Toy Soldiers (44)

44.

Nawet super genialny królewski obrońca aka Maleństwo potrzebuje czasem snu. Acha, nie wierzycie? Alec pozwolił mi zasnąć. No nie wiem, czy w wersji Alec McDowell 1.0 byłoby to możliwe, szczególnie po trzech latach osobno i absolutnym niezrozumieniu samych siebie… raczej nie dałby mi spokoju. Ale wersja 2.0 każdego z nas jest różna i wierzcie lub nie, nie mogę się doczekać zbadania wszelkich uaktualnień… hm, jakby to było kiedykolwiek możliwe. Nawet wersja 1.0 miała tyle stron, niuansów, że wystarczyłoby mi materiału badawczego na całe życie. Alec zawsze był kimś więcej niż wesołkiem, aroganckim i bezczelnym i och-tak-pewnym-siebie mężczyzną i nie bał mi się tego pokazać od pierwszych chwil naszej wspólnej historii.

Kiedy tak sięgam pamięcią do tego, co przeżyliśmy, wciąż mnie zdumiewa, jakim cudem nie dostrzegałam tylu spraw. Może dlatego, że nie tyle byłam ignoratką, co dzieckiem. Alec nadał mi właściwe imię. Maleństwo. Naprawdę potrzebowałam dorosnąć, wciąż nie czuję się jakoś strasznie dojrzała czy stara, zwłaszcza kiedy właśnie Alec sunie ustami po mojej szyi przez sen… to jedno wciąż mu zostało… no więc wcale się nie czuję strasznie dorosła, prędzej jak bardzo nabuzowany nastolatek… Nawet jeśli słyszę czyjeś kroki w apartamencie.

A mawiają, że najciemniej bywa pod latarnią. Cody mnie nauczył tej podstawowej prawdy i to on zasugerował, byśmy zniknęli właśnie tutaj… a Alec wywiezie mnie potem z Roswell i udamy się gdziekolwiek tam mają swoją bazę moi szajbnięci przyjaciele.

Miło mieć znowu przyjaciół.

Tylko dlaczego z lekka mnie zdumiewa, że identyfikator wskazuje wyraźnie na Cody’ego? Teraźniejszego, oczywiście. Cody 2.0 zna moje pomysły i zdecydowanie wie, że nie należy się do mnie zbliżać, kiedy jedyne co mam w głowie, to Alec…

Ciekawe, czy zdarza się jakiś moment, kiedy go nie masz…

Agrrrr! Sio, paskudo!Nie masz co robić, Cody?

Powiedz to raczej pewnemu brunetowi, który właśnie wchodzi po schodach i najprawdopodobniej za 0.2 sekundy zbudzi to Aleca.

Rzeczywiście, jego rytm oddechu zmienia się momentalnie, a ciało się napina. Duża część mnie jest więcej niż zadowolona, że nie muszę stawać sama przed nim… właściwie to Alec chyba planuje sam to załatwić, tak przynajmniej wnioskuję po jego bardzo szybkim opuszczeniu łóżka i narzuceniu kilku sztuk odzieży.

Czy on zawsze był taki szybki? mrugam w zdumieniu.

Ale problem chyba rozwiązuje się sam z siebie, bo teraźniejszy Cody zawraca i mój słuch rejestruje, że siada na kuchennym stołku. Patrzę się niepewnie na Aleca.

„Chyba czas wyjechać.” mruczy z żalem do mojego ucha. Niestety. Ja również muszę wstać, chociaż moje ciało jest raczej obolałe i zmęczone, mimo tych kilku godzin słodkiego, gębokiego snu. Chryste, jak dawno nie spałam tak spokojnie i pokojowo? Całe lata. I nic dziwnego, że kiedy przeprowadziłam się do TC w tamtej przyszłości… nie, ‚kiedyś’ lub ‚dawniej’… tak brzmi znacznie lepiej… kiedy byłam w końcu ze swoją rasą i zasypiałam z nosem w bluzie Biggsa, miałam problemy z poranną pobudką. Oj, i coś czuję, że mi to wróci. Ziewam.

Alec pomaga mi się ubrać… no dobrze, pomaga w sensie wybitnie umownym, ponieważ jego pomoc ogranicza się raczej do uśmierzenia zmęczenia i zapomnienia o rzeczywistości, ale w końcu jakimś cudem oboje ubrani i gotowi do drogi opuszczamy sypialnię.

Przysięgam, jeśli X5 może dostać zawału, to Cody w tej chwili jest diabelnie bliski tego stanu. Dopiero po kilku minutach jest w stanie jako tako wydobyć z siebie głos, ale mimo to drży on i jest niepewny. Jego oczy, utkwione prosto w Alecu, przypominają mi obce spodki.

No właśnie. Ciekawe jak tam Nasedo i spółka?

„Hej, Liz.” Cody zwraca w końcu moje pozdrowienie i przygląda się w zdumieniu, jak ja i Alec robimy sobie śniadanie. Naprawdę, to jest miłe, ale jeszcze milsze byłoby gdyby Cody wyniósł się w cholerę i nie wlepiał w nas patrzałek. Ale podejrzewam, że o tym fakcie to mogę jedynie pomarzyć. Hahaha. Mam nadzieję, że gdziekolwiek się udamy, ludzie i nie-ludzie przyjmą nas inaczej.

Marne szanse, uświadamiam sobie natychmiast. Ciekawe, kogo Cody v 2.0 miał na myśli mówiąc ‚wszystkich’? Pewnie niedługo się dowiem. Ale najpierw Alec wciska mi z uśmieszkiem ogromny kubek kawy. Wypijam posłusznie, nawet nie ważąc się zamknąć na ułamek sekundy oczu. Nawet nie mrugam.

Mądra dziewczynka.

Gdyby w myślach można było wznieść oczy do sufitu… no dobra, można.

Jak wiele z tamtej konwersacji podsłuchałeś?

Śmiech. Ten sam wewnętrzny głos…

A niech to.

No dobrze, raczej fakt, że postanowiłaś pójść do teraźniejszego mnie nie wywołałby furii w Biggsie. Chociaż… kto to wie? Nie byłem najmilszym osobnikiem w pierwszym roku po przybyciu podczas twojej gorączki hormonów.

Drżę mimowolnie. Kiedy sobie przypomnę, co przetaczało się przez moje żyły w Piwnicy, jak łatwo było ulec pokusie… ale z drugiej strony dlaczego nie było wówczas niczego od strony więzi?

Chyba że… No nie. Chyba, że to, co czułam w Piwnicy, było odbiciem Aleca. A zresztą, kiedyś wydobędę to z ciebie, diabełku.

Jesteś strasznie pewna siebie, jak na tak maleńką osóbkę.

Mam duże… wsparcie. szczerzę mój idealny zgryz, przynajmniej według pary nawiedzonych ortodontów. Alec krztusi się swoją kawą. Klepię go życzliwie po plecach… ruja powoli mija, gorączka hormonów nie jest tak uciążliwa, a jednak jest coś innego w jej miejsce. Gwałtowna, spalająca potrzeba nie tylko fizycznego związku, ale przede wszystkim emocjonalnego.

Dlatego nazywają to ‚okres godowy’… Alec przyciąga mnie i składa mały pocałunek na czubku głowy.

Czy kiedy zniknie ta gorączka i emocje, więź ustanie do następnego razu?

„Kto to wie…” 494 duma pod nosem. Ty jesteś oryginałem, dawcą, dzięki tobie przeżyliśmy wejście do granilithu. Może to krew, może fakt, że przez ostatnie trzy lata twoje emocje nigdy tak nie hasały sobie na wolności… ale zdolności Biggs urosły wprost fenomenalnie, twoje prawdopodobnie także.

„Nawet nie masz pojęcia.”

Wiać gdzie pieprz rośnie…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *