Toy Soldiers (41)

41.

Biggs gapi się na mnie przez długą minutę. Max korzysta ze sposobności i z lekka charcząc, przemyka się do łóżka. Niestety popełniam błąd i spoglądam za nim.

Jest taki blady. I te wszystkie rurki, czujniki. To przeze mnie.

„Nic dziwnego, że pokonałaś Nasedo.”

W głosie Biggsa brzmi… strach?

Zwracam moje spojrzenie na niego, ale szybko je odwracam i wbijam w podłogę. Pokój wypełnia jasne światło, energia dźwięczy w mojej głowie, izotop wariuje we krwi. Sama zaczynam z lekka lśnić. Temperatura podnosi się niebezpiecznie.

594?

Niemal czuję na języku jego niepokój. Jest tak namacalny jak moje własne uczucia. Może nawet w jakimś sensie bardziej rzeczywisty, bardziej dociera do mnie, ponieważ pochodzi od niego i jest dość wyizolowany i nie muszę zaglądać do tego wrzącego kotła, aka moje stuknięte serca pragnące niemożliwego. Ale niemożliwe już się wydarzyło i to jest dokładnie coś, czego tak się obawiałam w głębi duszy.

A co to cię do cholery obchodzi? odwracam się gniewnie Nie przejmowaliście się przez trzy lata…

Łapię jego, jak rozciera bolący nadgarstek. No jasne. Właśnie poznał moją siłę i co wyrosło z genialnego DNA. Biggs, wiecznie doskonały taktyk i strateg. Wiecznie planujący i obliczający szanse na dobrego sojusznika. Skąd to wiem? Jestem taka sama. Jestem jego bliźniaczką… niestety. Wbito to w nasze DNA.

…ani ty, mój ukochany braciszku, ani Alec. Ale domyślam się, że on czy ty nie musicie przejmować się kimś takim jak ja… po co wam jakiś stuknięty dzieciak z lekka psychiczny, wykazujący niesamowite uzdolnienia w mordowaniu innych… prawda?

Ból jest ostry, kłujący. W osłupieniu i niedowierzaniu patrzę się na Biggsa, na jego wciąż uniesioną pięść, która pędzi znów z zawrotną szybkością w stronę mojej twarzy. Smak własnej krwi w ustach jest niemal pocieszający. Nie bronię się. Po co? Przecież nie zrani mnie mocniej.

W sekundzie jestem przypięta do ściany, dokładnie na wysokość jego wypełnionych wściekłością i furią oczu. Brązowych, tak jak moje. Tylko jakieś cienie zmarszczek psują ten idealny obraz. Teraz jest starszy o ile…? Osiem, nie pięć lat?

Zaskakujące, jakie głupie myśli przychodzą do głowy komuś, kto stoi twarzą w twarz ze śmiercią. Bo spojrzenie Biggsa wyraża czystą rządzę mordu. Nie muszę mieć jakiegokolwiek doświadczenia lub znajomości jego, by to wiedzieć.

I najbardziej zaskakujące jest to, że przestaje mi to wisieć. Gorzej, zaczynam się przejmować.

To ty jesteś ekspertem w tym… powiedz mi, po co miałabyś się przejmować tworzeniem zaufania między tobą a Aleciem, kiedy zawsze możesz cofnąć się w czasie i trzasnąć w bieg wydarzeń?

Mija pełna sekunda, nim jego słowa docierają do mojego mózgu.

O czym ty do cholery mówisz?!?

O granilicie. O Maxie z przyszłości. warczy, kiwając głową w stronę wciąż zajętego obcego króla Nawiasem mówiąc, też dupek do potęgi.

Jego spojrzenie jednak nie zostawia moich oczu, więząc moje w swoich sidłach, w swojej woli. Po raz pierwszy w życiu czuję, dlaczego to on jest dowódcą z nas dwojga. Włoski podnoszą mi się na karku, poważnie. Adrenalina ustępuje gwałtownie z mojego organizmu. I tylko dlatego, że on tak chce, uświadamiam sobie w zdumieniu i szacunku. Jak do cholery on to robi? Też tak chcę.

„Więc?”

Moje myśli zbłądziły nieznacznie, zrywając otwarte połączenie. Ale nie na długo.

Więź ma jednak słabości, myślę przerażona. Miał rację z rują. Kiedy tracę opanowanie lub emocje są ciężkie do skontrolowania, wieź jest silna, bo jesteśmy zintegrowani. Ale mnie uciszył. Uciszył mnie.

Dlaczego?

Więc co? pytam o wiele spokojniej, na ‚dawnym’ poziomie naszej konwersacji. To jest dziwne, znów znaleźć kawałek jego w sobie. I to nawet nie jest tak, że czuję go tak samo jak Biggsa teraźniejszego. O nie. Jest dokładnie tak, jak w tamtej przyszłości, zanim umarłam. Nie ma znaczenia czy on jest z innej wersji rzeczywistości, z której ja mam tylko wspomnienia. Mój odwieczny dylemat – błogosławić czy przeklinać moją molekularną pamięć ruchową? – nabrał zdecydowanie innego znaczenia.

Dlaczego nigdy nam nie powiedziałaś? O tym ośle z przyszłości, o podróżach w czasie, możliwości przekonfigurowania granilithu i całej tej reszcie?

A. tylko tyle jestem w stanie wymyslić. Mój umysł gwałtownie czyści się z myśli i informacji.

Jeszcze bylibyśmy w stanie zrozumieć, gdybyś nie powiedziała Guerinowi. Dlaczego do cholery? Czy masz pojęcie, co się stało z Aleciem, kiedy się dowiedział od obcej osoby dlaczego byłaś tak niepewna jego? Kogoś, kogo wybrały i przywiązały nawet cholerne instynkty X5? Wiesz, ile czasu spędziliśmy wpajając mu, że nie był dla ciebie zabawką, odskocznią od kogoś, kogo nie mogłaś mieć ponieważ skończyłoby się to przegraną wojną z Khivarem? Ale nie, nawet kiedy umierałaś, on był tak zdesperowany, by prosić Evansa o pomoc… o wyleczenie ciebie. Był gotów go zmusić, przekupić… wszystko, czego wymagałaby sytuacja. I najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Guerin sam do nas przyszedł… Trzeciego dnia twojej śpiączki. Przetrząsnęliśmy całą planetę w poszukiwaniu głupiego klucza, który Nasedo gdzieś schował. Zaufani, ludzie… nic się nie liczyło. I kiedy w końcu się udało, wysłać w przeszłość trzy zespoły, kiedy obudziłaś się w październiku… zrobiłaś coś jeszcze gorszego. Obwiniał się. Wszyscy się obwinialiśmy. Za każdym razem, kiedy robiłaś coś, czego Maleństwo by nie zrobiło. Byliśmy przekonani, że leczenie obudziło w tobie jakieś głęboko ukryte programowanie w Psy Ops… Spędziłaś tam więcej niż jakikolwiek inny X5 przed ucieczką. I kiedy zaczęłaś zabijać Antarian…

Coś w moim wzroku chyba zaalarmowało go, ponieważ nagle umilknął. Przełykam ciężko. Mimo wszystko, mimo wszystkiego, co mówi, rana jednak zostaje, głęboka, rozjątrzona przez poprzednie trzy lata. I w końcu decyduję się to powiedzieć… własnymi ustami. Nie głośno, mój szept jest ledwie słyszalny dla niego.

„Zrobiliście dokładnie to, czego się bałam. Zrobiliście tę samą cholerną rzecz, co Max z 2014 roku.”

Łapię wpatrzone we mnie zielone oczy. On słyszy, uświadamiam sobie. Jakoś słyszał całą moja rozmowę z bratem.

Na zastanawianie się jakim cudem przyjdzie czas później. Ważne, że żyje. Że jest zdrowy.

I nawet Max się już zmył. Przestraszony Biggsa czy też Alec go pogonił? Kto o to dba? Nie ja.

Biorę głęboki oddech. Jeden, drugi. Łzy dławią mnie w gardle. Biggs ostrożnie odgarnia włosy z mojej twarzy, już lekko zwilżone moją krwią.

„A najśmieszniejsze w tej historii jest to, że byłam gotowa przejść to wszystko dziesięć razy… ponownie. Byleby chociaż spotkać ciebie…” patrzę przez łzy na Aleca, potem na mojego dawniej z lekka nadopiekuńczego starszego braciszka „… i ciebie. I innych, nawet burkliwego Mole’a i wysłuchiwać komentarzy Cody’ego odnośnie moich kretyńskich przygód w czasie okresu godowego. Czułam przy was. Znów byłam sobą, cokolwiek to miało znaczyć. Wiecie, co to znaczy znów mieć nadzieję, że potrafię czuć, że moje życie leży w moich rękach, że sama potrafię kształtować swoją przyszłość i że zależy ona od moich wyborów? I co z tego, że wszystko wokół się waliło? Nie bałam się przyszłości. Jezu, po raz pierwszy od siedemnastu lat patrzyłam w nią z nadzieją. Dzięki blond-osłowi, który podniósł mnie z zimnego chodnika, by następnego dnia przy pierwszym spotkaniu dotknąć mojego karku i ustawić swoje żądanie wobec mnie, oczywiście skasowane przez mojego z lekka pomylonego braciszka aka męskie wcielenie Isabel Evans!”

Trzy głosy praktycznie jednocześnie odzywają się w mojej głowie.

Jezu, to chyba najdłuższe wyznanie miłosne w wykonaniu X5… jednoczesne wypchnięcie tego głosu z więzi, podczas gdy z innej przychodzi zdumione pytanie Po jaką cholerę trzymaliśmy Aleca z dala od niej podczas rui?

Powietrze z sykiem opuszcza moje płuca. Odwracam się gwałtownie. Cody z uśmieszkiem opiera się o framugę. Musi być zaraźliwe.

„Hej w imieniu wszystkich!”

Siadam w szoku na łóżku. Alec drapie się za głową i patrzy się na mnie niepewnie, inni także. Co znowu strzeli do mojej szajbniętej głowy? Nawet nie jestem w stanie objąć całego tego chaosu w moich myślach. Więc skupiam się na emocjach. Na czuciu. Zwłaszcza, że pewien przystojny ozdrowieniec zawija ramię wokół mnie i wsadza nos w moją szyję. Ciało, bynajmniej nie nauczone przez trzy lata kontroli przy nim, reaguje błyskawicznie. Aaach, psiakrew, ratunku.

Przez kilka minut panuje cisza, aż wreszcie Cody oczyszcza znacząco gardło.

„Kto by kiedykolwiek powiedział, jaki psikus może sprawić historia, kiedy banda szaleńców cofa się w czasie by zmienić najbardziej porąbaną historię miłosną?”

„Uhhh…” ktoś tu ma problem z wyjęciem słów z siebie? No proszę. Nie tylko ona ma władzę nade mna, ale i ja nad nim. Kocham ruję i moje kocie DNA. „Dopisać ciąg dalszy?”

„Miło wiedzieć, że twoje uzdolnienia nie zmieniły sie ani na jotę…” mruczę sennie do ucha Aleca. Kociak we mnie przejmuje kontrolę nade mną, co budzi zdecydowane ‚Grrrrr’ od strony więzi i niemal natychmiastowe zamknięcie od wszystkich. Jak miło z ich strony, nieprawdaż?

Czuję, że ego Aleca zdecydowanie rośnie. I nie tylko ono. Ale mój następny komentarz wprowadza nieco zimnej wody w buzującą między nami gorączkę i śmiech od innych.

„Taaa… Zawsze miałeś gadane.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *