Wina (1)

1.

„Niebieska czy zielona?” Isabel krytycznie przykładała to jedną to drugą sukienkę do siebie i spoglądała w lustro. Żadna nie spodobała się jej zbytnio, ale centra handlowe w Roswell nie mogły się poszczycić ogromnym wyborem. Na szczęście miała obce moce; nie wyobrażała sobie by inaczej poradzić sobie z deficytem porządnie modnych ubrań w tej dziurze zwanej rodzinnym miasteczkiem.

Tym gorzej, że nie wybierała się na studia. Musiała jakoś powetować sobie to, nieprawdaż? I znajomość z Jessim, słodkim prawnikiem, którego oczy wodziły wciąż za nią, wymagała, by znalazła jakiś wystrzałowy ciuch.

Zerknęła na Liz, nie doczekawszy się odpowiedzi. Nie spodziewała się jej właściwie, ale zupełne milczenie ze strony brunetki również nie było wskazane. Liz, o czym się przekonała wielokrotnie, stała twardo na ziemi i potrafiła dawać dobre, praktyczne rady. Chociaż w kwestii wyboru strojów jej wyczucie było po prostu koszmarne, to jednak jakaś rada pozostawała radą. No i Liz zauważała takie małe szczególiki jak materiał do pralni chemicznej czy wymagający nieustannej interwencji żelazka. Z jej obcymi mocami nie miało to większego znaczenia, jednak z wszystkimi dziwnymi wydarzeniami ostatnich dwóch lat wolała nie zwracać na siebie uwagi. Jej mama i tak uważała, że zwraca nadmierną uwagę na stroje.

Ale co miała zrobić, kiedy nie mogła wyjechać na studia?

Brunetka patrzyła przez okno wystawowe sklepu na coś, co wcześniej złapało uwagę samej Isabel. Bal maskowy z okazji Mikołajek, późniejszy Bal Maturzystów i wreszcie bożonarodzeniowe przyjęcie. Trzy imprezy, niezmiernie ważne imprezy, od których zależało, kto będzie królował w następnym roku.

„W co się przebierasz?” zadając to pytanie doskonale wiedziała, że Liz ma już kostium. Ona zawsze planowała takie rzeczy na wiele miesięcy naprzód. Dzięki temu nie dawała się zaskoczyć przez potrzebę znalezienia jakiegoś oryginalnego stroju. Wybór tak długi czas wcześniej gwarantował, że nikt nie powieli jej pomysłu. Niestety, Isabel nie mogła sobie na to pozwolić. Ona po prostu musiała być modnie przebrana, modnie i najoryginalniej jednocześnie. Koszmar decydowania i wymyślania kreacji na szczęście nieco bladł, kiedy miała do dyspozycji obce moce. Tak, czasem dobrze było być obcym.

„Uh…” Liz nieznacznie zarumieniła się, przyłapana na gapieniu się na transparent reklamujący Bal Maskowy. Była połowa listopada, to jeszcze trzy tygodnie, ale ona odczuwała to jako cios prosto w jelita. Bal maskowy… bal maskowy kojarzył jej się raczej z ciepłą bryzą znad morza, niewiarygodnie romantyczną iluminacją Hotelu Grass o północy, miękkim piaskiem pod stopami i nowym początkiem. Targowisko próżności, jakim był doroczny Bal Maskowy było niemal karykaturą jej wspomnień.

Nie miała się co oszukiwać tym razem. W głębi duszy wiedziała, że ma przyjemne wspomnienia z majowego balu dzięki Cody’emu, nie przez okoliczności. Gdyby w grudniu była z nim na podobnej imprezie, wspominałaby ją równie miło. Umiał uczynić każdą imprezę najpierw znośną, a potem nawet przyjemną.

„Nie wiem.”

Mówiła prawdę. Nie miała pojęcia, w co się ubrać. Przebranie przygotowane w marcu zupełnie nie pasowało do jej obrazu w oczach uczniów Dubois, od których teraz miało się zaroić w Roswell. Przeklęta wymiana uczniów, którą sama zapoczątkowała. W Los Angeles była wręcz zupełnie inną osobą. Skromny kostium kosmity nie bardzo pasował do jej obrazu.

Podejrzewała, że Isabel padałaby trupem na miejscu gdyby wiedziała, że w nowym liceum nieśmiała Liz została cheerlederką! Nie życzyła jednak śmierci przyjaciółce, ale też nie chciała kłamać.

„Miałam kostium, ale przez przypadek się zniszczył.”

Ta, przypadek zwany Cody’m. Pod wpływem impulsu i pod wpływem swojego byłego chłopaka pocięła skórzany strój na setki drobnych kawałków, po czym wyrzuciła definitywnie na śmieci na początku czerwca, w ten sposób żegnając się z przeszłością w Roswell i dawną Liz. Ale los potrafi być przewrotny i oto znów tkwiła w miasteczku swojego dzieciństwa i miała niemały problem.

Jak wiele czasu minie, nim zaczną się plotki? Co prawda na początek przyjechało tylko dziesięcioro uczniów… Lecz i tak Kristen wybałuszyła oczy na jej widok w Roswell, a jej reakcja na przyznanie się do zerwania z Cody’m była po prostu frustrująca. Zaś za dwa dni zjedzie kolejna porcja uczniów Dubois i Liz cierpła skóra na to, co się będzie działo.

Psiakrew, czy życie nie mogłoby być mniej skomplikowane?

„Mogłabym naprawić.” uśmiech Isabel był szczery i życzliwy i Liz natychmiast poczuła wyrzuty sumienia.

„To niemożliwe, już dawno wylądował w koszu na śmieci.” westchnęła. To akurat było prawdą. „Nie myślałam, że wrócę na bal, więc nie starałam się o inne przebranie. Muszę szybko coś wymyślić.”

„Nie przypominaj mi o tym…” dwie nastolatki wymieniły sfrustrowane westchnienia „Podejrzałam kostium Pam Troy.” blondynka jęknęła, odwieszając obie sukienki „W wiadomy sposób… jest po prostu świetny. A tutaj nie znajdziemy nic, co by mogło dorównać konkurencji. Chyba będę musiała się wybrać do Albuquerque.”

„Ja mam szlaban.” Liz się skrzywiła „Zero wyjazdów, chyba że z mamą.”

Isabel nie skomentowała. Stosunki Nancy-Liz nie układały się najlepiej, każdy to widział, nawet ktoś nie znający ich wcześniej po pięciu minutach przebywania w towarzystwie tych dwóch kobiet wiedział, że coś nie gra. W domu Liz napięcie wręcz wisiało w powietrzu i Isabel wcale nie dziwiła się jej, że chciała się wyrwać chociaż na parę godzin.

„Wywołałam wilka z lasu…” mruknęła ponuro, patrząc na komórkę. Nancy wysłała smsa, nie musiała czytać, by znać treść. Ma wrócić do domu. Zazgrzytała zębami.

„Zobaczymy się jutro w szkole?”

„Jasne. Nie chcesz by cię podwieźć?”

„Nie, pojadę autobusem. Będę miała wymówkę, co tak długo…” wymruczała pod nosem, odwracając się na pięcie i wychodząc ze sklepu. Kilka minut później opuszczała centrum handlowe, nie zauważywszy jednak ciemnozielonego samochodu zaparkowanego w cieniu ogromnego dębu. Jego kierowca na jej widok zatarł ręce, notując coś w podręcznym kalendarzu. Liz Parker prowadziła nadzwyczaj uporządkowane i regularne życie. Dokładnie tak, jak wspominał Kal Langley.

„Bingo. Tym razem nie uciekniesz mi.”

~ * ~

Zanim dotarła do domu, ciemne chmury na horyzoncie zaowocowały porządną ulewą. Przystanek autobusowy był kawałek od Crashdown, więc kiedy Liz dotarła do domu, przypominała bardziej przemoczonego szczura niż samą siebie. Humoru nie poprawiała jej myśl, że ulubiona sztruksowa kurtka skurczy się po wyschnięciu. Nie mogła potem pójść do sklepu i ot tak kupić nowej, o tym samym kroju, rozmiarze i z tego samego materiału. Roswell nie posiadało centrów handlowych złożonych ze sklepów rozmaitych, najbardziej luksusowych marek. Chyba jednak miała prawo oczekiwać, że coś, co kosztowało trzy tysiące dolarów, nie zniszczy się tak łatwo?

Niestety, kiedy tylko przemoczona znalazła się w łazience i zdjęła ubranie, okazało się, że kurtki nie da się uratować. Zgrzytając zębami z zimna, owinęła się wielkim ręcznikiem i zaczęła demakijaż, pozbywając się resztek kosmetyków, których nie zabrała ze sobą kapryśna listopadowa aura. Długo jednak nie wytrzymała, wyziębienie organizmu było zbyt duże. Odkręciła ciepłą wodę i z ulgą stanęła pod prysznicem.

Kwadrans później nie miała na sobie grama kosmetyku. Zawinęła się ponownie w ręcznik, wycisnęła wodę z włosów i zgasiła światło w łazience.

Być może właśnie dlatego krzyknęła cicho w zaskoczeniu… Ponieważ kiedy wróciła do pokoju, nie była już sama. Oparty plecami o drzwi, z założonymi rękoma stał młody, jasnowłosy chłopak i wpatrywał się w nią uważnie.

Cody.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *