Toy Soldiers (8)

8.

Nie wiem, czego oczekiwałam od Londynu.

Z całą pewnością nie tego, że kiedy Nasedo wykona jeden telefon na lotnisku o czwartej dwadzieścia w nocy, zostaniemy oficjalnie zaproszeni na śniadanie na szóstą trzydzieści do rezydencji pewnej milionerki.

Życie bywa dziwaczne. Dwie godziny później stoję ubrana w mundurze US Navy (od kiedy to Manticore należało do marynarki, to ja naprawdę nie wiem, ale mniejsza z tym), dokładniej w czarnym mundurze, milutkim ubranku które jest wygodne jak posłanie z gwoździ i pozwalam, by Nasedo zakładał mi dodatkowe soczewki.

Cóż, tak łatwo nie usuną tego brylantu z muzeum, nawet jeśli właścicielka się zgadza. Obudziliśmy dyrektora muzeum, kilku ochroniarzy z jednego z konwojów podczas podróży tego cuda, pewien zespół, zwany tajnymi siłami specjalnymi, coś jak odpowiednik wychowanków Manticore w Wielkiej Brytanii, ale oni nie mają genetycznych ulepszeń, za to są szkoleni tak samo od pierwszego oddechu. Milutkie towarzystwo. Nie, żebym narzekała. Ale spojrzenia co niektórych, kiedy szłam przez hol, sprawiały, że mój żołądek zaciska się z oburzenia. To są ludzie, na miłość boską! Co oni sobie myślą, że są wyżsi niż ja tylko dlatego, że mają kilka mięśni i lat treningu więcej?

Nasedo cofa się i mam w końcu okazję poprawić soczewki. Jeden szybki ruch i jest dobrze. Nigdy tak naprawdę nie lubiłam czerwonych laserów, jestem w stanie je znieść bez większej złości w świecie bez Manticore. Ale od kiedy moje ciało zaczyna ostatnio wariować, więź z bratem mnie martwi, a ja mam wleźć do muzeum zaopatrzonego w setki laserowych detektorów ruchu, których lasery przypadkiem mają barwę głębokiej purpury… Zaczynam myśleć, że Manticore chyba wysłało kogoś, by dał w łapę producentowi tych detektorów.

Pozbywam się z niechęcią wyposażenia, którego nie zamierzam zaciągać na wystawę. Kończę wyposażenie mnie i kiwam głową do Nasedo, rozchylając nieznacznie fragment koszuli i odchylając szyję, dając mu swobodny dostęp. Wchodząca do środka trójka – kompletni ludzie, chociaż nie mogę powiedzieć, że nie mają na tyle doświadczenia, by traktować mnie z ostrożną rezerwą – miesza się nieco. Nasedo zaciska palce na połączeniu mojej szyi i obojczyka i spod jego dłoni spływa ostre światło. Izotop natychmiast opanowuje moje ciało, zwiększając na chwilę jego temperaturę, ale już po kilku sekundach moje ciało błyskawicznie wraca do normy… ze znaczną ilością izotopu.

„Ruszajmy.” mówię spokojnie do porucznika Mayersa, który dowodzi eskortą kamienia. Konwojem zmierzamy w stronę budynku wystawy. Zajmuje nam to pół godziny. Po drodze przyglądam się ze spokojem działaniom ludzi. Są dobrzy, chociaż bardzo konwencjonalni. Mam ochotę roześmiać się z rozbawieniem, kiedy wysiadam z samochodu, rejestrując jak są obecnie rozmieszczeni, chroniąc mnie i walizkę, w której mam wywieźć diament.

Chryste, wystarczyłoby dwoje X5, by ich rozwalić. Może nawet jeden; w zależności, czy przyzwyczajeni do działania w pojedynkę czy to tylko posłuszne małe żołnierzyki.

Rozmazuję do wejścia, ignorując ich sapania i zmierzam prosto do celu.

Dwie minuty na przejście przez kompleks i zabezpieczenia. Zostaję wprowadzona do pokoju. Diament leży w przezroczystym opakowaniu, zapewne specjalny plastik. Żądam klucza.

Dyrektor muzeum miesza się nieco. Powstrzymuje irytację i powtarzam rozkaz. Mini-sejf zostaje otwarty. Pozostali cofają się nieznacznie. Słyszę delikatny szelest zamykanych drzwi. Najwyraźniej komuś przyszło do głowy, że zamierzam go ukraść. Idioci.

Unoszę dłoń nad diament i z gardła kilku żołnierzy unosi się przewidujące sapanie (pewnie myślą o kradzieży), które w dwie sekundy później zamienia w zatrzymane w szoku oddechy.

Kamień unosi się nad poduszkę, rozświetlając się piękną barwą. Uśmiecham się, uwalniając z mojego organizmu coraz więcej izotopu. Psiakrew, wiem, jak wyglądam w procesie. Psiakrew, nie musicie wrzeszczeć w szoku. Psiakrew, ja tu mam wrażliwe uszy!

Wzdycham w duchu i odwracam się spokojnie w stronę ludzi, wciąż lśniąc z powodu uaktywnionego we mnie izotopu. Hm, chyba wyglądam jak ufoludek.

„Zameldować o potwierdzeniu celu. To nasz klucz.” rzucam chłodno do mojego głównego łącznościowca. Facet przełyka nerwowo. Jezu. Zachowują się, jakby nikt im nie powiedział, że kosmici istnieją. Wiem, że nie mieszkają w Stanach i nie są tak przywiązani do wizji istot z antenkami, ale naprawdę albo ktoś pomieszał w ich szkoleniu, albo nie są tak dobrzy, jak myślą.

Z drugiej strony, nie wiem, czego oczekiwałam po ludziach. To tylko… ludzie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *