Toy Soldiers (5)

5.

Przysięgam, czuję się jak jakaś stara matrona-swatka. Zwłaszcza, kiedy czuję na sobie zdziwione spojrzenia kelnerek. Czy Susan naprawdę musiała wybiec z mojego biura cała w skowronkach i podskokach?

Potrząsam głową. Kiedyś byłam taka jak ona.

„Hej, Liz!” odwracam się. Max parkuje przy krawężniku. Dobry, stary dżip. Z pomocą małej obcej magii wciąż ma się świetnie. To zadziwiające, ile wytrzymał ten samochód.

„Hej, Max.” uśmiecham się nieznacznie. Nie widzieliśmy się ostatnio. Max był zajęty studiowaniem medycyny – wziął przyśpieszone kursy – i odpychaniem natrętnych dziewczyn. „Co słychać?”

„Właściwie to szukam Tess… mam wrażenie, że mnie ostatnio unika.” wyznaje nieznacznie zakłopotany.

„Zapewne przypadek.” śmieję się, chociaż mam nagle ochotę walnąć w coś mocno. Frustracja i niemoc rozlewa się po moich żyłach. Biggs. Panika rozciąga się pod moim ciepłym uśmiechem. Muszę walczyć z niemal pierwotną chęcią sięgnięcia do niego myślą. To jest gorsze niż wielodniowy głód i odwodnienie. „Poza tym przed świętami zawsze ma dużo pracy.”

„Tak sądzisz?” uśmiecha się nieśmiało, najwyraźniej zwlekając z zakończeniem rozmowy. Mam wrażenie, że coś jest dużego pod powierzchnią, ale nie potrafię się na tym skupić. Trzymam mocno wszystkie moje bariery, chociaż chwieją się niesamowicie. Nie wolno mi. Nie teraz. Zamykam na sekundę oczy, szukając skupienia.

„Liz?” czyjeś obce dłonie potrząsają mnie mocno. Zaskoczona cofam się nieznacznie, nie przyzwyczajona, by ktoś krzyżował moją przestrzeń, przeszkadzał mi w skupieniu. Mur moich myśli wali się nagle. Cholera.

Usiłuję złapać umykający spokój, ale moje płuca straciły na ułamek sekundy swój spokojny rytm, serce zaczęło bić tak wściekle… Hałas świątecznej ulicy rani moje uszy.

„Liz?!” teraz krzyk niczym sztylet wbija się w moją głowę. Nie wolno mi.

Otwieram oczy, płonie w nich niechęć. Widzę zmartwiony bursztyn, ale teraz i tutaj naprawdę nie dbam, co sobie myśli.

„O co chodzi?” pytam spokojnym głosem, narzucając sobie wewnętrzną dyscyplinę, znaną tak dobrze Manticorianom. Nic w moim języku ciała nie zdradza mojej furii, wściekłości i panicznego strachu o Biggsa, przeszywające mnie na wylot. Furia wobec tych, którzy sprowadzili frustracje na niego. Wściekłość wobec Maxa, ponieważ nie mogę uspokoić Biggsa nie zdradzając swojej obecności. Życie to spacerek po piekielnym żarze.

Max jest teraz zbity z tropu. Cofam się znowu, tak, by jego ręce opadły z moich ramion.

„Hm, wołałem cię przez chwilę. Wydawałaś się być daleko stąd.”

„Zamyśliłam się. Nieświadomie podsunąłeś mi idealny prezent na święta dla Tess.” uśmiecham się absolutnie uspokajająco. Moje umiejętności kłamstwa zaczynają mnie przerastać. „Chcesz, bym sprawdziła, co się dzieje z nią?”

Kiwa głową, znacznie uspokojony.

„Byłbym bardzo wdzięczny.”

„Nie ma sprawy, Max. Miłego dnia.”

„Na razie.”

Przechodzę jeszcze kilkadziesiąt metrów, zanim przekraczam próg budynku, w którym mieszkam. Drzwi automatycznie zatrzaskują się za mną. Wchodzę do holu, strażnik w recepcji jak za mgłą mówi mi dzień dobry… podświadomie czuję, że nie jest ze mną dobrze. To nie będzie dobry dzień. Muszę wziąć dodatkową dawkę tryptophanu.

W mieszkaniu osuwam się wzdłuż ściany, nie zdołając nawet zamknąć drzwi. Psiakrew, nic mnie to nie obchodzi. Niespodziewane przerwanie koncentracji, dużego ładunku wysyłania do Biggsa, zachwiało mną bardziej niż powinno.

Zamykam oczy, czując, jak każdy miesień w moim ciele kurczy się i rozciąga, zupełnie poza moją wolą. To boli. Ale nawet nie mogę wydobyć z siebie głosu. Usiłuję zacisnąć szczęki, ale marnie mi to wychodzi. Powoli, sekunda za sekundą, rozwieram palce i kładę trzęsącą się dłoń na niewielkim urządzeniu, które natychmiast wstrzykuje pod naciskiem tryptophan z Meta-Chem. Nie trafia w żyłę, naturalnie, moje ręce trzęsą się niesamowicie, ale najtrudniejsze praca jest już zrobiona.

Mijają więc minuty, nim lekarstwo zaczyna działać. Nie mogę jednak poradzić na dreszcze bólu i strachu, które przenikają moje ciało. Zaciskam znów ręce, kiedy bardzo znajome uczucie powraca na moją skórę. Czuję, jak milimetr po milimetrze, stalowe ostrze sunie po mojej skórze. Mój żołądek zaciska się w proteście, a ręce zaczynają się trząść. Nie są jednak skrępowane skórzanymi pasami. Otwieram szeroko oczy, przerażona mglistą wizją. Kontury i kolory zlewają mi się w jedno. Szarpię, usiłując wyrwać się z uścisku. Moja skóra pali. Dotyk ubrania jest jak czysta tortura. Moje usta otwierają się do wrzasku, ale pozostaję niema przez długą, bolesną chwilę. Ból ściska moje gardło, przewierca moją pierś na wylot i wstrzymuje oddech. Jęczę cicho w proteście ostatkiem powietrza. Usiłuję gwałtownie wciągnąć oddech, i w końcu, po niezliczonych, pełnych tortury minutach ból ustępuje, a wraz z nim niekontrolowane drgawki.

Oddycham głęboko, usiłując uspokoić szaleńczo bijące serce. Zbyt długo moje płuca nie miały tlenu, spazmatycznie wciągają teraz powietrze. To nie jest dobre. Zamykam oczy, pozwalają odejść wszelkim myślom i narzucam sobie dyscyplinę. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Głęboko. I tak przez kilka minut. Mój organizm szybko uzupełnia zapasy tlenu we krwi i wygłodniałych komórkach. Już lepiej.

Podnoszę się na wciąż nieznacznie słabych kolanach, zamykam jednym kopnięciem drzwi i idę do łazienki. Wszystko, czego teraz potrzebuję, to ciepły prysznic, jakiś mleczny, pełnowartościowy posiłek i dużo snu. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *