Ukradziona niewinność (7)

„Panie Sark?” nieszczególnie pewny głos agenta dobiegł z samego końca korytarza. Przeklętego bocznego korytarza, gdzie nie było nic ciekawego. Same technologiczne śmieci. Żadnych celi, żadnych więźniów. Ta część budynku była zamknięta od kilku lat. Powinien sprawdzać główny budynek, nie pałętać się gdzieś po tyłach.

„Czego?” spytał jednak z uśmieszkiem. Za nic w świecie nie przyznałby się, że sytuacja irytuje go. Tym bardziej komukolwiek z SD-6.

„Chyba powinien to pan zobaczyć.” w głosie drugiego agenta brzmiało co najmniej zdziwienie. Oszołomienie. Sark westchnął w duchu, ale posłuchał sugestii. Następnym razem słucham głównego kanału. Nie dam się wrobić w przeczesywanie obcej bazy bez…

Przystanął w progu pokoju, niemal obojętnym wzrokiem lustrując pomieszczenie. Drugi agent, wierzący święcie, że służy swojemu krajowi i dobru ogólnemu, już zdążył sprawdzić pierwsze nieruchome ciało na podłodze. Drugie z całą pewnością było martwe. Pod mężczyzną zebrała się ogromna kałuża krwi, która już zdążyła w większości zakrzepnąć.

Ale pierwsza ofiara… Sark spojrzał na młodą kobietę, wiszącą na ścianie. Oddychała. Spojrzał ponownie na pierwsze ciało. Jasne włosy. Drobna postura. Trącił ją butem, przewracając na plecy. Bladoniebieskie oczy Tess Harding wyrażały szok, wściekłość i pośmiertną pustkę. To coś związanego z przeszłością Liz, nie z CIA. Mogli odetchnąć z ulgą.

„Sprawdź teren i zamelduj.” rzucił drugiemu człowiekowi, już spiesząc do zmaltretowanej dziewczyny. Pierwsze pobieżne sprawdzenie jej zranień nie wykazało niczego prócz śladów kilkukrotnego pobicia. Ale jej bok był cały zalany krwią. Ostrożnie podniósł fragment materiału. Rana zakrzepła. Odpiął ją od łańcuchów i sprawdził z tyłu. Była rana wylotowa, również zakrzepnięta. Ile czasu temu? Ile straciła krwi? Czy był krwotok wewnętrzny? Miała wprost cholerne szczęście w nieszczęściu.

Czując, że jego żelazna kontrola i opanowanie zaczynają zanikać niezmiernie, zastępowane przez morderczą wściekłość, czym prędzej wyniósł ją z pomieszczenia, nie dbając nawet czy teren był zabezpieczony.

„Walker, wychodzę.” mruknął do mikrofonu „Ma ranę postrzałową. Straciła tak dużo krwi, że może nie wyjść z tego. Zostajesz sam.”

„Zrozumiałem.”

Sark niemal biegł korytarzem. Wstrząsy były prawdopodobnie niebezpieczne dla niej, ale musiał się spieszyć. Jej ciało było tak zimne i drobne w jego ramionach. W ogóle nie reagowała na bodźce. Cokolwiek stało się w tamtym pokoju, stało się zbyt dawno temu. Czy przybyli zbyt późno?

To był kontakt Jacka Bristowa, który doprowadził ich do tego miejsca. Meksyk był ogromny, ale i tak nie do końca nadawał się na kryjówkę. Ponad tydzień bez śladu Elizabeth Parker, najmniejszego przeklętego śladu… osiadło to głęboko w jego żołądku. Bardziej niż chciał przed sobą przyznać. Nie chciał czuć żalu. Tym bardziej za tym dzieciakiem. Ponętnym dzieciakiem. No dobra, bardzo ponętnym dzieciakiem. Sama jej obecność obok doprowadzała go do szału. Nawet teraz, kiedy wynosił ją z tego ledwo żywą, zbyt duża ilość krwi zbyt swobodnie wędrowała w jedno konkretne miejsce. I tyle na temat dyscypliny i samokontroli. Jeden dzieciak i było po nim.

Irina ostrzegała go, ale nie chciał jej zupełnie słuchać. Ostrzegała go, że kiedyś, prędzej lub później pojawi się ktoś, przy kim nie będzie mógł się opanować. Zawsze jest ktoś taki. Pięta Achillesowa. To miała być próba. I do niego niestety przyszła prędzej niż później. W cholerę. Nawet jej nie miał. I teraz, niczym stęskniony Romeo albo jakiś błędny rycerz przybywał by uratować swoją panią.

Zdecydowanie znajdzie się w jego łóżku. Pozbędzie się pragnienia posiadania jej drobnego ciała. Będzie po wszystkim. Uwolni się od słabości.

Ostrożnie wniósł ją do helikoptera. Lekarz właśnie kończył opatrywać jednego z agentów; miał głębokie cięcie na czole. Spojrzał na nieprzytomną dziewczynę, rzucił okiem na ranę wlotową i wylotową…

„Czy cywile nigdy nie nauczą się sprawdzać swojej grupy krwi przed jakimkolwiek wypadkiem?” wymruczał. Kiedy przygotowywali się do tej misji, dane medyczne dziewczyny, dostarczone przez Marshalla były co najmniej niekompletne. Na razie mogli jedynie dać jej krwiotwórcze leki. Ubytek krwi wydawał się teraz najpoważniejszym zagrożeniem na równi z możliwym wewnętrznym krwawieniem. Inne zranienia było powierzchowne.

Ktokolwiek to zrobił, skurwiele będą żałować, że przyszli na ten świat.

~ * ~

„Jak ona się czuje?” Marshall załamywał palce. Sloane westchnął niecierpliwie. To był już czwarty dzień od kiedy zespół wrócił z Meksyku z nieprzytomną i ciężko postrzeloną Liz. Szczęśliwie kula ominęła najważniejsze organy, ale straciła dużo krwi. Wdała się niewielka infekcja. Ale to nie był problem nie do opanowania. Problemem była jej śpiączka. Lekarze nie wiedzieli, co ją wywołuje. Fizycznie wydawała się w porządku. Jej mózg pracował prawidłowo, wyniki były w miarę w normie, o ile jej stan można było tak nazwać. Przyczyna śpiączki była tajemnicą i przez to nie mogli jej obudzić. Lekarze próbowali różnych rzeczy, ale od kiedy nie wiedzieli, co jej dolega, naprawdę niewiele mogli zrobić. Nie chcieli pogarszać jej stanu. I tak przez cztery dni Marshall siedział w szpitalu przy siostrzenicy, zamiast pracować. A poprzedni tydzień spędził zamartwiając się jej losem. W biurze już odczuli jego bardzo poważny brak. Jeśli tak dalej pójdzie… dzisiaj dla wyjątku, przyszedł do pracy, ale tylko po to, by poprosić o jeszcze parę dni urlopu.

„Tak samo jak wcześniej.” Sloane westchnął ponownie „Musisz się pozbierać, Marshall. To nie była twoja wina.”

Nieszczęśliwiec przesunął się na krześle niespokojnie.

„Moja. Powinienem ją chronić. Obiecałem to Nancy, że zaopiekuję się jej córką. Tymczasem została porwana z mojego domu, torturowana i teraz walczy o życie. A ja muszę kłamać własnej siostrze. Ona już coś podejrzewa, że coś jest nie tak.”

Właściwie to dzisiaj rano musiał wybić jej z głowy pomysł osobistego stawienia się w LA. Jeśli Liz szybko nie odzyska przytomności i nie porozmawia z nią, będą mieli naprawdę duże problemy. A nie potrafiłby jej skłamać.

„Nie wezwałem cię tutaj, by rozprawiać o winie… Wezwałem cię z powodu Tess Harding. Twoi koledzy odtworzyli część nagrań z tamtego pokoju… Niestety, nasze najgorsze podejrzenia się sprawdziły. Liz jest odpowiedzialna za śmierć dwóch ludzi.”

Marshall przełknął ciężko.

„Niestety, nagranie nie zawiera dźwięku i nie możemy powiedzieć, o czym rozmawiali. Ale… wygląda na to, że Tess Harding kazała jednemu ze strażników zabawić się. Liz broniła się mimo łańcuchów. Ktoś miał dosyć jej uporu i kopniaków i ją postrzelił w bok. Z kolei nie spodobało się to Tess, ponieważ chwilę później przyszła do pokoju. Wynikła awantura, w wyniku której postrzelili się nawzajem. Szczęśliwie dla Liz, nie była już świadkiem śmierci swoich oprawców.”

Przez twarz technika przemknęła ulga, a z ust wyrwało się podziękowanie Bogu.

„Straże, wszyscy to najemnicy. Żaden z nich nic nie wiedział, mieli zapłacone i wydane rozkazy. Nic więcej. Wydaje się więc, że o cokolwiek chodziło, dotyczyło Liz, nie ciebie. Nasze źródła podają, że Tess Harding była jej zaprzysięgłym wrogiem, ale oczywiście nikt nie spodziewał się takiej akcji po nastolatce. To był prawdopodobnie przypadek, że trafiło na ciebie, oficjalnie byłeś na delegacji, a Liz została sama w domu. Jeśli byłbyś zwyczajnym człowiekiem, nikt nie zorientowałby się co najmniej do rana, póki nie zjawiłaby się w szkole. A i wówczas reakcja nie byłaby natychmiastowa. Nie powinieneś się zadręczać. Wręcz przeciwnie. Dzięki tobie została odnaleziona i sprowadzona z powrotem. Godzina, może mniej i byłoby za późno na jakikolwiek ratunek.”

Marshall zwalczył chęć ukrycia twarzy w dłoniach. Był dorosłym mężczyzną! Nie mógł się rozklejać na samą myśl o niebezpieczeństwie czyhającym na Liz.

Telefon zadźwięczał cicho. Sloane spojrzał na wyświetlacz. Sark. O ile się orientował, wysłał go właśnie do szpitala. Zaintrygowany odebrał połączenie.

„Obudziła się.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *