Ukradziona niewinność (9)

Jak zdesperowana może być nastolatka, by zdobyć odpowiedzi ukrywane przed nią? Arvin Sloane odkrył, że nieszczególnie jeśli chodziło o zwyczajną nastolatkę. Kiedy jednak sprawa tyczyła się nastoletniego geniusza komputerów, sytuacja stawała się po prostu dramatyczna. I wręcz śmieszna. Ta mała miała irytujący zwyczaj wkurzania całej sekcji nadzoru i wytykania ich błędów. Już stała się chodzącą legendą w SD-6.

„Jak dzieciak bez środków przeciwbólowych uciekł z naszego szpitala? I dlaczego? Co pamiętała?” pytania Sydney nie były żadnym odkryciem, żadną pomocą. Wszyscy się zastanawiali.

Marshallowi mogli już rezerwować miejsce w kostnicy. Niemal dostał zawału. W tym wieku… jeśli szybko nie trafią na ślad dziewczyny, będą problemy. Potrzebowali Marshalla. W przeciwieństwie do agentów, których mogli dosyć szybko zastąpić i których miał wielu, nie mógł ot tak sobie znaleźć równie genialnego technika. Przy nim osławiony bondowski Q był ledwie zdolnym staruszkiem.

„Znajdziemy ją, prędzej lub później.” Sloane wzruszył ramionami „Pytanie, dlaczego uciekła. Sark?”

Blondyn miał utkwiony wzrok na zamkniętym laptopie leżącym przed nim.

„Twierdziłeś, że znalazłeś coś ciekawego i prosiłeś o zwołanie tej odprawy.”

„Owszem.” ręce przybrane w ciemny elegancki garnitur dotknęły blatu ciemnego stołu. Spojrzał na Marshalla. „Kilkanaście dni temu system komputerowy FedEx został zainfekowany programem Sokół, który zasadniczo przeciążał przez dwa dni cały ich system, po czym uległ samodestrukcji. Tak został zaprojektowany. Zanim zniknął, programiści zdołali ustalić, że po raz pierwszy został załadowany tutaj, w Los Angeles. Tak się składa, że w dniu, w którym tego dokonano, widziałem pewną nastolatkę w mundurku Dubois siedzącą pod jedną z agencji. Nie jestem pewien, czy to była Liz. Nie zwróciłem szczególnej uwagi. Jednak podczas zniknięcia Liz miałem okazję przyjrzeć się dosyć… niecodziennym umiejętnościom jak na siedemnastolatkę. To jest jej laptop, który notabene, skonstruował Marshall. Nie zdołałem dostać się do ponad 84% zawartości dysku nawet z jego pomocą. Katalogi są zabezpieczone nieznanymi programami. Oczywiście, moglibyśmy to obejść… ale główny problem tkwi w zaszyfrowaniu informacji. Potrzebowalibyśmy przeogromnej mocy obliczeniowej, by to zdekodować. Kod zmienia się co minutę. Z tego, co zdołał ustalić Marshall, jest jakąś wersją systemu, jakiego używają banki w przelewach międzynarodowych. 1024 bitowy kod. Zmienia się co minutę. Najwyraźniej istnieje wyłącznik oparty na czasie. W każdym bądź razie to są zdumiewające środki bezpieczeństwa, biorąc pod uwagę, iż znaleźliśmy nie do końca kompletną wersję Sokoła w jednym z niezabezpieczonych katalogów. Plik powstał około dwa tygodnie wcześniej… to tylko plik tekstowy z kodem, ale naprawdę robi wrażenie. Jeśli starszą wersję Sokoła trzyma niezabezpieczoną, to chciałbym wiedzieć, co w takim razie znajduje się na reszcie dysku.” postukał w laptop „Nie wspominając o przeróbkach i udoskonaleniach po wersji Marshalla.”

Sloane bardzo powoli pochylił się do przodu.

„I trzymałeś to w tajemnicy do czasu, aż uciekła?” jego ton nie pozostawiał wątpliwości, iż wcale mu się to nie podoba.

„Cóż, Sokoła znalazłem dzisiaj rano.” Sark wychylił się w fotelu, ignorując wściekłość obecnego szefa „Przyjęliśmy, że interesujące informacje znajdują się w niedostępnych plikach. Poza tym Marshall w wolnych chwilach analizował udoskonalenia, jakie wprowadziła Liz. Wygląda na to, że skonstruowała zupełnie nowy typ baterii. Laptop działa przez cały dzień bez ładowania.” przesunął na stole komputer w stronę Sloane „Na jej miejscu nie próbowałbym wrócić. Prawdopodobnie uważa, że ktoś użył jej zdolności przez ten tydzień. Nie mówiąc jej niczego, co się z nią działo, ani nie zwracając jej laptopa, gdy o niego poprosiła, po prostu uznała nas za przeciwników. Wokół niej działy się dziwne rzeczy, a ona ma tyle do ukrycia. Marshall jeszcze nie skończył analizować wszystkich plików, które nie były zaszyfrowane. Sam system nie był szczególnie chroniony, przez co nie mieliśmy z początku większych podejrzeń. Prawdopodobnie znajdzie jeszcze kilka ciekawych programów.”

„Czy wie o prawdziwej pracy Marshalla?”

„Trudno powiedzieć.”

„Więc Liz jest geniuszem i dlatego uciekła?” Sydney nie wiedziała, czy ma się śmiać czy kręcić głową z politowaniem. Potężne Przymierze wystrychnięte na dudka przez siedemnastolatkę. Och, musiała o tym powiedzieć Michaelowi.

„Może być przydatna.” Marshall wyszemrał cicho. Poklepała go pocieszająco po ramieniu. Twarz Sloane pozostała niewzruszona.

„Najpierw dowiedzmy się co jest w tych katalogach. Jeśli znajdziesz coś naprawdę interesującego, Marshall, rozważymy twój pomysł. Ale ostatecznie, Liz musi się sama zgodzić pracować dla nas. W innym wypadku… znasz procedurę.”

Technik zbladł.

„Spróbuję.”

~ * ~

„Chcę mój laptop z powrotem, Marshall.” głos Liz nie był głosem słodkiej, młodej dziewczyny. Należał do bardzo rozgniewanej młodej kobiety. „Wiem, że próbujecie to rozszyfrować. Z każdą waszą nieudaną próbą, część danych jest tracona bezpowrotnie. Danych, które chcę z powrotem.”

Sark przewinął taśmę i słuchał z uwagą jeszcze raz. I jeszcze raz. Jeden prosty telefon. Kolejne zamieszanie. Im dłużej technicy nie mogli rozłożyć kodu Elizabeth na łopatki, tym bardziej Sloane się wpieniał. To było nawet dosyć zabawne. Przeczesali miasto, ale nikt nie widział Liz. Prawdopodobnie miała jakichś przyjaciół, niepowiązanych z nikim i mądrych wystarczająco, by nie pozwolili jej wychylać głowy.

Najzabawniejsze było, że taśma została dostarczona przesyłką FedEx. Liz miała oryginalne poczucie humoru. I im dłużej wodziła ich wszystkich za nos, tym bardziej jej chciał. Siedemnastoletniego dziecka. Był chyba bardziej chory niż Bristow młodsza sądziła.

Ale teraz nastąpił przełom. W dwa dni po dotarciu przesyłki z taśmą, skontaktowała się jeszcze raz. Tym razem telefonicznie. Połączenie było krótkie, ale zdołali ustalić, że dzwoniła… z tej samej agencji, w której musiała jakoś załadować system Sokoła. Albo miała jakieś dojścia do łączy. Niewątpliwie była zdolna. Ale coś na tym dysku sprawiało, że musiała ryzykować. Co?

Teraz agencja i przyległy teren zostały zabezpieczone przez agentów Sloane. Dziewczyna doprowadzała ich sekcję techniczną do białej gorączki. Wciąż nie mogli odkodować zaszyfrowanych plików. Co gorsza, było dokładnie tak, jak mówiła. Z każdą nieudana próbą, pliki znikały z dysku w postępie geometrycznym. Teraz została niemal połowa tego, co przedtem.

Siedział w samochodzie, ramię miał swobodnie oparte o drzwi i skanował tłum. Na razie żaden z agentów nie doniósł o najmniejszym podejrzanym ruchu. Ot, zwyczajne szare życie na ulicy jednej z amerykańskich metropolii. Trudno uwierzyć, iż kilkaset metrów dalej rozciągała się złota plaża.

Westchnął. Plaża. Tam właśnie po raz pierwszy ją dostrzegł i tam właśnie po raz pierwszy się ‚spotkali’.

Wysiadł z samochodu, kierując się w stronę promenady. Idiota. Powinien zrozumieć wcześniej. Liz uważała go zamieszanego w sprawę, więc zapewne chcąc to załatwić z jak najmniejszą liczbą zamieszanych w to ludzi, musiała pomyśleć o wszystkim. Była ranna. Poobijana i nie miała zasobów, by walczyć z wyszkolonymi i uzbrojonymi agentami. Co mogła więc zrobić?

„Przyznaję, że miałam już zamiar odejść.” niemal obojętny głos jakiejś kobiety tuż obok niemal przyprawił go o zawał serca. Uśmiechnął się w duchu. Najprostsze rozwiązania były najłatwiejsze. Siedziała w cieniu kawiarnianego parasola, popijając kawę. Z ulicy zupełnie nie było jej widać przez ogromny ukwiecony krzew, a od tyłu chroniła ją ściana. Tylko od środka ktokolwiek mógłby ją zauważyć. Albo jeśli go oczywiście zawołała. Obszedł mocno pachnące coś. Nawet nie wysilała się na udawanie kogoś innego. Proste spodnie, prosta koszulowa bluzka, dzięki której nie widać było wybrzuszenia opatrunku i zamszowa kurteczka. Zauważył niewielki rumieniec na jej twarzy. Miała gorączkę. Było jej zimno.

„Niezbadany jest umysł kobiety.” mruknął sentencjonalnie, siadając przy stoliku „Masz problemy.”

„Chcę mój laptop z powrotem.”

„Zadziwiające. Mój szef chce ciebie z powrotem.”

„Och, to teraz jest twój szef.” mruknęła sarkastycznie „Zadziwiające, budzę się w szpitalu CIA i nikt nie chce wyjaśnić mi, co tam robię, a moja własność znika jak kamień w wodzie.”

„Masz ciekawe hobby.”

Wzruszyła ramionami.

„Dlaczego FedEx?”

Nawet nie miała zamiaru zaprzeczać. Wypiła kolejny łyk swojej kawy, patrząc na niego zza ciemnych okularów.

„Jaka jest moja sytuacja?”

„Nieszczególna. Szef Marshalla, będący także moim szefem, wyznaje ścisłe zasady bezpieczeństwa. I bezwzględnie ich przestrzega. Rodziny, bliscy – nikt ma nie wiedzieć. Kto się dowiaduje, zostaje zlikwidowany.”

„Więc dlaczego ja nie jestem martwa?”

„Po pierwsze, za dużo bałaganu w publicznym miejscu.” odpowiedział nadzwyczaj spokojnie, chociaż spokój był ostatnim słowem, by określić, co się działo z nim, kiedy patrzył na jej zmęczoną twarz. Powinna leżeć w łóżku zamiast układać się z międzynarodowym terrorystą o warunki przeżycia. „A po drugie, ktoś sprawił, że znaleziono na twoim dysku starszą wersję Sokoła.”

„Doprawdy?” mruknęła z ironią „Cóż za uprzejmość z twojej strony, Julian.”

„Twoje umiejętności uratowały ci życie.” zignorował jawną zaczepkę „Nie mogą odkodować części twoich plików. Jeśli zdołasz udowodnić, że to ty je zakodowałaś, rozważą propozycję współpracy.”

„W przeciwnym wypadku?”

„Zostaniesz zlikwidowana.”

„W porządku. Zastanowię się.”

Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Była zwyczajnym dzieckiem z całą wkurzoną agencją na karku i mówiła, że się zastanowi? Chyba gorączka zakłócała pracę jej mózgu, albo będzie musiał ręcznie jej przetłumaczyć pewne terminy.

Położyła na stole rachunek, stoicko kazała mu zapłacić, po czym wstała. Wstał również. Miał zamiar właściwie wyciągnąć ją z kawiarni siłą gdyby się opierała.

Na ułamek chwili jakaś awantura przy wejściu do lokalu odwróciła jego uwagę. Kiedy spojrzał ponownie w jej stronę, Liz już nigdzie nie było widać.

Chyba jednak miała więcej talentów niż wiedział.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *