Toy Soldiers (42)

42.

„Mogę cię o coś zapytać?” Alec miękko bawi się moimi włosami. Leżymy wciąż w łóżku. Organizm Aleca musi się zregenerować. Chociaż uzdrowienie przez Maxa przebiegło sprawnie i szybko, to jednak lekarz na wszelki wypadek zalecił odpoczynek. Gruntowny wypoczynek, żadnego wysiłku – zaznaczył wyraźnie.

„Zapytać zawsze możesz…” uśmiecham się niewinnie „Ale nie wiem, czy będę mogła ci odpowiedzieć.”

„Ty… i ja… teraz, w tym czasie… masz ruję, a wczoraj spotkałaś mnie…”

„Do niczego nie doszło.” wzdycham ciężko „Wyszłam z klubu.”

Alec przewraca mnie gwałtownie na plecy i jednym ruchem przypina do materaca. Zielone oczy, szerokie z niedowierzania i czegoś, co nie potrafię nazwać, lustrują uważnie moją twarz. Jego wzrok sprawia, że czuję się odsłonięta tak bardzo.

„Ty nie żartujesz…” mruczy w końcu po chwili, a wszelkie niedowierzanie ustępuje tej innej emocji. Teraz mogę ją nazwać. Właściwie to je. Nutka zadowolenia. Zaborczość.

„Przepraszam.” schyla głowę i całuje miękko kąciki moich ust. To lekko łaskocze! Nie mogę się nie uśmiechnąć. „Za moją reakcję. Ciężko uwierzyć.”

„Z powodu mojego wczorajszego zachowania?”

„Nie powiem…” mruży swe zielone oczęta ze zdecydowanym pragnieniem… informacji „Że jestem ciekaw, jak daleko i dokładnie się posunęliście. Trudno mi sobie wyobrazić mnie samego opanowanego, kiedy ty działasz tak na mnie… i ty… wiedziałaś jak doprowadzić mnie na skraj szaleństwa.”

„Cóż na to poradzę. To jest… jak dar. Nie mogę tego kontrolować.” uśmiecham się niewinnie, tocząc z nim mały bój na spojrzenia „Więc? Z powodu wczorajszego wieczoru?”

„Niee…” odwraca się z powrotem na plecy, kładąc mnie w kołysce swoich ramion. Wtulam głowę pod jego podbródek. On pachnie tak dobrze… wciągam głęboko do płuc zapach. Krew natychmiast zaczyna krążyć żywiej. „Idiota ze mnie. Przepraszam. Powinienem się zorientować. Trzy lata… i twoje wysiłki, by nas ratować. Ale za każdym razem, kiedy robiłaś coś, co Maleństwo nigdy by nie zrobiło… nie wiem, po prostu ogarniał mnie strach. Nie tylko ty byłaś niepewna.”

Drętwieję. Och, Alec. Gdybyś tylko wiedział… Łzy cisną mi się do oczu. Niecierpliwie narzucam sobie opanowanie. Przeklęte hormony. Przeklęta huśtawka nastrojów.

Ale tak czy siak mój głos drży.

„To nie tak… ja… nie chciałam. Ty w naszym czasie i Ale w tym obecnym czasie to dwie różne osoby. Macie tę samą fizjonomię, ale psychicznie… jesteście dwoma różnymi, irytującymi Wackami.”

„Każdy X5 ma silną pamięć ruchową… a przy godach to pierwsze, co się uaktywnia. Nie masz o co się obwiniać, Liz. Widziałem to zbyt wiele razy, mechanizm jest prosty ale zabójczo skuteczny. Poza tym…” mruczy mi do ucha „To niesamowite wiedzieć, że tak na ciebie działam.”

„On się nie dowiedział, dlaczego tak silnie go to uderzyło.”

„Tchórz.” Alec śmieje się. Oddycham z ulgą. „Bóg istnieje i kocha mnie!”

Przysięgam, jego myślenie jest bardziej zakręcone niż moje. Co ma do tego Bóg? Ale jego oczy kpią z rozrywką i on wyrzuci zaraz z siebie coś, za co gotowa jestem go ukatrupić. Trzy… dwa… jeden… zero.

„Hm, więc powinienem dziękować mojej szczęśliwej gwieździe, że dziewczyna która powaliła mnie na kolana, była posłusznym żołnierzykiem Manticore?”

„Posłuchaj no… ty… ty… Wacek!” wszelkie rozbawienie ucieka ze mnie niczym hel z przekłutego balonu, wściekłość we mnie aż wrze. Zrywam się z łóżka i nawet błyskawiczny chwyt 494 mnie nie powstrzymuje. Chyba jednak przez te trzy lata osiągnęłam jakiś poziom. Ale nie mogę zapanować nad głosem. Wiem, że brzmi w nim zmęczenie i rezygnacja, ale nic na to nie poradzę. To jest naprawdę zbyt dużo jak dla mnie na jeden wieczór. „Wyznacz jakiegoś X5 do ochrony mnie. Może być Cody. A teraz bądź łaskawy skorzystać z drzwi, muszę się spakować.”

Odwracam się i wychodzę z sypialni, zanim wstrząśnięty Alec zdąży otworzyć usta. Przeskakuję barierkę, lądując zgrabnie na parterze. Zwijam się w kłębek na fotelu i chowam twarz w ramiona. Nie płaczę. Naprawdę. Nie zamierzam. Ale i tak się trzęsę.

„Liz…” słyszę ostrożne kroki Aleca i zaraz potem jego ciepłe usta muskają mój kod kreskowy „Przepraszam, nie zamierzałem…”

„Wiesz co? Nie potrzebuję twoich przeprosin. Potrzebuję twojej nieobecności. Obywałam się trzy lata…”

„Nie mówisz poważnie!”

„Jak najbardziej. Powinnam była wsiąść na ten pieprzony statek. Już bym była daleko, moją pamięć ruchową zajmowałoby zwalczanie izotopu, a on mógłby wciąż przeskakiwać z kwiatka na kwiatek, nie wiedząc nic o innej przyszłości albo tobie. I wszyscy byliby szczęśliwi.”

„Liz, nie mówisz poważnie.” Alec klęka przede mną, ujmując w dłonie moją twarz „To ruja sprawia, że mówisz rzeczy, których normalnie byś nawet nie pomyślała.”

„Och jasne! Nie wszystko sprowadza się do hormonów!” warczę, chociaż łzy spływają po moich policzkach „Może reaguję nadmiernie, ale to wciąż ja i moje uczucia.”

„Więc o co chodzi? Nie raz i nie dwa zostałaś tak nazwana i pewnie do końca życia będzie się za nami wlokło to określenie.”

„O co chodzi?” pytam się z niedowierzaniem „Trzy lata temu mój mózg był krwawą miazgą, z twojego powodu. Ponad połowa szarej masy pod moją czaszką jest nowa. Innymi słowy, całe to gówno z Psy Ops wyparowało jak za dotknięciem magicznej różdżki. Dokładnie coś, do czego dążyłeś. Lekarze byli nawet w stanie przywrócić mi zupełnie wzrok prostym zabiegiem chirurgicznym, coś, czego Manticore z całą swoją technologią nie potrafiło zrobić przez 11 lat. Kiedy się obudziłam, Manticore już nie istniało i nagle świat stał dla mnie otworem… Znowu coś, czego ty i Biggs chcieliście dla mnie. Ale mimo to zostałam w Roswell i robiłam co do mnie należało, bo to był mój obowiązek. Nie dlatego, że mi kazano, że to był mój rozkaz. Urodziłam się do tej misji, rozmrożono mnie do niej. Więc przestań mi tu truć.”

Cofam się od jego dłoni i zwijam się ponownie w kłębek. Alec wzdycha, siadając obok i obejmując mnie ramieniem. W końcu opieram o niego głowę.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *