Toy Soldiers (9)

9.

Moje życie przypomina niezłą huśtawkę nastrojów. Ha! Prowadzę ze sobą długie dygresje filozoficzne, jestem zjadliwa i ironiczna, w paskudnym humorze i mam ochotę w coś walnąć… co tylko oznacza jedną rzecz. Zbliżającą się ruję. Nie, żeby jej termin mnie zaskoczył. Spodziewałam się jej. Spodziewam się jej. I będę się spodziewać niemal z taką dokładnością, że mogłabym regulować zegarek. Tylko, że to powinno pojawić się za jakiś tydzień, nie wcześniej.

Tydzień w takim nastroju… przed odlotem, z wszystkimi tymi przygotowaniami… Brrr. Już ostrzegłam Nasedo w samolocie powrotnym do Stanów. Naprawdę. Za każdym razem, jeśli spodziewam się być wokoło niego w tym gorącym czasie, ostrzegam go w sposób całkowicie jasny. Ale po tych dwóch latach od naszej ostatniej walki facet chyba się przyzwyczaił do mojego sławetnego opanowania podczas rui i nie widzi w tym zagrożenia.

Z drugiej strony to typ faceta, który nie narzeka, kiedy rzuca się na niego ładna dziewczyna, więc co będę go winić. Mimo wszystko jednak nie mam ochoty wylądować w jego łóżku, szczególnie, że nie wylądowałam dotąd w łóżku żadnego faceta… i nie zamierzam. Zostanę pierwszą starą panną w historii rodzaju X5. Z drugiej strony o to wcale nietrudno, odkąd przez mój sen moje wspaniałe ciało z super pamięcią ruchową na czymś co nazwałabym komórkowym poziomie pamięta Aleca i rozpoczęło już dawno proces przestrajania na niego. Podczas rui jeszcze reaguję na innych mężczyzn, ale podejrzewam, że niedługo się to skończy. Jedno błogosławieństwo, wynikające z mojej pamięci ruchowej. Przynajmniej nie wpadnę w kłopoty.

Podczas lotu przeglądam w myślach plany dla naszej kolejnej misji. Utah. Milutka dziura. Magazyn federalny pod sklepem. Niestety właściciel ma to otwarte przez całą dobę, co zmusza nas do dość radykalnego kroku. Włamania z bronią.

~ * ~

Zanim jednak jedziemy do Utah, kolejne kłopoty zwalają się na moją głowę. Wracam wieczorem do domu, pakuję się, biorę odpowiednią ilość tryptophanu i sprawdzam te mierne próby łączności ze mną, zwane nagraniami na automatyczną sekretarkę.

Czy wspominałam już, że telefon to przekleństwo wszystkich dziewczyn? I nie ma znaczenia, że jesteś z innej rasy. Jestem żeńskim osobnikiem, kobietą, co mój system hormonalny właśnie śpiewa mi prawie na cały głos i absolutnie popieram tezę, że telefon wymyślono, by wykończyć kobietę. Ileż to razy dziewczyny na całym świecie przeklinały ten wynalazek i modliły się, by wreszcie on zadzwonił.

Z tą różnicą, że ja modliłam się do Blue Lady, by ten telefon nie został wykonany. Kilka prostych zdań, nagranych na skrzynkę kontaktową, która potem oddzwania do mnie.

Byłam w trakcie robienia sobie pożywnego, wysoko kalorycznego posiłku, kiedy głos jednego z moich kontaktów, faceta od intelu, po cywilnemu coś jak zbieranie informacji i wywiad, wbił się niczym sztylet w moją głowę.

Ktoś zastrzelił Cece.

Moje serce staje na chwilę. Słyszę, jak krew krąży żwawo w moich żyłach, jak oddech wpada do mocnych płuc, a skóra rejestruje lekki wieczorny powiew od otworzonego okna.

Cece zastrzelona.

Opadam na podłogę. Moje serce ponownie bije. Boleśnie, głucho.

Cece.

Cece.

Zastrzelona.

Po raz pierwszy od dawna moja myśl nie biegnie od razu do brata, ale do niej.

Radosna, piękna, lojalna przyjaciółka Aleca, od ponad dwóch lat pozostająca w śpiączce… bezbronna… w szpitalu… zastrzelona przez nieznanego sprawcę… Niedoszła matka moich siostrzeńców i bratanic. Cece. Ktoś absolutnie najważniejszy w życiu mojego brata.

Podnoszę dłoń do policzka i drżącymi palcami ocieram ciepłą wilgoć. Nie płakałam od trzech lat. Od cholernych trzech lat. Nie płakałam, ponieważ robiłam wszystko, by inni pozostawali bezpieczni.

I zawiodłam.

Trzaskam w furii cokolwiek, co stoi najbliżej, by w następnej sekundzie się uspokoić. Czuję chwianie się moich umysłowych barier. Muszę się opanować. Już wystarczająco źle namieszałam w umyśle mojego brata.

Zwolnij, 594. To nie przysłuży się twojemu bratu. Emocje nie są dobre przy planowaniu. Nie możesz teraz mścić się na kimkolwiek, kto to zrobił… czyli pewnie jakimś Familiars….

Otwieram oczy. Jasne. Nie będę się mścić w sposób konwencjonalny.

Ponieważ nie będzie niczego, by się zemścić. Mogę przecież przywrócić Cece do życia… czy też Max, jeśli chodzi o ścisłość.

To jest czas dla planu. Szybkiego i doskonałego.

Uśmiecham się w ciemności kuchni. Cece leżała w szpitalu w Seattle. Jeśli się pośpieszę, złapię Nasedo, by zapewnił mi alibi i porwę Maxa w ciągu najbliższego kwadransa… cóż, powinniśmy zdążyć na samolot z Albuquerque do Seattle w stanie Waszyngton.

Wszystkie szczegóły formułują się w mojej głowie. Tak, moja podróż z Maxem będzie zapewne pełna wyjaśnień… ale nawet gdyby nie odmówił, jestem w stanie bez trudu zmusić go, by ją uzdrowił.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *