Ukradziona niewinność (4)

Liz nie potrafiła powiedzieć, kiedy to wszystko się tak naprawdę zaczęło. Najpierw było nie nawet samo uczucie, że jest obserwowana, to było określone uczucie niepokoju. Była niespokojna.

Potem wszystko wracało do normy, by zacząć się znów kilka dni później. Więc doszła do wniosku, że jest obserwowana. Ale to były następne małe szczególiki, które sprawiły, że strach na nowo się w niej obudził…

Tym szybciej chciała skończyć to przeklęte tłumaczenie. Czasem palce aż świerzbiły. Siadała na plaży po zajęciach, z laptopem na kolanach i pracowała zawzięcie aż jej obce szare komórki rozgrzewały się do czerwoności i dostawała paskudnego bólu głowy.

Miała na karku obcego. Była tego pewna.

I dzisiejszego popołudnia, pożegnawszy Alanę i Annie z dziwnymi wyrazami twarzy, zrobiła to samo. Zaczynało to trochę przypominać zabawę w ciuciubabkę… Nie wiedziała kto to niby jest, ani jakie są jego intencje.

Najdziwniejszy był bezsprzeczny fakt, że podczas ostatnich tygodni nie było najmniejszego zamachu na jej życie. Nawet ostrzeżenia. Nic. Kompletnie nic. Zupełnie jakby ten ktoś się jej zwyczajnie przyglądał, ciekawy jej.

Dziwne było ‚nie’ spotkać obcego o pokojowych zamiarach.

Włączyła laptop i odszyfrowała dostęp do kluczowych katalogów. Obce symbole natychmiast ukazały się przed jej oczyma, mamiąc i wabiąc swoją tajemniczością. Potrząsnęła głową. Nie mogła zaprzeczać zbyt długo, że antariańskie sprawy wciągają ją przez ten tekst o wiele bardziej, głębiej niż przez ostatnie dwa lata wciągnął ją w Max. Nie mogła pozbyć się uciążliwego uczucia, że coś jest w tym tekście, coś przeznaczonego dla niej. Ale praca nad tłumaczeniem posuwała się wolno, być może dlatego, że zaczęła od ‚oficjalnej części’, czyli o przeznaczeniu. Nic nowego. Nie lubiła tej części, może dlatego tak kiepsko jej szło?

Szczęśliwie miała jeszcze tylko trzy strony tej oficjalnej części. Zostanie jej wówczas jeszcze połowa. I miała nadzieję, że ta połowa dostarczy jej jakże potrzebnych odpowiedzi.

Niecałą godzinę później zmęczona podniosła wzrok znad ekranu. Jej palce powędrowały prosto do skroni. Była zmęczona jak diabli. Dlaczego?

Laptop niemal automatycznie wyłączył się.

Westchnęła. Kolejne rozwinięcie jej zdolności. Potrafiła włazić do systemu z daleka. Na razie była to ledwie kilkunastocentymetrowa odległość od źródła, ale już nie musiała dotykać fizycznie pracującego dysku, by wchłonąć zawarte na nim informacje. To była niemała ulga, podejrzewała, że jej nerwy nie zniosłyby stałego porażania prądem, nawet jeśli właśnie elektryczność była jej domeną.

Och, i nie zapominajmy, że kontaktowała się z elektrycznością. Iście nieziemska zdolność. To zawsze było jak elektryczny szok, ciemność nakładana błyskami otaczającego świata i niewiarygodna cisza. Ale co najważniejsze, jeśli używała tego odłamu swojej zdolności, jej wiecznie głodny informacji mózg wreszcie był zaspokajany. Kto to wie, gdyby wyszkoliła bardziej swoje włamywanie się do komputerów na odległość, to być może nie byłaby tak uzależniona od zdobywania wiedzy i mogła prowadzić w miarę normalne życie?

A gruszki rosną na wierzbie. Prawdopodobnie znalazłoby się kolejne coś, co by pokrzyżowało jej plany.

Włożyła komputer do plecaka i ruszyła wzdłuż plaży. Niewielu spacerowiczów o tej porze, za to mnóstwo młodzieży wylegującej się w słońcu lub uprawiającej sport. Skrzywiła się. Nie mogła się czasem nawet rozebrać, by zielone błyskawice tuż pod skórą jej nie zdradziły. Zazdrościła innym swobody.

Zeszła w końcu z plaży, kierując się ku jednej ze ścian najbliższej agencji pocztowej. Nie było w niej nic niezwykłego, za wyjątkiem faktu, że tuż przy tej ścianie, lub też za nią, w zależności dla kogo, ciągnęły się światłowody.

Ok. Pora wypróbować kolejną zdolność.

Wyciągnęła komórkę i załadowała odpowiedni program, ostrożnie rozglądając się czy nie ma gdzieś niechcianego towarzystwa… Na chwilę mignęła jej gdzieś w tłumie blond głowa. Potrząsnęła włosami. Paranoja zaczynała mieć ją na swoją wyłączną własność. Przecież Julian wyjechał.

Usiadła na drewnianej ławeczce pod ścianą, niezmiernie ostrożnie kładąc plecak obok siebie. Starsze panie muszą poczekać.

Koncentrowanie się na zmienianiu struktury materialnej ściany, izolacji kabli, a wreszcie na podłączeniu wtyczki bez jakiegokolwiek użycia rąk, samą obcą energią było wystarczająco trudne bez przymusu utrzymania milutkiej, bezinteresownej fasady na twarzy. Przymknęła oczy i wystawiła się na chwilę na słońce, kiedy nadeszła najtrudniejsza część pracy.

Błysk. Jeden. Drugi.

Cisza. Świat wokół niej zamilknął zupełnie. Westchnęła, nie słysząc nawet tego.

Błyski były puste. Zmęczona potarła skronie, usiłując wlać w to więcej energii, ale jej ciało po prostu z jakiegoś powodu dzisiaj odmawiało współpracy.

Obraz sokoła na chwilę przemknął przez jej głowę, a potem wszystko zniknęło. Połączenie zostało przerwane.

Z wysiłkiem wycofała łącze z powrotem do plecaka i bardzo starannie usunęła jakiekolwiek ślady przy kablach i ścianie. Pochyliła głowę, udając poprawianie sznurówki i zerknęła czy wszystko było tak, jak przyszła.

W porządku.

Wiwat obce zdolności.

Wstała powoli i zaczęła iść w dół ulicy, w stronę apartamentu wuja. Szkolny mundurek niestety sprawiał, że była łatwo rozpoznawalna. Wolała zmyć się z miejsca przestępstwa jak najszybciej. Chociaż wątpiła, by ktokolwiek się zorientował co robiła, to jednak sam pobyt tam mógł przyczynić się do jakichś podejrzeń. Nie chciała kusić losu bardziej niż robiła to do tej pory.

I tak w tej chwili klęło na nią tysiące osób.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *