Ukradziona niewinność (5)

Drzwi apartamentu zamknęły się za nią z cichym dźwięczeniem, ale w jej głowie brzmiało to niczym huk. Przed oczami latały ciemne plamy. Przetarła je. Nie polepszyło się ani trochę.

Rzuciła laptop na łóżko i zaczęła rozbierać się w drodze do łazienki. Jej zakręcony umysł wyczarowywał znów jakąś blond głowę w pobliżu, która nagle mignęła jej w oknie. Zamrugała. Potrzebowała zimnego prysznica, nie odprężającej wanny. Zaczynała wszędzie widzieć Juliana.

Ale to może tylko jej zwariowany obcy umysł przywoływał jego obraz, jako synonim kogoś, kto ma kompletną kontrolę nad swoim życiem i sytuacją. Psiakrew, ten facet był niewiele starszy, ale jego pewność siebie była absolutnie zabójcza. Emanował nią. Był typem lidera, nie szeregowca. Ale jego przywództwo nie działało na nią tak odrażająco jak przywództwo Maxa. Nie dlatego, że na Maxie się zawiodła, że sama zawiodła Maxa. To, jak się zachowywał Julian zdecydowanie przynosiło mu korzyści.

Stanęła pod deszczem letniej wody, ale zmęczenie nie spływało z niej. Przeklinała swoje obce zdolności. Kiedy już myślała, że miała nad nimi jakąś kontrolę, wyczyniały jakieś dziwaczne harce i udowadniały ponad wszelką wątpliwość, że to one rządzą nią, nie ona nimi.

Założyła jasne dresy – najnowszy nabytek, rozczesała mokrą plątaninę włosów. Czasem były tak sztywne i naelektryzowane, jakby same przewodziły prąd. Dlaczego nie mogły być równie doskonale ułożone i miękkie jak u Isabel?

Zwinęła się na łóżku, spoglądając na wyłączony laptop. Uniosła dłoń. Coś błysnęło na ekranie. No jasne. Obce voodoo rządziło na całego.

Trzasnęła ze złością w wyłącznik. Ekran zamigotał na chwilę, po czym nagle wyskoczył obraz zupełnie załadowanego systemu. Zamrugała ze zdumienia i otworzyła buzię. Czy ona naprawdę to zrobiła?

Wyłącz się.

Ekran zgasł.

„Wow.” wymamrotała. Podrapała się po nosie. To było bez wątpienia coś nowego. Chyba jakiś bardzo silny przypływ mocy.

Włączyła na nowo komputer, tym razem najzwyczajniej w świecie. Położyła go pół metra przed sobą, usiadła po turecku i patrzyła się na niego. Nie dotykając.

Błysk. Czarny, ciemny.

Otworzyła gwałtownie oczy, słysząc dzwonienie komórki. Westchnęła, patrząc na wyświetlacz. Nie znała numeru. Nacisnęła przycisk połączenia.

„Strony są źle poukładane. Część techniczna.”

Sześć słów, które nagle sprawiło, że praktycznie spadła z łóżka. Głuche uderzenie o podłogę musiało chyba zaniepokoić jej rozmówcę.

„W porządku?”

„Tylko spadłam na podłogę. Nie oczekiwałam, że się bezpośrednio do mnie odezwiesz. Nigdy nie nawiązałeś osobistego kontaktu.”

„Ciekawe przypuszczenie, że jestem nim.” bezosobowy głos po drugiej stronie nagle wydał się jej rozbawiony „Przetłumacz tą drugą część. Zostaw przeznaczenie, nie zostało ci wiele czasu. Potraktuj to jako radę od życzliwego.”

Wiele czasu do czego? Zastanowiła się w duchu, a sygnał w słuchawce dźwięczał. W końcu wyłączyła aparat. Spojrzała na laptop.

Wyłącz się.

Paskudztwo zamruczało i zgasło.

Nie zostało ci wiele czasu.

Potrząsnęła głową. Źle poukładane strony, część techniczna… była tylko jedna osoba, która wiedziała, o co chodzi w tej głupiej książce. Zmiennokształtny numer 2, ten który także przeżył katastrofę i poprzedników Pierce’a.

Poczuła zimny dreszcz, skradający się wzdłuż kręgosłupa. Stanie się coś niemiłego.

~ * ~

Miała tylko siedemnaście lat. Jej życie zdążyło wywrócić się do góry nogami kilkakrotnie. Straciła bliskich, straciła możliwość powierzenia prawdy najbliższym osobom, została wyalienowana od ludzkiego społeczeństwa zarówno powierzoną tajemnicą, jak i teraz przynależnością do innych.

Siedziała na łóżku po turecku, wpatrując się jak zahipnotyzowana w wygaszony monitor komputera. Kiwała się w tę i z powrotem.

To niemożliwe.

„To jakiś żart!” mruknęła w sfrustrowanym jęku „Nie mogli zaprojektować czegoś takiego. Tego nie da się zrobić. Nie fizycznie!”

Ale gdzieś w środku coś jej mówiło, że dziwaczne przesłanie ‚części technicznej’ zawarte na dwóch jej pierwszych stronach było niezmiernie prawdziwe i realne. Bo inaczej dlaczego miałaby te zdolności?

Powoli, metodycznie, każda komórka jej ciała przemieniała się w obcy organizm. Będzie taka jak Nasedo.

Na samą myśl żołądek podjeżdżał jej pod gardło.

Książka mówiła o ‚armii lojalnych’. Ona ‚lojalna’ nie była.

Chyba że…

Potrząsnęła głową. Nie. Paranoja i zmęczenie wyprawiały dziwne rzeczy z jej umysłem. Niemożliwością przecież było by jej lojalność wobec Maxa została jej ‚wszczepiona’. Była efektem jej uczuć, nie obcych mocy. Przecież Kyle wręcz nienawidził Maxa i nigdy go nie bronił.

Ale reszta… nie musieli posyłać z Królewską Czwórką wielu żołnierzy. Król sam miał o to zadbać, poddając procesowi Ziemian. I tak zamieniliby się w jego posłusznych żołnierzy. Miał ten dar. On jeden, wyjątkową zdolność nie tylko uzdrawiania, nie tylko zmiany struktury molekularnej. Max dawał życie Antarianom. Tworzył ich z innych gatunków. Lojalnych, posłusznych żołnierzy, niewiarygodnie silnych i zdolnych w mocy, a każdy z bardzo unikatową zdolnością, różniącą go od innych. Żołnierzy silniejszych od zwyczajnych Antarian.

Jezu, te chore dzieci… Kyle. I wszyscy inni, którzy kiedykolwiek doświadczą ‚uzdrawiającej’ mocy Maxa…

Nic dziwnego, że Tess nie chciała by Alex to tłumaczył. Nie chciała, by Max dowiedział się o swojej prawdziwej sile, o sile, przed którą ukorzył się wszakże Rath… Szalony, niebezpieczny Rath, spiskująca Vilandra… przecież nie zależałoby im na zdobyciu poparcia jakieś chłopczyka. Bali się z jakiegoś powodu Zana przez lata, inaczej zabiliby go dużo wcześniej niż po odmowie spotkania z pozostałymi przywódcami.

Czując, że jej żołądek gwałtownie buntuje się, zatrzymała kołysanie.

I co w tej łamigłówce robił granilith?

W wersję Tess, aka Max z przyszłości, iż jest do maszyna do podróży w czasie, nie wierzyła zbytnio. Ale jeszcze bardziej nie wierzyła w to, by był to zwykły statek kosmiczny. Zbytnio wszyscy się kłócili o to na spotkaniu przywódców.

Może to był jakiś rodzaj obcego transportu dla armii, jaką miał stworzyć tutaj Zan? Może miał nieograniczone możliwości. Ostatecznie, jakoś musiał wrócić razem z nowymi pokoleniami zwolenników. A tym statkiem, którym przylecieli, nie daliby przecież rady przetransportować nawet części… Albo mogła się zupełnie mylić i granilith był jakąś świętą relikwią. Albo ucieleśnieniem ich boga. Czy cokolwiek innego wymyślili w swoich chorych głowach Antarianie.

Czuła, że jej głowa za chwilę eksploduje. Popełzła powoli do łazienki i usiadła w kabinie prysznicowej, włączając najzimniejszy strumień wody, jaki się dało.

Nie wiedziała, jak wiele czasu siedziała tak, drżąc z zimna lub z szoku. Po prostu siedziała, woda spływała po niej. Podniosła swoją dłoń do twarzy i oglądała ją szeroko otwartymi oczami. W środku, pod tą skórą, pewnego dnia będzie zupełnie inna zawartość niż obecnie. Nasedo był inny ‚w środku’. Pamiętała, jak Michael o tym mówił. Ale jak się dowiedział? Nasedo raczej był bardzo, bardzo skąpy w udzielaniu wszelkich informacji. Wręcz je zatajał. I doskonale wiedział, że została uzdrowiona. O Kyle’u również. I nigdy, ani razu nie ostrzegł Maxa, nie ostrzegł żadnego z nich. Być może Tess wiedziała, ale , na ulicyona również milczała. To było w ich interesie nic nie mówić. I dlatego tak szybko musiała sfinalizować sprawy. Nie mogła czekać, aż jej zmiany się ukażą.

Delikatnie powiodła palcem po liniach życia po wewnętrznej stronie dłoni. Albo to była woda, albo jej skóra była gładsza niż zazwyczaj. Jakby wręcz młodsza. Jęknęła cicho. Nie zostało ci wiele czasu. Minęły ponad dwa lata. Zmiany były dwa razy szybsze niż opisane w Książce. Czy było tak dlatego, iż żyła, kiedy Max ją uzdrawiał? Czy przez to przyśpieszył proces? A może to był przypadek, bo była pierwszą?

W jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań i niewiele miała odpowiedzi. Tylko to, co podpowiedział jej inny obcy i co zdołała przetłumaczyć. Z części technicznej zostały dwie strony.

Już nawet myślała o sobie jak o kimś innym. Uśmiechnęła się smutno, wychodząc w końcu spod zimnego prysznica. Nie czuła się zlodowaciała. Raczej zamrożona od środka.

Wytarła zesztywniałe ciało i ubrała się. Stanęła przed wielkim lustrem w łazience i zaczęła się sobie uważnie przyglądać. Według Książki, to, co widziała teraz w lustrze, będzie jej podstawowym wyglądem, do którego będzie musiała wracać co jakiś czas. Podstawowy kształt. No, nie licząc srebrno świetlistej małej istotki, czyli kształtu Antarianina. Mogła go nosić bez wysiłku latami. Był jedynym kształtem, który nie zabierałby jej energii życiowej. W nim mogłaby dożyć prawie trzystu lat. Przybierając ludzką postać, mogła dożyć maksymalnie połowy tego. Wszystko zależało od tego, w jakim wieku była ofiara procesu, od płci, od ilości energii, którą w nią wtłoczono, od zdolności, jakie nabyła.

Jeśli wcześniej jej życie było rosyjską ruletką, to nie wiedziała, jak je nazwać teraz. Będzie żyła jeszcze ponad sto lat, uciekając przed prawie każdym. Będzie świadkiem śmierci swoich bliskich, a wszyscy, którzy się do niej zbliżą, znajdą się w niebezpieczeństwie. A przecież nie wiedziała wiele o uciekaniu przed wojskiem czy agentami rządowymi lub kimkolwiek innym. Tylko to, co działo się dotychczas w Roswell. Ale wnioski były marne. W gruncie rzeczy przetrwanie zawdzięczali w dużej mierze szczęściu i wzajemnej pomocy. Ona nie miała nikogo, kto by jej pomógł. Nie miała się do kogo zwrócić. I pewnego dnia będzie musiała pomóc Kyle’owi. Dostarczyć odpowiedzi, których nie znała.

Jeszcze.

Uniosła dłoń przed twarz i skoncentrowała się na ułamek chwili. Otworzyła oczy i przyjrzała się swojemu odbiciu w lustrze. Wyglądała dokładnie tak, jak zobrazowała w myślach. I nawet nie odczuła braku energii.

Nie zostało ci wiele czasu.

Czy to było po prostu zaprzeczenie i niechęć, że nie zauważała ostatnimi czasy, jak szybko przebiega jej proces? A może coś w jej głowie się odblokowało dzisiejszego dnia?

Coś stuknęło w głębi apartamentu. Zmarszczyła brwi. Wujek uprzedzał o powrocie, nie spodziewała się żadnych gości… więc albo coś się zepsuło, albo…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *