Wina (10)

10.

Usiadła po turecku na trybunach, jak poprzednio. Położyła plecak obok siebie i wyjęła notatki. Musiała powtórzyć zawartość obowiązkowych lektur z trzeciego roku… Następnego dnia czekał ją jeden z najtrudniejszych egzaminów, egzamin z angielskiego. Nie wiedziała za bardzo, na jaką ocenę zda… zdać, zda na pewno. Miała wystarczająco wiedzy w głowie. Brakowało jej jednak tej dawnej pewności siebie, jaka cechowała ją w Kalifornii. Wiedziała, że to ułuda, psychologiczny trik, teoretycznie nie powinna czuć się niczym przestraszona. Jej prywatni nauczyciele byli bardzo dobrzy, nawet jeśli rozstała się z nimi dwa tygodnie temu. Ale angielski był pierwszym egzaminem zaliczającym trzeci rok, piąty i szósty semestr i była pełna obaw. Nie ważne, jak ciężko pracowała… wszystko mogło pójść na opak. Prawdę powiedziawszy… trzęsła się w środku jak osika. Poprzedni semestr w Dubois skończyła z całkiem niezłą średnią, nawet jeśli zimowy w Roswell był totalną klapą… naprawdę nie chciała pogorszyć tej średniej. Co, jeśli cała jej praca pójdzie na marne?

Westchnęła nieszczęśliwie, wertując notatki… ale jej umysł był daleko od zapisanych kartek. Myślała o Tess, o tym, iż jej powrót na Ziemię ściągnął ją z powrotem do Roswell, chociaż przysięgała, że nie wróci. Owszem, bała się blond obcej, bała się, że zabierze jej kolejnych bliskich… Zabrała Alexa, jego dobre imię, jego bezinteresowność i ciężką pracę. Zniszczyła jej relacje z grupą, zniszczyła ich przeznaczenie, wszelkie wysiłki, by je wypełnić, zabierając ze sobą nienarodzone dziecko. Och, Boże… czasem tak bardzo nienawidziła myśli, iż przez to dziecko Tess odleciała uchodząc kary za swoje zbrodnie… a teraz nadal ją prześladowała. Nie tylko w snach, ale i na jawie. I nie lubiła tego. Sprawiało to nie tylko, że traciła zupełnie resztki kontroli nad swoim życiem. Przede wszystkim Tess, nawet jeśli nie było jej w Roswell, jej cień sprawił, że wróciła do swojego najgorszego koszmaru. Do Nancy. I nie miała przy tym wyboru…

W Kalifornii… W Kalifornii ten koszmar był tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, z którym potrafiła sobie dać radę. Kalifornia… słoneczny stan. Nie bała się założyć kostiumu, wygłupiać się, albo popełniać błędy. Cokolwiek robiła, Kal i tak by to posprzątał. Ale co najważniejsze, nie bała się spać we własnym łóżku. W Roswell, po niespełna półtora tygodnia, nabawiła się nie tylko cieni pod oczami, chronicznego zmęczenia. Przede wszystkim powrócił strach. I teraz, kiedy Cody z zespołem ściągnęli do Roswell niewątpliwie z jej powodu, bała się jeszcze bardziej, że i jego wciągnie w to bagno.

Wyjęła niewielki słoiczek, podarowany przez Saldemana i zerwała banderolę. W środku było tylko dwanaście tabletek, ale to był silny środek. Sprawdziła. Kapsułki z niebieskim żelem były dostępne tylko i wyłącznie na receptę. Podawano je w szpitalach albo po ciężkich urazach…

Czy duszy także?

Połknęła jedną, popijając colą. Miała nadzieję, że skutkują równie szybko, jak pisało na etykiecie. Jeśli będzie miała szczęście, kiedy Kyle skończy lekcje, będzie w stanie stanąć na własnych nogach bez grymasu bólu. Znał ją zbyt dobrze, znał ją całe lata. Skoro jego uwadze nie uszły uszkodzenia na twarzy, co by powiedział na wygląd jej pleców… albo ramienia. Chybaby zabił Nancy, a nie chciała, żeby przez nią wylądował w więzieniu. Wystarczyło, że jej tata miał wyrok w zawieszeniu.

~ * ~

Saldeman obserwował samotnie siedzącą małą postać na trybunach boiska do kosza, popijając kawę ze swojego kubka. Trzecią tego dnia. Od zamieszania z nowoprzybyłymi uczniami zaczynała boleć go głowa, ale nie chciał brać niczego na ból. Musiała wystarczyć kofeina. To było jedyne uzależnienie, na jakie sobie teraz pozwalał. Inne groziły naporem niezbyt przyjemnych wspomnień albo chwilową utratą tak starannie budowanej przez lata kontroli.

„Połknęła haczyk.” powiedział do siedzącej w fotelu kobiety, która wypełniała jakieś dokumenty i na jego słowa podniosła zaintrygowana wzrok.

„Chryste, Julian, mam nadzieję, że się nie mylisz.”

„Nie mylę.” odpowiedział spokojnie.

„Jak zdołałeś jej wstrzyknąć niezauważenie coś takiego?” naprawdę zdumiona odłożyła długopis na dokumenty i wstała od biurka, by dołączyć do niego przy oknie. Z gabinetu lekarskiego nie było najlepszego widoku na boiska szkolne, zwłaszcza przez zasłaniającą je dużą ilość zieleni. „Wiem, że pracowałeś z najtrudniejszymi przypadkami, ale ten… ona ma dwadzieścia ludzi ochrony wokół, Julian. Któryś by to w końcu zauważył.”

„Takie dzieci są samotne w tłumie.” westchnął „Im więcej ludzi wokół ciebie, tym bardziej są ślepi. Jedyny ratunek dla niej to jej kalifornijski chłopak.”

„Tak?” zadrwiła „Bogaty dzieciak, playboy, w życiu nie zetknął się z problemem przemocy w rodzinie. Czytałam jego akta, profil psychologiczny. Wydawał pieniądze ojca, nie stronił od alkoholu czy narkotyków. Jedynymi osobami, o jakie się troszczył, była jego starsza siostra i dwóch kolegów ze szkoły, z którymi trzyma do dzisiaj. Jak ktoś taki mógłby pochylić się z troską nad maltretowanym dzieckiem, nie zauważywszy czegoś przez pół roku niewątpliwie intymnej bliskości?”

Saldeman uśmiechnął się pod nosem.

„Nayar widnieje na liście dzieciaków FPPWR.”

„Której?” gdyby jej kolega powiedział, że Nayar pochodzi z Marsa, byłaby mniej zaskoczona.

„Wiesz, kto mu pomógł?”

„Nie zdziwiłabym się, gdybyś wspomniał samego prezydenta.”

„Damian Carpenter.”

„On jest jednym z tych dwóch kumpli…” wyszemrała z niedowierzaniem „Jak się dowiedziałeś?”

„Domyśliłem się. Dzisiaj.” wzruszył ramionami „Tak samo jak z Langley, zadzwoniłem do kolegi w FPPWR. Ciężko było dotrzeć do jego akt. Chłopak najwyraźniej od dwóch lat się stara wyjść na ludzi.”

„Kto by pomyślał…” pokręciła głową „Na pewno nie ja.”

„Ty nigdy nie przeżyłaś tego. Ale nawet jeśli się przeżyło, często jest się nawet bardziej ślepym. Ale tych dwoje… patrzę na Langley i mam wrażenie, że widzę Liz. Jest zbyt podobna do niej. Może nie fizycznie, ale w ruchach, gestykulacji. To powoli staje się dla mnie problemem, dlatego cię poprosiłem.”

„Wciąż nie odpowiedziałeś, jakim cudem…?”

Uśmiechnął się.

„Dałem jej tabletki przeciwbólowe.”

„Słucham?”

„Tabletki przeciwbólowe. Nawet gdyby nie była zraniona, cała ta sytuacja z plotkami o niej i Cody’m Nayarze, przyczyniłaby się do potężnego bólu głowy. Więc na pewno by je połknęła. Co właśnie uczyniła przed kilkoma minutami.”

„Julian, żeby przygotować trylion dostosowany do fizjologii dziecka, który nie kłóciłby się z tym, czym ją faszerują ani z noszonymi przez nią nadajnikami, musiałbyś…”

Ucichła, kiedy położył na jej biurku teczkę.

„Kazałem to przygotować w grudniu.”

„Miałeś rację… ktoś, kto tego sam nie przeżył, nie jest w stanie zauważyć.”

„Nie, Lucy. Ktoś, kto tego nie przeżył, nie zrozumie, jaką niezmiernie ważną kwestią jest dochowanie tajemnicy. Nie tylko w obawie, że ktoś nie uwierzy… o nie. W obawie, że uwierzy, że wciągnie innych w swój koszmar. To jest jak powolna trucizna.” usiadł przy biurku, wyjmując z kieszeni niewielkie urządzenie „To co, włączamy?”

„Co jeśli twoje podejrzenia się nie sprawdzą?”

„Przynajmniej zasnę spokojnie.”

„Nie bardzo w to wierzysz…”

„Nie…” pomyślał o ich wcześniejszej rozmowie. Nie przyznała się, ale także wzięła środki przeciwbólowe. Coś było z jej lewym ramieniem, prawdopodobnie także z twarzą. Dawno nie widział, by miała tak doskonały makijaż. To naprawdę było przerażające, jak to dziecko u progu dorosłości przypominało mu jego własną siostrę. „Może nie mam racji, może jestem przewrażliwiony na te sprawy. Wiem jednak, że coś niedobrego dzieje się w jej życiu.”

„Zazdroszczę ci zacięcia, po tylu latach…” pokręciła głową „Ja bym prawdopodobnie na twoim miejscu dawno usiłowałabym zapomnieć.”

„Myślisz, że nie próbowałem?” zdziwił się „Jestem tylko człowiekiem.”

Tekst piosenki użytej przez mnie to fragment ‚In the arms of an angel’ Sarah McLachlan ze ścieżki dźwiękowej do Miasta Aniołów.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *