzięcia sprawy w swoje ręce. Nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Już w starożytnym Rzymie wiedzieli o tym.

Serce Maxa zacisnęło się boleśnie, kiedy do jego uszu dobiegło ciche chlipanie. Wiedział instynktownie, wiedział w głębi serca, że ten chłopak sprawiał jej problemy i był w mieście ledwo dwa dni, a ona uciekła daleko od niego. Nancy miała rację. Liz potrzebowała go. Po śmierci Alexa była wystarczająco zagubiona i sama. Wspomnienie własnej winy zepchnął głęboko. Ważne, że sprowadzili Liz do Roswell… co prawda nie zamierzali sprowadzać także Nayara, ale może w znajomym środowisku, otoczona przyjaciółmi, zrozumie, że jednak może komuś zaufać i zwierzyć się z problemów.

Wspiął się na drabinkę, umyślnie nie robiąc wiele hałasu. Siedziała po turecku na łóżku, już przebrana w żółty dres. Wyglądała niczym promyk słońca na ponurym tle. Delikatnie kołysała się w tę i z powrotem, niemal w takt muzyki, która sączyła się cicho w głośników.

Spędziłeś cały swój czas czekając na tę drugą szansę

Na przełom, który sprawiłby, że wszystko byłoby OK

Zawsze jest jakiś powód

by czuć się nie dość dobrze

I jest ciężko pod koniec dnia

Podsunął okiennicę wyżej, by wejść do środka. Wciąż go nie słyszała. Dopiero kiedy stanął tuż obok niej i podniósł jej podbródek, by na niego spojrzała, szarpnęła się gwałtownie do tyłu.

„Max, co tu robisz?” wyjąkała, pośpiesznie ocierając łzy spod oczu. Dało to tylko taki efekt, że poprzedni cienie zamieniły się w ciemne smugi na wpół rozpuszczonego tuszu do rzęs.

„Dlaczego miałoby mnie tutaj nie być?” wyszemrał zmartwiony, jeszcze raz po nią sięgając, ale ponownie się cofnęła „Liz wiem, że sytuacja w szkole nie jest najciekawsza, ale nie musisz uciekać.”

„Co tu robisz?” powtórzyła, jakby nie rozumiał.

Z twojej cichej zadumy

Jesteś w ramionach anioła

Obyś znalazł tu jakieś pocieszenie

Jesteś taki zmęczony prostą linią,

Że gdziekolwiek się obrócisz

Za twoimi plecami są sępy i złodzieje

Westchnęła, kiedy zaczął wszystko od początku. Wiedziała, że troszczył się o nią w głębi serca, ale czasem po prostu nie rozumiał, kiedy należało zostawić sprawy ich własnemu biegowi. Jak teraz.

„Max, nie mam teraz czasu.”

„Wczoraj także? Czekaliśmy wszyscy u Michaela przez cały wieczór, ale nie przyszłaś. Pytałem dzisiaj Nancy, byłaś cały wieczór w domu.”

„Uczyłam się.” burknęła. Jej osobiste sprawy nie będą dyskutowane przez gang.

„Ale dzisiaj nie było cię w szkole i Nancy mówi, że wczoraj prawie uciekłaś z lekcji… Liz, wiemy, że…”

Burza wciąż wiruje

Kontynuuj budowanie kłamstw,

Które wymyślasz dla wszystkiego czego Ci brak

nie robi różnicy ucieczka ten ostatni raz

Łatwiej jest wierzyć

W te słodkie szaleństwo

Oh ten chwalebny smutek,

Który rzuca mnie na kolana

„Nic nie wiesz, Max.” oznajmiła nieoczekiwanie twardo, chociaż jedyne, czego w tej chwili pragnęła, to zwinąć się na łóżku i wypłakać po wsze czasy „I nie powtarzaj plotek. Byłam w Albuquerque. Ale nie twój interes, co dzisiaj tam robiłam. Idź sobie. Jestem zmęczona, a jutro mam klasówkę. Muszę się pouczyć.”

Wpatrywał się oniemiały w nią, jakby nagle stała się kimś innym.

„Jesteś zmęczona, nie wiesz, co mówisz.”

„Cokolwiek, Max. Naprawdę nie mam czasu.” wskazała na stos książek piętrzący się na biurku.

„Ok.” uśmiechnął się „Wiem, jak bardzo szkoła jest dla ciebie ważna. Zobaczymy się jutro, dobrze?”

Nie czekając na jej odpowiedź odwrócił się i wyszedł z wprawą przez okno… westchnęła z frustracją i padła na łóżko, łzy wylewające się już swobodnie.

„Niech ten dzień już w końcu się skończy… naprawdę mam już dosyć… nie wytrzymam dzisiaj więcej… jeśli jest ktoś tam na górze, mógłby chociaż jeden jedyny raz wysłuchać moich modlitw…”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *