Toy Soldiesrs (17)

17.

Nie mogę brać nieustannie środków hamujących produkcję feromonów. To uderza w mój i tak rozchwiany system hormonalny. Więc po prostu muszę zrezygnować z wizyty u Cody’ego. Ale to nie znaczy, że nie martwi mnie los X9 594.

Jezu, kogo ja oszukuję?

Przez ostatnią dobę nie wiem o kim myślałam więcej, o Alecu czy o tej małej. Szala zwycięstwa przechyliła się w końcu w stronę mojego mężczyzny, ale nie powiem, bym przeciwko temu nie walczyła. Burze hormonalne są ciężkie do przebrnięcia bez stałego partnera. Twoje ciało wrzeszczy za jakimkolwiek facetem między twoimi nogami. Ale kiedy chociaż cząstka ciebie nauczy się, jak to jest należeć do kogoś… Dwa pragnienia nakładają się na siebie i nie jesteś w stanie opierać się jednocześnie dwóm.

Więc zanim sięgam po telefon, biorę lodowaty prysznic, napełniam żołądek, wstrzykuję tryptophan i wyrzucam z siebie trochę energii małym treningiem. Moja ruja jeszcze się nie zaczęła, a ja już wariuję. Tym razem to będzie bardzo zły przypadek odzywki moich kocich genów. Spotkanie Aleca tylko to pogorszy.

Nie zapomnę, jak mocno trzasnęłam go na zimną posadzkę sklepu. Coś chrupnęło, przysięgam. Nie chciałam zrobić mu krzywdy… ale jeśli bym go nie zaatakowała, to chyba bym się na niego rzuciła. Mam nadzieję, że jego zranienia nie są złe.

Siadam na poręczy antresoli i wybieram numer komórki Cody’ego. Nie pytajcie, skąd znam jego prywatny numer telefonu. Psiakrew, nie pytajcie, skąd znam numery telefonów większości poprawionych genetycznie. Jestem w końcu genetycznie identyczna jak mój odpowiedzialny brat, prawda?

Ciekawe, czy już sobie powetowali z Cece dwa lata jej choroby…

Stop. Moje myśli zmierzają nie w tym kierunku, co trzeba. Naprawdę, tego typu informacje z życia Biggsa nie są mi potrzebne do szczęścia.

Odbiera dopiero po dziewiątym sygnale. Chyba jest poważnie zajęty.

„Hej. Nie przeszkadzam?”

„Hej, Liz.” śmieje się „Nie, właśnie rozmawialiśmy z Amidalą o tobie. Dobrze, że dzwonisz. Domaga się ciebie.”

„Amidala?”

„Aha. Ma na imię Ami…”

…i piekło rozstąpiło się pode mną… to moje drugie imię! Jedyne, które lubię w moim nazwisku, ponieważ jest po nosicielce Biggsa. Nie mam pojęcia, co to za kobieta, ale jestem jej winna sporo, zważywszy, że dzięki niej przyszedł na świat. Więc ją lubię niejako automatycznie.

„… ale Aniel przechrzciła ją na Królową Amidalę.” w tle słychać jakiś rumor i przerażony głos żeńskiej X5 „Nie pytaj, dlaczego. To słodkie małe dziecko, które po prostu nie wie, co zrobić z energią.”

„Tak. Plac zabaw raczej nie jest wskazany. Jak się trzyma? Dowiedzieliście się czegoś o jej opiekunach?”

„Aha. Ale mamy akurat dosłownie huragan tutaj. Panuje totalny chaos…”

Buummmm!!!!

„… ale nie z powodu Amidali. Wczorajszego dnia wydarzył się prawdziwy cud, który wywołał niezłe zamieszanie, dodając do tego wydarzenia tej nocy…”

„Wydarzenia?” pytam się niepewnie.

„Ha, ty nic nie wiesz… Cóż, było dziwne wydarzenie w Salinie w Utah. Nasz dowódca, uch, przez kompletny przypadek znalazł się w samym środku czegoś co można uznać…”

Łup!!!

„…za odlot statku kosmicznego.”

Marszczę nos. No wspaniale.

„I teraz jest przesłuchiwany w Rogers Base, podobnie jak cała reszta świadków. Zresztą, Salina był już w południowych wiadomościach. Nie oglądałaś?”

„Niee. Przestałam oglądać wiadomości dawno temu.”

A dokładniej od chwili, kiedy ogłoszono porozumienie pomiędzy oblężonym TC a rządem.

„Co z opiekunką Amidali?”

„Co? Ach, tak…”

Ja chcę ją… ją… ją…! piekielny wrzask wbija się ze słuchawki telefonu wprost w moją czaszkę.

„Jezu, co się tam dzieje…” mamroczę. Moja głowa dzwoni w szoku. „Amidala tęskni za matką?”

„Skądże. Nie wydobyliśmy ani słowa o niej. Za to od kiedy obudziła się truje nam cały dzień o tobie. Domaga się ciebie. Mogłabyś zrobić nam przysługę?”

Wzdycham wewnętrznie. A zamierzałam się przespać…

„Mogłabym, przynajmniej przez następne… hm, trzy godziny, jestem wolna. Co z jej opiekunką?”

„Nazywa się Rona Jones. Ma trzydzieści siedem lat, trójkę własnych dzieci i zabieganego męża prawnika.”

„Już wiem. Pracuje w kancelarii Phillipa Evansa. Nie wyglądają mi na rodzinę, która zaniedbałaby dziecko.”

„Ech, te małe miasta… Ale nie zaniedbali. Rona po prostu jest w zaawansowanej ciąży, poza tym nie ma pojęcia, jak wychować transgeniczne dziecko… Mała uciekła z placu zabaw po drugiej stronie miasta. Rano.”

Pocieram w konsternacji czoło. Niezłą wycieczkę sobie urządziła! I nic dziwnego, że była głodna. Nasze transgeniczne apetyty zrujnują zwykłą rodzinę.

„Ok. Mam po nią przyjechać?”

„Hm… właściwie to usiłujemy wyciągnąć ją z domu. Jeśli usłyszy, że ma jechać do ciebie…” w głosie Cody’ego słyszę nadzieję. Jasne, wyczerpująca doba z dzieckiem w domu to nie jest coś, za czym tęsknił. Tylko ja jestem na tyle stuknięta.

Szczególnie, że ta mała ma moje geny…

„Ok. Podam ci adres, a ty dasz mi Ami do telefonu. Postaram się ją uciszyć.”

„Dzięki.” odpowiada mi zgodny chórek trojga dorosłych transgenicznych gardeł. Chichoczę. Chyba po raz pierwszy od trzech lat.

Comments
  1. Judyta

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *