Ukradziona niewinność (3)

Dwie godziny później nie była już tak pełna optymizmu. To był czwarty sklep i zdążyła w duchu wynudzić się za wszystkie czasy. Alana wybrała małą czarną, która fantastycznie podkreślała jej jasne włosy i świetlaną karnację. Jej kuzynka Annie, która również była uczennicą Dubois, lecz drugiej klasy, przewróciła oczami na jej znudzony wzrok. Wyglądało na to, że obojętnie jak wiele pieniędzy się miało, wybór sukienek był równie paskudny jak tych w tańszych sklepach. Och, oczywiście, wybór był przeogromny, większość sukienek była arcydziełem sama w sobie. W Los Angeles płaciło się za jakość. Ale jak na złość, żadna jej nie odpowiadała. Już gotowa była zapłacić więcej niż mogła, może nawet zamówiła coś do uszycia, ale i tak tego popołudnia nagle stała się bardzo marudną i wymagającą klientką. A może to usługujące im panie nie wiedziały zupełnie, czego potrzebuje.

Cóż, nie do takiej klienteli je szkolono, pomyślała z wisielczym humorem. Obcy mają inne gusta niż ludzie.

Zostawiła Alanę z Annie, rozprawiające nad wyższością niewinnego różu nad niewinnym błękitem i przeszła się dalej w głąb butiku. Tutaj suknie nie należały może do najnowszych krzyków mody, ale z całą pewnością były równie luksusowe i piękne. W końcu poczuła przypływ jakiegoś zainteresowania… Było kilka klasycznych zestawów, ale nie tego szukała. Przechadzała się między rzędami wieszaków i nagle zaśmiała się nieznacznie, uświadomiwszy sobie, że w tym sklepie została zgromadzona niewiarygodna fortuna. Wszystkie te sukienki razem musiały być warte wiele milionów dolarów. Widziała jedną na wystawie, kosztującą jakieś dwadzieścia tysięcy. Jak na najnowszy smaczek z Paryża, i tak niewiele, skomentowała Annie.

Wibrujący telefon komórkowy w kieszeni zaskoczył ją nagle pośród sklepowej ciszy. Muzyka płynąca z głośników jakoś do niej nie docierała. Westchnęła i spojrzała na wyświetlacz. Julian. Humor nieznacznie się jej poprawił.

„Hej.” uśmiechnęła się do słuchawki.

„Hej. Gdzie jesteś?”

„Na zakupach.” wzniosła spojrzenie do sufitu „Bardzo nudnych zakupach, muszę zauważyć.”

Już wyobrażała sobie uśmieszek na jego twarzy i delikatną aluzję, że zakupy z nim z całą pewnością nie określiłaby jako nudne. Szczęśliwie jednak powstrzymał się od komentarza.

„Niestety muszę odwołać nasze spotkanie.”

Jęknęła. Tylko nie to! Liczyła na ten wieczór. Marshall znów wyjechał niespodziewanie i po jego tonie głosu wywnioskowała, że raczej szybko nie wróci. Miły przyjemny wieczór na plaży z całą pewnością byłby niezłą rekompensatą za włóczenie się po sklepach.

„W porządku.” mruknęła.

„Zawiedziona?”

Och, ten drażniący ton…

„Raczej… zła. Zepsułeś mój plan dnia.”

„Brzmisz niczym obrażona uczennica.”

„To był cios poniżej pasa, Julian.”

„Doprawdy?” spytał lekko „Zadzwonię do ciebie po powrocie.”

„Chyba śnisz…” wymamrotała do słuchawki i wyłączyła aparat. Jej zirytowane spojrzenie spoczęło nagle na purpurowym skrawku materiału, wychylającego się zza obfitej spódnicy jakiejś czarno-grobowej kreacji. Sięgnęła z ciekawością do wieszaka i jej oczy błysnęły z aprobatą. Sukienka nie tylko była czerwona, nie tylko w jej rozmiarze i na jej wzrost, ale była bardzo prosta i uszyta z jedwabiu. Kochała jedwab.

Uśmiechnęła się i powędrowała ze swoją zdobyczą z powrotem do przymierzalni. Alana w sąsiedniej dyskutowała coś zawzięcie z Annie, chociaż cicho. Zdjęła znienawidzony szkolny mundurek i ostrożnie wsunęła na siebie suknię, zapięła zameczek i stanęła na palcach. Kreacja zdecydowanie wymagała butów na wysokim obcasie, wieczorowego makijażu i odświeżenia jej opalenizny. Ale od czego były obce moce i karta kredytowa wujka?

Westchnęła, obracając się powoli przed lustrami. Cicho zawołała sprzedawczynię. Kłócące się kuzynki nie były chyba najlepszymi ekspertami, skoro tyle czasu zajmowało im wybranie koloru dla Annie.

Kobieta miała na oko około pięćdziesiątki, o siwiejących blond włosach i uśmiechu, który rozświetlał jej twarz, rzuciła na nią jedno spojrzenie i jej uśmiech jeszcze się poszerzył. Być może to była tajemnica, dlaczego pracowała w tym butiku. Jej uśmiech przekształcał całą jej twarz, czyniąc ją jeszcze piękniejszą. A jej aprobata była szczera i zdecydowanie podnosiła samopoczucie Liz. Nie wspominając, że w jakiś sposób przypominała jej babcie Claudię.

„Jak pani myśli… nadaje się na szkolny bal?” spytała niepewnie. Suknia wydawała się jej dosyć śmiała i bardzo kobieca, ale psiakrew, to było dokładnie to, czego szukała wcześniej, chociaż sobie tego nie uświadamiała.

„Myślę, że w Dubois jeszcze nie widzieli czegoś takiego.” przygryzła wargę.

Kobieta zerknęła na jej uniform złożony na krześle.

„Zawsze jest ten pierwszy raz, proszę pani.” uśmiech znów był pełen życzliwości, wręcz sugerował, że powinna się odważyć. Westchnęła. Może…

Kiedy pięć minut później ta sama starsza kobieta podawała jej z ciepłym uśmiechem doskonale zapakowaną kreację, Alana i Annie w końcu wynurzyły się z przymierzalni, jedna z zaciętą miną, druga ze zdecydowaną. Pokręciła głową. A podobno krew nie woda….

„Kupiłaś coś?” Annie wybałuszyła oczy w szoku.

„Nie ‚coś’, tylko sukienkę.” Liz wzruszyła ramionami nonszalancko „A wy? Wybrałyście już?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *