Toy Soldiers (46)

46.

Ok. No dobrze. Tego się nie spodziewałam nawet w najbardziej zwariowanym miejscu mojej ciemnej, transgenicznej duszy.

Z pozoru całkowicie spokojna znoszę bardzo niskie i pełne szacunku, wręcz uniżone pokłony otaczających mnie zewsząd ludzi. Wiecie, słynę z kontroli. W dwóch czasach, na miłość boską! Ale oczywiście Alecowi udało się mnie zbić całkowicie z pantałyku.

Kim on do diabła tutaj jest? Znoszę cierpliwie aluzję kolejnego uśmieszku, który prawie gości na ustach Cody’ego. Nie sądzę, by którykolwiek z tych licznych sług, otaczających nas niczym mój osobisty dwór, wiedział, że ktoś tutaj ma ochotę wybuchnąć niepohamowanym śmiechem na widok mojej z lekka niezwykle starannie skrywanej niepewności.

Zwłaszcza, że przy wyjściu z odprawy czekał na mnie jedynie Cody, ponieważ Alec musiał coś bezwłocznie załatwić. I zaraz potem napadła nas chmara tych dziwnych ludzi, którzy z jakiegoś powodu traktują mnie jak księżniczkę tudzież jakąś inną wybitną osobę… oczywiście jeśli w arabskim kraju, gdzie tradycja jest żywa – chociaż nie sądzę, by tutaj przesadzano z tym, szczególnie po zobaczeniu naprawdę wydekoltowanej turystki, która niepomna niczego prócz żaru lejącego się z nieba i bijącego od czystego, wyglądającego na nowy chodnika… hm, gdzie ja u licha trafiłam? Czy to na pewno dwudziesty pierwszy wiek, kilkanaście lat od czasu pulsu w Ameryce i globalnego chaosu?

Przysięgam, kiedy ludzie mnie widzą, dostają zawału. Przynajmniej ci należący do tej ‚chmary’, która dziwnym zrządzeniem losu powiększa się z każdym moim krokiem przez terminal. I nie, żeby to były jednokowo ubrane osoby, najwyraźniej należące do rozmaitych klas społecznych tutaj, ponieważ ich ubiory można sklasyfikować od tych za 50 centów po 20 tysięcy zielonych. Tylko ci, którzy dołączyli do nas na początku – najwyraźniej ochrona, ale ludzka, czuję to wyraźnie i czuję, że są z lekka rozbawieni tym zgromadzeniem, niewinne uśmieszki bywają chyba zaraźliwe – nie wariują tutaj. Słyszę jakieś arabskie okrzyki, ale ten język zdecydowanie nie należy do moich faworytów i wyłapuję tylko kilka słów, włącznie z nazwiskiem ‚Core’ i ‚Nayar’. Hm. Wygląda na to, że za życia nieświadomie stałam się tutaj jakąś formą legendy. Tudzież mój brat.

Tylko gdzie my do diabła jesteśmy? W jakimkolwiek gorącym zakątku arabskiej części Azji. Zamieszanie wokół i zamieszanie w mojej głowie nie pozwoliło mi nawet rozejrzeć się wokół, w poszukiwaniu jakiegoś angielskojęzycznego znaku. Czuję się jak owieczka prowadzona na rzeź. Przez Cody’ego. A Alec może być rzeźnikiem.

Kogoś tu czekają chyba jakieś wyjaśnienia, dumam, po tym, jak Cody wciska mnie do klimatyzowanej, białej limuzyny. Czarny kolor w tym skwarze chyba się nie przyjął… Hahaha. Mój nastrój zaczyna ciemnieć. Zwłaszcza, że Aleca wcale nie ma w samochodzie.

„Przepraszam za to zamieszanie, dowiedzieliśmy się dopiero po przylocie, że ktoś puścił parę z ust.”

„Gdzie jest Alec?” pytam się ze strachem w duszy, chociaż moja twarz pozostaje obojętna. Kierowca zerka na mnie przez tylne lusterko. No świetnie. On też?

Maleństwo przestraszone?

Wow. Mój braciszek. Jak milutko.

Jak diabli.

Spokojnie, chciał ci pokazać pewne… rzeczy, które powinnaś zobaczyć przed dyskutowaniem tutaj pozycji naszej małej grupki transgeników. Gdyby był z tobą na lotnisku, rozpętałoby się prawdziwe piekło.

Bywa gorzej?

Nawet nie masz pojęcia.

Och… to więc jest miejsce docelowe?

Prawie. Dojedziesz za godzinę. Przyjemnej podróży, diabełku. I nie martw się. Będzie dobrze.

Zamykam oczy i oddycham głęboko. Coś mi się wydaje, że ta emerytura będzie naprawdę pełna wrażeń.

„Będzie czekał w domu.” Cody mówi najwyraźniej na użytek podejrzliwego kierowcy.

Więc uchodzę za człowieka i nie-część tej stukniętej więzi. Hm. Ciekawe.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *