Toy Soldiers (38)

38.

Gniew nie jest doskonałą pożywką dla działań transgenicznych. Bo chociaż daje wysoki ogień i jest niesamowitym dopalaczem, nawet przy naszych genetycznie zaprojektowanych do walki ciałach, potrafi zgasnąć w ułamku sekundy, równie szybko jak się pojawił. Ja to wiem i wie to każdy inny transgeniczny. I każdy, ktokolwiek miał do czynienia z nami w walce. Kiedy dopuszczamy do siebie emocje, pozwalamy by nami kierowały – co nie dzieje się często, jest praktycznie tak rzadkie jak zaćmienie słońca – sprawy zawsze wymykają się spod kontroli. A utrata kontroli to stan, którego boi się każdy transgeniczny, nawet jeśli jest wśród swoich.

Ja też miałam i mam z tym problemy. Nawet w okresie, kiedy teoretycznie nie pamiętałam niczego i nie byłam świadoma tego, co robię. Złościłam się na Maxa, że próbuje przejąć kontrolę nad wszystkimi i wszystkim, a sama w momencie kiedy pojawiła się Tess i straciłam wpływ na Maxa i na innych poprzez niego, grunt pode mną zachwiał się jak nigdy w życiu. Stanęłam wobec nieznanego i bardziej niż cokolwiek innego przerażał mnie fakt, że nie mam wpływu na nowego obcego w moim życiu.

Zabawne, biorąc pod uwagę, że sama mam w sobie obce geny. Nawet więcej niż Królewska Czwórka, która ma w sobie jedynie odtworzone istoty obce plus DNA ludzkich dawców. Wesoło, co nie?

Aha, to jest właśnie nić powiązania między obcymi a Zaufanymi. Zabawne, że w tamtej przyszłości nigdy na to nie wpadłam, kiedy zrozumiałam, że mój układ odpornościowy jest zbudowany jak układ odpornościowy Antarian. I że urodziłam się tylko dlatego, że to Nancy była moją nosicielką. Jedna z Zaufanych. Wniosek?

Ich wirus pochodzi z Antaru. Zaufani to jakimś cudem pewna forma hybryd. Prawdopodobnie ładnych parę tysięcy lat temu jakaś niewielka kometa walnęła w Ziemię. Prawdopodobnie ci, którzy mieli kontakt z nią, zostali zarażeni wirusem, jaki w niej przetrwał. Nie jestem pewna, jakie paskudztwo jest zdolne przetrwać na komecie lub w jej wnętrzu, ale to musi być coś naprawdę zjadliwego. A że tych parę tysięcy lat temu układy odpornościowe ludzi różniły się znacznie od obecnych, ich fizjologia w ogóle różniła się od obecnych ludzi i w efekcie była bardziej podatna na mutacje… Im wyżej rozwinięty gatunek, tym mniej dróg ewolucji przed nim. Możliwość form, w jakie może się rozwinąć, ogranicza się praktycznie z każdym kolejnym pokoleniem. To kawałek wiedzy o genetyce, którą uraczył mnie Nasedo.

I z tego powodu Zaufani to także mój problem i Nasedo również to wie. Będzie wojna, oboje to wiemy. Wojna o przeżycie. Wojna o kontrolę. Wojna o wszystko, praktycznie wszystko.

Tymczasem ja wściekam się na nieznanego wroga lub sojusznika, któremu nie podoba się mój pociąg do Aleca.

Albo ktoś wie, że nie mogę zajść w ciążę, bo skończy się to dla mnie źle, albo ma nierówno pod sufitem albo naprawdę nie wiem co. Mam dosyć domysłów. I chociaż mój gniew jest tymczasowy, o czym dobrze wiem i wiem, że kiedy minie, będę żałować jak diabli, to jednak w moich krokach nie ma ani cienia wątpliwości, kiedy przemierzam pogrążoną w ciemności klatkę schodową. Nie waham się nawet, kiedy czuję w powietrzu nieznaczny zapach izotopu. Nie nawet, kiedy uświadamiam sobie, że ten zapach różni się od tego w centrum. Nie nawet, kiedy uświadamiam sobie, że nici nie należą do tej osoby.

Nie nawet kiedy słyszę bicie serca, och tak znajome… mój gniew płonie, spala wszelkie inne uczucia. Dominuje nawet nad rują, nad pragnieniem przetaczającym się przez ciało.

Pojedyncza łza sunie po moim policzku.

Maleństwo…

Słyszę dwa głosy. Prawdziwe, dwa głosy. Głębokie, znajome tony. Jeden w mojej głowie, drugi poza moją głową, dotykający moich uszu, dźwięczący niczym muzyka. Moje serce gwałtownie przyśpiesza, krew niemal gotuje się w żyłach, przynosząc z każdą mijającą sekundą coraz więcej hormonów i zwiększając i tak już dokuczliwą gorączkę.

Ale ja tylko stoję na schodku i wpatruję się przez ciemność, na jego wysoką sylwetkę, opartą o framugę drzwi prowadzących na piętro, gdzie zapewne śpi teraźniejszy Alec.

Mój sfiksowany umysł całkowicie odmawia posłuszeństwa. O Chryste.

Alec. Mój Alec.

Nie, mówię sobie nagle w myślach. Już nie mój. Mój Alec nie pozwoliłby mi żyć trzy lata z dala od niego. Mój nie zrezygnowałby ze mnie, szczególnie jeśli przemierzyłby czas z jakiegoś powodu. I nie bawiłby się ze mną, głosami w mojej głowie…

Biggs.

Kto jeszcze? Wstrzymuję oddech.

KTO DO CHOLERY?

Wrzeszczę. Ale odpowiada mi tylko cisza.

Więc uderzam. Mocniej, szybciej niżby kiedykolwiek mógł się spodziewać, iżby mógł znać, niżby mógł u mnie widzieć… jestem… byłam obrońcą. Kimś, kto z odpowiednią motywacją mógłby pokonać każdego. By chronić to, co najcenniejsze. Prawda?

I on nie protestuje. Zupełnie. Nie robi najmniejszego gestu, by się obronić. I to boli jeszcze bardziej, świadomość, że on pozwala mi się ranić, że pozwala mi uderzać siebie, nawet jeśli nie mógłby lub mógłby zablokować moje ciosy, że pozwala mi…

A ja… zatrzymuję się dopiero, kiedy słyszę wyraźny, nawet w moich uszach niebezpiecznie brzmiący trzask, a po jego twarzy przemyka grymas bólu.

Jak długo… szlocham w myślach, chociaż znam odpowiedzi na pytania w mojej głowie. Ostatecznie zaprojektowano nas, byśmy byli inteligentni i potrafili myśleć. I nawet dzisiejsze słowa Nasedo potwierdzają to, co moje dłonie czuły uderzając, co moje uszy słyszały, co widzą moje oczy.

Wiesz, zawsze mnie zastanawiało, dlaczego podczas twojej śpiączki otrzymałaś swoją własną krew, czystą, nie skażoną blokerami, pełną dobroczynnych komórek macierzystych, enzymów i co tam jeszcze płynie w waszych żyłach… i to cię oczywiście uratowało.

Moją własną krew. Bez blokerów. Coś, czym nie dysponował nikt w moim czasie. Ale w innej przyszłości… Oddałam hektolitry krwi. Oddawałam cały czas, nawet będąc już z Aleciem i chorując na progerię.

I to też wyjaśnia dlaczego on nie umarł. Dlaczego on przeszedł przez granilith. Ochroniła go moja krew. Ponieważ moje ciało znało jego, znało jego DNA, stykając się ciągle z nim i nie walczyło z nim. Tak samo z Biggsem, w końcu to mój brat bliźniak. Kto jeszcze?

Tylko transgeniczni wytrzymaliby ten ból.

Cody. Z nim stykałam się na co dzień.

Prawdopodobnie Cece. I dziecko… dzieci też kandydaci na podróżników w czasie.

I Alec i Biggs dali mi moją własną krew. Ale też zmienili czas. Zmienili bieg wydarzeń, które doprowadziły do mojej śmierci.

Alec zrezygnował ze mnie.

Zrezygnował.

ZREZYGNOWAŁ.

I teraz w dodatku nie chce, żebym poszła do teraźniejszego Aleca.

On mnie nie chce.

Łzy dławią moje gardło, toczą się po policzkach, ale moja twarz pozostaje obojętną maską.

Cofam się, nie patrząc na niego. Zrezygnowana odwracam się i powoli schodzę po schodkach, czując jakbym schodziła w otchłań… albo spadała coraz szybciej i szybciej, nie widząc i nie spodziewając się nawet jak głęboka jest… ale mi to wisi.

Moje gratulacje, 593. Wygrałeś. Ty i cały ten twój zespół… ktokolwiek przeszedł z tobą przez czas. Wygraliście. I wiesz co? W cholerę nie chcę was już nigdy zobaczyć. Ani poczuć.

Łzy płyną swobodnie. Nie, nie jestem słaba. Jestem tylko żołnierzykiem, zepsutą zabawką, którą odstawia się do kąta, kiedy nie jest już potrzebna.

Nawet Alec. Nawet dla niego.

Rozmazuję na zewnątrz budynku. Pędzę przed siebie na równi z adrenaliną i hormonami wściekającymi się w moim ciele, aż nagle uderzam w coś, co jak żywo przypomina worek kartofli i to hamuje moją oszalałą ucieczkę.

„Naasedddo.” szlocham nieskładnie przez kilka sekund, nim przesławna dyscyplina rodem z Manticore nie przejmuje kontroli nade mną. Opanowanie, 594.

Ocieram gwałtownie łzy z policzków i spoglądam na kogoś, kto wygląda teraz jak Ed Harding… za wyjątkiem oczu. Są czarne, głębokie, przepastne. Możnaby nawet w nich utonąć.

Już nigdy więcej. W żadnym czasie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *