Toy Soldiers (36)

36.

I„m supposed to be the soldier who never blows his composure

Even though I hold the weight of the whole world on my shoulders

I am never supposed to show it, my crew ain„t supposed to know it

Even if it means goin„ toe to toe with a Benzino it don„t matter

I„d never drag them in battles that I can handle unless I absolutely have to

I„m supposed to set an example

~ * ~

Oczekując niemożliwego, tak sobie myślę, siedząc na moim motorze przed centrum handlowym. Moje stopy są oparte o asfalt, hełm w dłoniach, silnik mruczy cicho, obiecując zabrać mnie daleko stąd, daleko od tego kogoś, kto tam na mnie czeka i spodziewa się, że wejdę prosto w paszczę lwa. Ostatecznie X5 są tak dobre, że mogą pozwolić sobie na taki wybryk, nie czują strachu, są idealnymi żołnierzami, którzy nawet w pojedynkę poradzą sobie z każdym przeciwnikiem.

Problem jednak w tym, że ja nie jestem już X5, obojętnie jakbym sobie to wmawiała. Stałam się obrońcą. Ech, co to za różnica? Żadna. Żołnierz. Solista, jeśli chodzi o ścisłość. I tym bardziej nie powinnam się obawiać nieznanego, szczególnie ze zwariowanymi hormonami w moim ciele, sprawiającymi, że jestem agresywniejsza i naprawdę jestem w stanie dokopać komuś, kogo normalnie nawet nie rozważyłabym za przeciwnika.

Ileż czasu minęło, od kiedy stałam naprzeciwko kogoś, kogo się obawiałam? Ze dwa lata, od czasu starcia z Nasedo… i w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin wielokrotnie. Ale to nie ten rodzaj strachu, jaki czujesz wobec wroga. To strach o kogoś, o czyjąś reakcję. I to jest bardziej zabójcze niż jakikolwiek inny rodzaj strachu. Ponieważ w Manticore nie mogliśmy się troszczyć o kogoś innego ani okazywać troski, nawet ja wobec Biggsa. Manticore nie tolerowało tego, ani tym bardziej nie nauczyło nas sobie z tym radzić. W tamtej przyszłości Alec nauczył mnie, że cokolwiek bym nie zrobiła, stanie po mojej stronie, podobnie jak mój super-nadopiekuńczy braciszek… mimowolnie uśmiecham się. Ja chyba jednak też go nauczyłam tego samego. Poważnie… w końcu to ja się skradałam w mieszkaniu po odkryciu, co naopowiadał Alecowi, a nie on. Chociaż to, co zrobił nie było w ogóle fair, ale za to w pewien sposób odciągnęło 494 na jakiś czas ode mnie i sprawiło, że sprawy wyprostowały się we właściwym czasie, kiedy oboje znaliśmy siebie już co nieco. Tak. Było wesoło. Cokolwiek Biggs by nie zrobił, stałam za nim, nawet wierząc, że Cece go zradza.

Ale jakkolwiek wsparcie Biggsa i Aleca było po prostu fantastyczne, to jednak ich tutaj nie ma, by stanąć po mojej stronie i stawić czoło Surinah po wszystkim. Nie będzie zadowolona. I chociaż wiem, że jest tylko moją byłą szefową i nosicielką, to jednak wciąż jak małe dziecko pragnę jej aprobaty… albo jak podwładny pragnie uznania dowódcy. Podejrzewam, że Manticore zapisało to głęboko we mnie i to samo mówi moja natura i dlatego nie jest to łatwe dla mnie. Ani trochę. Potrzeba aprobaty od tych, których uważam za swoich już mnie prześladowała w ciągu ostatniej doby. Wystarczy, że przypomnę sobie te skręty żołądka w Piwnicy albo później w hotelu… Ech. Ciężkie jest życie transgenika. Nie zostaliśmy zaprojektowani do samodzielności. A mawiają, że to ludzie są istotami społecznymi.

Decydując, że koniec już z użalaniem się nad sobą, zostawiam motor na parkingu i ignorując moją niechęć do tłumu i nacierających na mnie ludzi, kieruję się przez zatłoczone główne wejście do holu. Dziwny zapach natychmiast uderza moje nozdrza.

Co to do diabła?

Pachnie bardzo, ale to bardzo jak izotop. Czysty izotop, zmieszany z czymś, co żywo przypomina mój własny zapach. Nagle krzywię się.

Jasne, 594. A nuż użyłaś własnych algorytmów, by przeprogramować kierunek strumienia energii granilithu i zamiast zakrzywić przestrzeń, zakrzywiłaś czas i sama się tutaj przeniosłaś, by naprawić jakiś bzdurny kawałek w historii świata.

Bo z całą pewnością nie ja to zrobiłam. Nieprawdaż? Nie byłabym na tyle głupia, by wchodzić w drogę samej sobie. Nie wiadomo, co mogłoby spowodować takie spotkanie. Więc znając mój własny przewrotny charakterek, upewniłabym się zupełnie, że nie wejdę sobie sama w drogę, nie skomplikuję jakiegoś szurniętego planu, ani planu awaryjnego czy też planu awaryjnego planu awaryjnego czy czegokolwiek co bym tam myślała i planowała, przez co wszystko pójdzie całkowicie nie tak. Bo zwariowany telefon niby-od-Nancy zdecydowanie nie wygląda mi na coś, co by mnie trzymało z daleka. Prawda?

Raczej działa jak magnes na opiłki. Nie oparłabym się przyjściu tutaj, nawet zawróciłabym statek z atmosfery (nawiasem mówiąc, czy będąc w atmosferze i przez ten cały izotop sygnał z nadajników dotarłby do mojej komórki? Ciekawe pytanie…) i pognałabym jak najszybciej tutaj.

Więc nie. To nie moja sprawka. To pułapka. Albo jakiś poskręcany chory pomysł. Bo do diabła kto znałby mnie na tyle dobrze, że wciąż po tylu latach, nie zważając na nic innego pognałabym Nancy na pomoc, wiedząc, że Biggs i Alec – ci teraźniejsi – mają ją już na oku?

Mój żołądek skręca się mocno w supeł. Albo mnie ktoś rozpracował od a do z albo Surinah postanowiła urządzić sobie dziwną zabawę na pożegnanie albo naprawdę ma takie kłopoty, że zdesperowana nie miała zwrócić się do nikogo prócz mnie?

Jakoś żadna z tych opcji nie wydaje mi się pociągająca. Jakżeby mogła? Nie wspominając, że tak naprawdę liczą się tylko dwie. Surinah nie zaryzykowałaby misji dla głupiego żartu. Nie jej styl. Za dużo poświęciła. Włącznie z własnymi problemami małżeńskimi. W końcu cała ta sytuacja nie wpłynęła na Jeffa i jego stosunek do niej najlepiej. Ale są razem i się kochają. Nie pytajcie, jakim cudem. Jeśli kiedykolwiek wejdę w jakiś związek, udam się na korepetycje do Nancy.

Idę za zapachem. Co jak co… kosmici? Niee. Ale izotop. To ciekawa pułapka i mimo niepokoju nie mogę powstrzymać delikatnego dreszczu podniecenia i wyczekiwania. Ciekawe, co by powiedział mój Alec na to? Z błyskiem w oku i uśmieszkiem poszedłby jak ćma do światła? Taak. I mając za sobą co najmniej paru X5 jako wsparcie. A potem nawet jeśli byłoby nudno jak na niedzielnym kazaniu zrelacjonowałby mi całą historię tak, że płakałabym ze śmiechu…

Dosyć, kobieto! Upominam sama siebie w duchu. To do niczego nie doprowadzi. Oni nie istnieją, tamten czas nie istnieje, ty za to stoisz pośrodku tłumu przeciwko nieznanemu wrogowi w nieznanej sytuacji i rozmyślasz o tym, co by było gdyby zamiast skupić się na otoczeniu i dowiedzeniu się w końcu, o co biega.

Blablabla. Będę miała czas do śmierci, dowiedzieć się o co biega w moim życiu. Tu, na Ziemi. Prostując rzeczy albo komplikując je jeszcze bardziej. A skoro nie lecę, to równie dobrze mogę znów stać się córeczką tatusia.

Niemal śmieję się na głos. Jakby powrót do tamtej naiwnej dziewczyny zadurzonej na amen w Maxie Evansie, swojej ‚pokrewnej duszy’ byłby możliwy, a co dopiero żebym tego chciała.

Zadurzonej? Słyszę we własnej głowie oburzony, wściekły krzyk. Potykam się. X5 potyka się. Co to do diabła jest? Kiepski dramat?

„Co do diabła?” szemram w całkowitym osłupieniu. Ale nie mam już nawet milisekundy na szok, rozmyślania i tym podobne bzdury, które dotyczą zwykle ludzi. Bowiem dostrzegam nagle Surinah, prowadzoną niby pod rękę przez Marię. Jej całkowicie bezwiekowa twarz ma tę samą pogodną pozbawioną emocji maskę, jaką ja przywykłam nosić przez ostatnie trzy lata. Pobyt w Manticore uczy tego, nie ważne jak długo i czym się tam parałaś, zostawia to ślad w tobie… i widzisz to bez trudu w innych. To niemal jak znak rozpoznawczy.

Uśmiecham się przewrotnie. Jakby Surinah pozwoliła się zbliżyć do siebie Marii, wrednej blondynce z Zaufanych… haha, śmiechu warte. Więc pozostaje jedyna możliwość, która sprawia, że opcja numer trzy z mojej prywatnej listy staje się bardzo, ale bardzo realna.

Tak więc na dzień dobry po powrocie z prawie-opuszczenia-rodzimej-planety wita mnie małe starcie z członkami kultu. Jak miluśko. Jak domowo. Jak znajomo. Grrr. Mam wrażenie, że historie z granilithem i kosmitami śmieją mi się w twarz. Ja tu martwię się o los Antaru, a ludziom i Ziemi zagraża coś bardziej realnego.

No dobra, pomijając całkowicie wątki związku Zaufani-kosmici. Bo te też istnieją. I wcale nie wywołują uśmiechu na mojej twarzy. Grrrrrrrrrrrr.

Hm, zdecydowanie następnym razem prześpię ruję. Moje myśli zaczynają fiksować na równi z ciałem. Dlaczego do diabła nie mogę rzucić się na jakiegoś faceta, ale nie, moja biologia gwarantuje mi, że mogę tylko rzucić się na 494…

Ale nie chciałaś. Nie na tego.

Przysięgam, dostaję paranoi. W mojej głowie gada jakiś głos. Powinnam iść do psychiatry? Hm, Surinah jest po psychologii czy nie? Dobre pytanie. Nie pamiętam. Jakoś nie mogę zwierzyć się z własnych problemów normalnemu, niewtajemniczonego psychiatrze. Dopiero uznałby mnie za wariatkę. Podróże w czasie?

No dobra, kosmici istnieją. Więc dlaczego podróże w czasie nie miałyby być możliwe? Szczególnie, jeśli Antarianie dysponują odpowiednią technologią.

Hm, z lekka mi odbija. Freud powiedziałby, że to z powodu niezaspokojenia cielesnych potrzeb. No dobra. Ująłby to inaczej, ale co mi tam… Wiem, co mi dolega, ale wcale nie mam na to lekarstwa… Chyba, że pójdę po rozum do głowy i używając całej mojej wiedzy o 494, jak i dopasowania mojego systemu hormonalnego do niego, sprawię, że także ten Alec będzie mój. A o skutki zamieszania, jakie wywołam, będę martwić się później.

Wzdycham nieznacznie. Ruja to zawsze dla mnie najgorszy moment w życiu i zawsze robię coś naprawdę głupiego. Cody mógłby poświadczyć…

DOSYĆ! Wrzeszczę we własnej głowie. Skupienie, 594. Zadanie. Wyciągnąć Surinah, dokopać Zaufanym i nie dać się złapać wojskowym debilom, którzy myślą, że mogą kontrolować K-Pax. Wcale nie licho problem, a ja tu pozwalam dryfować moim myślom w kretyńskich kierunkach.

No dobrze, Maria. Zobaczmy, jakie masz wsparcie.

Uśmiecham się przewrotnie i mieszam się w tłum. Zapach izotopu wciąż unosi się w powietrzu, ale nie skupiam się na nim. Ktokolwiek lub cokolwiek tutaj jest, nie ważne z jakiego czasu i czy w ogóle ma to coś wspólnego z granilithem, najwyraźniej nie planuje mi przeszkodzić, ostrzec lub coś podobnego. Więc skoro pozwala mi zająć się tym, co mam zrobić, to czemu nie skorzystać z sytuacji?

Mądra dziewczynka.

Przysięgam, ten głos w mojej głowie zaczyna mnie WKURZAĆ!!!!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *