Toy Soldiers (48)

48.

Otrząsam się z ponurych wspomnień i patrzę niepewnie jak Alec otwiera szerokie, ciemne drzwi. Dywan, historyczna pamiątka z pożaru zamku Windsor, jedno z niewielu ocalałych rzeczy na tamtym feralnym poziomie, kosztujący niewiarygodne sumy na czarnym rynku, nie traci mojej uwagę. Nawet jeśli dwa lata temu ja byłam tą, która zwinęła go z ambasady brytyjskiej w Waszyngtonie i sprzedała po horrendalnej cenie pośrednikowi z Hiszpanii. To był udany skok. Dywan nawiasem mówiąc podobał mi się niezmiernie, w którymś momencie chciałam nawet umieścić go w moim mieszkaniu, ale to już byłoby z lekka przegięcie. Co innego finansować nielegalne operacje K-Paxu, co innego afiszować się ze złodziejskimi umiejętnościami…

„Widzisz coś znajomego?” szemrzący głos Aleca w moim uchu odwraca w końcu mój przykuty do dywanu wzrok, który wędruje poprzez otwarte drzwi do środka pomieszczenia… lub też na zewnątrz, ponieważ staliśmy w wyjściu na piękny dachowy ogród… czy coś podobnego.

Gdyby Alec przewidująco nie trzymał mnie mocno, moje kolana prawdopodobnie załamałyby się pode mną zupełnie.

‚I kiedy w końcu się udało, wysłać w przeszłość trzy zespoły…’ słowa Biggsa sprzed dwóch zaledwie dni odbijają się w mojej głowie jak jakiś daleki dzwon, obwieszczający coś w rodzaju ponownego kompletnego przewrócenia mojego świata do góry nogami. Mojego, więzi, mojego stosunku do Aleca, tego, z czego zrezygnował chcąc być ze mną, zaledwie echem kobiety, która kiedyś była niewinnym Maleństwem… tylko jego.

Ponieważ był powód, dlaczego przeszli w przeszłość w różnym czasie.

Dwie małe postacie o identycznych brązowych oczach, spoglądają na mnie z niewiarygodną ciekawością, każda zza ‚swojej’ nogi pięknej matki, podczas kiedy ‚na linii’ następuje takie natężenie emocji, chaotycznych myśli i dobrzy bogowie jeszcze wiedzą, czego… I nagle powietrze przeszywa przeraźliwy podwójny wojenny okrzyk ‚ciocia!’, będący mieszaniną radości, zdumienia, spełnienia niewiarygodnie potężnego i pełnego ciekawości i ostrożności oczekiwania. Dwie pary małych, mniej więcej trzy lub czteroletnich mocnych, transgenicznych rączek zaciskają się gwałtownie na mojej szyi tuż zaraz po pięknym, pełnym całkowitej synchronizacji skoku mojej bratanicy i bratanka. Muszę walczyć o oddech, ich siła jest przeraźliwa.

Ale nie ma to nic wspólnego z faktem, że nie potrafię wydobyć z siebie głosu. Po prostu mnie zatkało. Ostrożnie obejmuję te dwa małe ciałka, niepewna, czy nie rozpłyną się przypadkiem w powietrzu lub nagle coś mnie nie obudzi z tego pięknego snu… Przenoszę wzrok na Cece, prześliczną w jasnej, letniej sukience… i wyraźnym brzuszkiem pod sercem. Uśmiecham się nieśmiało.

Błagam, tylko nie bliźnięta… śmieję się w duchu do dumnego tatusia, po czym mój śmiech zamienia się w coś na kształt jęku i rezygnacji, kiedy dociera do mnie jego odpowiedź. Wzdycham nieznacznie. Rodzinka się powiększa. Najwyraźniej Biggs wyrabia normę za nas oboje. Podwójną.

A to tylko trzy lata z okładem… Strach pomyśleć, co będzie za trzydzieści. Ta emerytura będzie nader ciekawa. Jeśli ‚to’ Alec chciał mi pokazać po pierwsze, to naprawdę strach pomyśleć, co chowa jeszcze w zanadrzu.

Śmiech. Aleca, oczywiście.

„Nic. Naprawdę nic.” broni się z uśmieszkiem, ale nie oszukałby nawet małego dziecka. Co dopiero mnie…

Teraz dopiero śmieją się wszyscy.

„Ok. Czego mi nie mówicie?” bardzo ostrożnie stawiam dwa małe połączenia Biggsa i Cece na przesławnym dywanie. Powinno przestać mnie dziwić, dlaczego to tutaj się znajduje. Ile jeszcze innych przedmiotów, które spodobały mi się w którymś momencie mojego życia przez ostatnie trzy lata, znajduje się w tej posiadłości?

Małe diabełki obtańcowują mnie ze wszystkich stron, wznosząc jakieś dziwaczne okrzyki wojenne, tym razem coś na kształt ‚whohaha’. Gardła mają nad wyraz silne. Łapki także.

„Być może o kimś, kto jeszcze skorzystał z granilithu i hektolitrów mojej krwi?”

„Nieeee…” odpowiada mi zbiorowy mini-chórek i chichoty. Wznoszę oczy do sufitu… eee, nieba i spokojnie umieszczam się na kolanach Aleca, wodząc wzorkiem po wcale niemałej grupie poprawionych genetycznie. Niemałej dzięki potomkom, oczywiście. Tylko brak towarzyszki Cody’ego, ale Biggs od razu podsyła do mojej głowy obraz spóźnionego samolotu z Kanady. Oddycham z ulgą. W końcu to był mój najlepszy przyjaciel… i ciekawe, jak bardzo się zmienił i jak bardzo zmieniła go Aniela.

„Wygląda na to, że albo ktoś mi powie…” Alec wsadza nos w moją szyję i tracę na moment skupienie nie tylko na słowach wydobywających się z moich ust, ale i w myślach. Co ja chciałam powiedzieć?

„Wygląda na to, że to ty się nie zmieniłaś…” Cody szczerzy zęby. Patrzę na niego podejrzliwie, podczas gdy Alec wciska coś w moją rękę. Nie muszę wąchać, aromat jest wystarczająco wyraźny. Szkocka. Wygląda na to, że pewne rzeczy naprawdę się nie zmieniły mimo zmiany czasu i tych trzech lat.

„Cody ofiarował się jako królik doświadczalny, kiedy po raz pierwszy zrobiliśmy preparat z twojej krwi, by móc wejść do granilithu. Dostał… o wiele za dużo. Teraz doprowadza do szału Romeo i Julię…”

Krztuszę się.

„Co?” mój głos zaledwie przypomina coś w rodzaju pisku.

„Biggs był przekonany, że uwielbiasz Szekspira.” śmieje się, szturchając z czułością swojego męża.

Uwielbiałam… z powodu faceta z odstającymi uszami.

„Ale nie martw się. Jakaś życzliwa dusza nadała im nowe imiona. Winetu.”

„A dziewczynka?”

„Mała pani.” Biggs patrzy na mnie nieśmiało. Nieśmiało! Mój brat, który miał nerw powiedzieć Alecowi, że on i ja jesteśmy razem… Kiedy gruszki zaczęły rosnąć na wierzbie?

„Ktoś tu chyba musi zmienić płytę.” szemrzę, kręcąc głowę. Doprawdy, jeśli uważałam, że poprzedni tydzień był stresujący, począwszy od zabrania klucza do statku po całkowicie dziwaczne powitanie na lotnisku przez tę chmarę uniżenie kłaniających się miszkańców tego Bóg-wie-gdzie zakątka globu, powinnam chyba iść do psychiatry. Może Surinah by pomogła?

„Wybacz, ale teściowej to Alec tutaj nie zniesie.” głos Mole’a dochodzi gdzieś zza moich pleców. No ładnie. „Raczej jeszcze dzisiejszego popołudnia wyrzuci nas wszystkich z domu, by móc wreszcie cieszyć się tobą w samotności. I nie dzielić z nikim, ale to absolutnie nikim. Podejrzewam, że twojego braciszka wysyła gdzieś w okolice na drugim końcu tej planety.”

„Bardzo blisko.” Biggs również się śmieje, podczas kiedy mój mózg kataloguje te setki niewyraźnych aluzji w ich słowach, podczas których Alec nieznacznie jest zakłopotany. Później się zastanowię, czego Alec mi nie powiedział… ale na razie będę się cieszyć nim samym. Rodzinkę i przyjaciół możemy wystawić za bramę. Podejrzewam, że nawet ja nie mogłabym przeskoczyć takich murów…

STOP!

Przewińmy jeszcze raz. Wszystko po kolei.

Główne pytanie brzmi, dlaczego Alec pojawił się w Roswell w czasie mojej rui, skoro wszyscy twierdzili, że musieli siłą trzymać go z daleka ode mnie podczas tej gorączki?

Dlaczego kraj arabski? Transgenicy kochają wolność, nieograniczoną społecznymi regułami. Mamy własne, wystarczająco surowe i konwekwentne, by doprowadzić do szału najzagorzalszego muzułmanina i wielbiciela tradycji. I te wszystkie przedmioty… jak chociażby dywan. Na litość boską, Hiszpan zapłacił za niego dziesięć milionów dolarów. Horrendalna suma jak na kawałek splecionych ze sobą sznurków.

Kto rozpracował mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że pognałabym nawet z atmosfery z powodu takiego telefonu Surinah? Nawet jeśli wszyscy myśleliby, że jestem daleko w obcym kosmosie?

Tylko Biggs albo Alec. I Alec o wiele bardziej wiedział o mojej opiekuńczości i pragnieniu akceptacji… miał to dzień w dzień, na widoku, jak na dłoni. Przez cztery miesiące. Zwłaszcza w początkowej fazie naszej znajomości, podczas tych dni w Roswell.

Ale chociaż w centrum handlowym czułam izotop i mój własny zapach, jednak ‚rozmawiał’ ze mną Alec.

Kawałki łamigłówki spadają na swoje miejsce.

„Jesteś szalony, wiesz?” szemrzę Alecowi do ucha. Rumieni się nieznacznie, nie patrząc mi w oczy, a inni wyrażają swoje uznanie dla tego cudu… póki nagle nie dociera do nich powód tego stanu. Wiedzą, że zrozumiałam, co tam robił Alec… osobiście… a dopiero potem pojawił się Biggs i Cody. I prawdopodobnie cała chmara innych osób.

Ta awantura spadła na nich jak grom z jasnego nieba. Świadomość, że wiem, że pamiętam. Dlaczego właśnie to Biggs ‚dodzwaniał się’ do mnie, nie Alec. Jego bladość wcale nie musiała wynikać ze zranień, które mu zadałam. Najprawdopodobniej po mnie samej sprał go jeszcze sam Biggs.

A najgorsze jest to, że ja jestem jeszcze bardziej szalona. Ponieważ ten wariacki, absolutnie szowinistyczny i własnościowy pomysł podoba mi się bardziej niż chciałabym przyznać sama przed sobą.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *