Toy Soldiers (45)

45.

„Nie chciałbym was tu zamartwiać, ale ten gościu tutaj nie ma zielonego pojęcia, co wy wyprawiacie i wasz stoicki spokój z lekka go drażni…” po apartamencie rozlega się spokojny głos Cody’ego 2.0, podczas gdy wersja 1.0 prawie wyłazi ze skóry. Odwraca się i patrzy na siebie z przyszłości… Nawet nie mam pojęcia, co teraz czuje. Ja nigdy nie stanęłam przeciwko samej sobie z przyszłości, nawet o tym nie wiedząc. Ciekawe, co by zrobił, gdyby wiedział?

„Nie chcę cię martwić, kumpel, ale lepiej go nie dotykaj.” Alec rzuca beztrosko krótko po tym, jak Cody rzuca się na siebie samego… ale szczęśliwie wersja 2.0 ma więcej rozumu i robi niesamowicie zwinny i szybki unik. Trenował, konstantuję z uznaniem.

„Hej…” ktoś mi mruczy do ucha. Uśmiecham się. Lubię odrobinę zazdrosnego Aleca. I ciekawe, co powie na obejrzenie najnowszej produkcji z Denzelem W.?

Śmiech. Nie ma mowy, maleńka. Cece opowiedziała mi kiedyś o waszym spotkaniu w wypożyczalni.

Jęczę w rozczarowaniu. Niedobrze. Wygląda na to, że mój Alec zna wszystkie sekrety, ja natomiast niewiele o nim wiem.

Ktoś tu sztywnieje nieznacznie.

„Naprawimy to.” całuję go lekko w usta „Ale teraz chyba czas na nas.”

Obie wersje 2.0 chrząkają zgodnie. Wznoszę oczy do sufitu. Mężczyźni i solidarność plemników.

No dobra. Jak już spotkam ponownie Cece, to urządzimy sobie solidarność jajników.

~ * ~

Czuję się z lekka… otumaniona. Samoloty, lotniska, samochody… niby nie podróżujemy daleko, niemniej dwójka poprawionych genetycznie musi się upewnić, że nie mamy ogona. Szczególnie po czymś, co niemal wywołało z kolei u mnie milutki atak serca.

Tak… siedziałam sobie w samolocie, gdzieś na południe (naprawdę nie mam pojęcia, gdzie, podaję tylko kierunek orientacyjny), tzn. w stronę równika, no wiecie, to ta pozioma linia otaczająca tę okrągłą pustą piłę, udającą naszą planetę (poza dziwnie nie odnotowywanym powszechnie faktem, że Ziemia naprawdę nie jest okrągła, chociaż bardzo zbliżona do tego kształtu…), przysypiając jednym okiem, drugim przyglądając się zawartości wyświetlanej na laptopie Aleca (naprawdę fajny, przykoleguję się chyba do niego…), kiedy trzeci obiekt, a właściwie rozmowa, przykuła moją uwagę. Minęło kilka sekund, nim w pełni dotarł do mnie jej sens. A przynajmniej to, co powinno dotrzeć do mnie innym kanałem.

„Alec?”

„Hm?”

„Jak zareagowało dowództwo na moje zmiany planów?”

„Nie wiedzą.” Alec szczerzy zęby „594 została ogłoszona bohaterem narodowym, po tym jak podano do publicznej wiadomości, iż dwa dni temu odleciała na inną planetę, gdzie będzie naszym… hm, ambasadorem, by budować od zera wzajemne stosunki Antar-Ziemia.”

Rozdziawiam buzię.

„Poważnie?”

Zamyka mi buzię pocałunkiem, który szybko przestaje być taki niewinny. Cody szturcha mnie z drugiej strony łokciem. Poprawiam się w fotelu, nieco zakłopotana kilkoma ciekawskimi spojrzeniami, jakie fundują nam inni pasażerowie. Ale co tam. Wytrzymuję ich spojrzenia. Nie zarumienię się. Jestem 594, na litość boską!

Tylko, że przy Alecu zamieniam się definitywnie w Maleństwo.

I dzięki Bogu.

Teraz Cody obrywa.

„Naprawdę mieli nerw ogłosić coś takiego?” szemrzę w niedowierzaniu. Wiedziałam, że ludzie mają naprawdę nierówno pod sufitem, specjalnie politycy, lecz czasami odbija im bardziej niż mi podczas gorączki hormonów.

„Aha. Na szczęście mało kto wie, jak wyglądasz. Ale i tak znów czeka cię mało przyjemny zabieg po lądowaniu. Nie przekroczysz granicy z tym.” Alec muska nieznacznie dłonią mój kark. Niemal podskakuję nerwowo. Psiakrew, opanowanie, Maleństwo.

Mądra dziewczynka.

Uhhh?

Maleństwo, nie 594. Nazwałaś siebie ‚Maleństwo’ zamiast opisu. Witamy z powrotem.

Dobra, tym razem Cody nie obrywa. W gruncie rzeczy ma rację. To jak powrót do życia, powrót do domu.

Alec podaje mi komplet dokumentów, włącznie z biletem.

„Lądowanie za kwadrans. Odprawy celne są…” błyska mi niewinnym uśmieszkiem „…podzielone według płci. Niestety, nie tylko one. W najlepszym wypadku spotkamy się godzinę po lądowaniu przy wyjściu do terminalu. Znasz dość dobrze podstawy arabskiego, w końcu chodziliśmy na te same lekcje…”

Uśmiecham się i uspokajam bezwiednie. Naprawdę to jest niesamowite mieć kogoś, kto będzie troszczyć się za ciebie o takie głupie rzeczy jak bezpieczna trasa z dala od wścibskich fotografów i wszelkich innych niepożądanych osobników na mojej drodze. Nawet jeśli okrążymy pięć razy glob, a Alec będzie miał nieodpartą okazję do popisu całej tej męskiej arogancji i cokolwiek jeszcze tam wywołuje nadmiar testosteronu w jego organizmie… i moje dość oczywiste uwielbienie. Chyba nie mieszkają na stałe w jakimś arabskim kraju, gdzie między tradycją muzułmańską a wiarą muzułmańską postawiono znak równości? Jakoś trudno mi wyobrazić sobie Cece godzącą się na coś takiego… ale z drugiej strony, bez trudu mogłabym sobie wyobrazić Aleca jako jakiegoś arabskiego dostojnika, nawet z jego jasnymi włosami. Szczególnie, że mój Alec… muszę przestać używać ‚mój’, w moim życiu jest jedyny Alec i koniec kropka… jest opalony na ciemny brąz, podobnie Cody i Biggs. Ale Biggs ma ciemną karnację, podobnie jak ja.

Chyba polubię moją emeryturę. W końcu mawiają, że życie zaczyna się dopiero na emeryturze. Zwłaszcza, że wygląda na to, że nie tylko ja pamiętam moje pierwsze sześć lat życia w Manticore.

Teraz naprawdę czuję, że wracam do domu, chociaż zmierzam do kompletnie obcego, nieznanego mi miejsca, ufając całkowicie komuś, kto przemierzył dla mnie czas.

Ech, jestem obłąkana. Ale to naprawdę niewielka cena. Naprawdę niewielka…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *