Toy Soldiers (35)

35.

Czasami człowiek pragnie rzeczy, które nie są dla niego dobre. Dla przykładu narkotyki, leki, nadmiar alkoholu. Zaczyna, potem chce więcej, nawet jeśli to jest dla niego bolesne i niełatwe, szuka tego. Często z myślą, że to nie zaprowadzi go do niczego dobrego. Trucizny. Leki. Narkotyki. Obsesje. Nie ważne jak to się nazywa. Ważny jest skutek, efekt, jaki wywołują w życiu człowieka… Niszczą go, ciągną na dno, a człowiek przyciągnięty jak ćma do ognia, z początku tylko osmala swoje skrzydełka, by w końcu spłonąć i zamienić się w kupkę popiołu. Poetyckie porównanie? Skądże. Gdzieś to przeczytałam, ale nie chcę nawet myśleć, gdzie. Po co? Mój umysł tkwi dokładnie na obiekcie przede mną. Na owalnym spodku unoszącym się jakieś sto metrów nad powierzchnią pogrążonej w nocnym mroku szosy. Nawet z tej odległości, jaka dzieli mnie od obiektu, potrafię dostrzec znajome szczegóły.

Nie mamy wiele czasu… wiem, że ktokolwiek ustawił spotkanie z Surinah zapewne już się niecierpliwi. Nasedo niecierpliwi się także. Ja się niecierpliwię. Chcę mieć to już za sobą, odrzucić niczym zabójczy nałóg, przestać być ćmą, krążącą wokół zabójczego płomienia. Skrzydła mam więcej niż osmolone. Nie wiem, czy będę potrafiła ulecieć na nich ponownie… ale Alec nauczył mnie jednego. Jestem silna. Jeśli jest możliwe, żebym podniosła się, to się podniosę. Słabość nie leży w naturze X5, nieprawdaż?

Hm, tylko, że ja nie jestem X5. Jestem… hm. Brak mi słów. Z chęcią nazwałabym się Maleństwo, lecz naprawdę daleką drogę przeszłam od tej niewinnej dziewczyny, wsadzonej siłą pod lodowaty prysznic. Ale, och, nigdy bym tego nie przyznała, ale głęboko w duszy (naprawdę głęboko), podobało mi się to, co zrobił wówczas Alec. Zmusił mnie, bym zajęła się własną niedolą, wyszła z tego marazmu i samoudręczenia, rozejrzała się wokół i dostrzegła, że inni też mają problemy. Do długiej listy rzeczy, które jemu zawdzięczam, mogę śmiało dopisać dorośnięcie. Pomógł mi w tym, może nie jako główny sprawca, ale ktoś, kto pomógł odwijać motylka z powłoki poczwarki.

Hm, co ja mam z tymi skrzydłami dzisiaj? Najpierw ćma, teraz motylek. Hm, motylem byłem ale utyłem… trala lala lala la. Mam ochotę nawet śpiewać. To jak zrzucenie jakiegoś niewidzialnego ciężaru. I chociaż konsekwencje będą naprawdę dalekosiężne i najprawdopodobniej nie uda mi się ich uniknąć, to jednak mam wielka ochotę ponownie złożyć hołd szkoleniu, jakie zafundował mi Cody.

Co znaczy ni mniej ni więcej, że ludzie naprawdę nie muszą wiedzieć, iż nie odleciałam. Przynajmniej z początku, bo a) nie chcę trafić pod sąd wojenny b) nie cierpię sekretarza obrony, jest z kultu c) w moim pierwszym dobrym nastroju od bardzo dawna nie chcę natknąć się na wrogo nastawionych X5. Moi pseudo ‚dowódcy’ raczej nie popełnią błędu wysyłania za mną ludzi. Doświadczyli kilku moich zdolności i wrednego charakterku. X5-tce podoła tylko X5-tka. Chociaż kto to wie? Ludzie zaskakiwali mnie nie raz.

Na drodze przede mną pojawia się drobna postać, lśniąca w ciemności.

„Powiedz mi, po co udaję choinkę w ten przedświąteczny czas…” odzywa się w zaskakująco bardzo amerykańskim angielskim „Obstawiałbym raczej, że robię za wsparcie psychiczne?”

Śmieję się nieznacznie. Nasedo naprawdę w jakichś pokręcony sposób przypomina mi Aleca. Ma dziwne poczucie humoru, któremu mało kto podoła – kiedyś sarkazm i dużo czystej złośliwości, teraz praktycznie tylko wobec ludzi… Wobec mnie bywa bardziej przyjazny, najprawdopodobniej dlatego, że nasza walka była jak najbardziej na serio i Nasedo widzi we mnie raczej kogoś, kto mógłby mu przyfasolić bez większego problemu. On chyba także odczuwa potrzebę jakiegoś chociaż mikroskopijnego respektu przed kimś, nie opartego na strachu uciekiniera i ukrywającego się obcego gatunku na planecie zamieszkałej przez zdrowo świrnięty gatunek zwany istota ludzka.

„Nawet nie będę zaprzeczała.” schodzę z motoru i robię kilka kroków w jego stronę. Zatrzymujemy się niecały metr od siebie. Ten worek kartofli jest jednocześnie kimś, kto w tamtym czasie spowodował moją śmierć po tym jak go uśmierciłam oraz kimś, kto w tym czasie pomógł zachować zdrowy rozum.

No dobrze, przyznaję, nie do końca to ostatnie mu się udało, ale nie jego należy winić. Tylko moje serce.

„Więc…” kołysze się przez chwilę, jakby sam niezdecydowany, czy ma zawrócić na statek „Nie daj się złapać, 594! Naprawdę nie chciałbym być zmuszony do powrotu, by wyciągnąć cię z jakiejś celi śmierci…”

Cały Nasedo. Tylko tym razem żart mu nie wyszedł, ale nie mam mu tego za złe. Łzy kłują mnie w oczy i w końcu wylewają się. Nasedo patrzy się na mnie uważnie.

„Wiesz, zawsze mnie zastanawiało, dlaczego podczas twojej śpiączki otrzymałaś swoją własną krew, czystą, nie skażoną blokerami, pełną dobroczynnych komórek macierzystych, enzymów i co tam jeszcze płynie w waszych żyłach… i to cię oczywiście uratowało. Ale powinienem się zastanowić raczej, dlaczego nigdy nie wykazywałaś objawów, że masz podwójną pamięć… Bo ta krew ją przeniosła tobie. To ona spowodowała, że pamiętasz i w efekcie zostajesz.”

„Nie musisz udowadniać, jak inteligentni są królewscy obrońcy.”

Nasedo uśmiecha się na krótko.

„Pytanie, kto zamienił krew przeznaczoną do transplantacji na twoją… komu zależało na twoim ratunku. Wróg czy przyjaciel? Nie wiesz tego.”

„Nie mów tak…” potrząsam głową.

„Muszę. Nie popełnij błędu, nie masz tu już sprzymierzeńców. Nie chciałbym obudzić się pewnego ranka i odkryć, że nie wyczuwam twojej energii.”

„Masz miły sposób mówienia, że się troszczysz o kogoś.”

„Taaa. To tylko mój przeuroczy charakter.”

„Niewątpliwie.”

„Ale też jesteś częścią mojego obowiązku. Chronić antarskie życie, pamiętasz? Biologiczny przymus, silniejszy niż wola…” jego głos zamiera i ja także nie wiem, co powiedzieć. Myślałam, że może poczuje ulgę, tymczasem nie czuję nic poza pustką, która ogarnia mnie na myśl, że Nasedo nie będzie już w moim życiu. Paskudne uczucie rośnie w moim żołądku. To coś diabelnie blisko smutku i nutki goryczy, zmieszanych razem bez ładu i składu. „Ale mimo wszystko… to jest przyjemność znać ciebie, 594.”

„Jeszcze się pewnie spotkamy.” śmieję się nieznacznie, chociaż to naprawdę nieprawdopodobne.

„Oczywiście. Ale to będzie, kiedy już zawojujesz całe serie X i będziesz pomiatała nimi ile wlezie.”

Parskam.

„Jakby to kiedykolwiek było możliwe…”

„Co? Że jeśli zdecydujesz się wrócić na łono transgenicznych, to twoje instynkty przewodzenia przejmą nad tobą kontrolę?”

„Niee. Mówiłam o pomiataniu transgenicznymi.”

„Tak trzymaj!” śmieje się, a potem obraca w stronę statku „Nie pożegnasz się z nimi?”

Waham się jeszcze przez chwilę.

„Myślę, że czas pożegnań dobiegł już końca.” szepczę miękko, wycofując się kilka kroków w swoją stronę. Nasedo robi to samo. Unosi powoli dłoń i jego postać wkrótce znika w ciemnościach. Wiem, że gdzieś tam jest… w samotnej drodze na statek, z misją przekazania innym, że pozostał tylko jeden obrońca.

Hej, urodziłaś się i nie możesz zrzec się stanowiska tylko dlatego, że masz serce.


Uśmiecham się na jego słowa w mojej głowie. Smutno. Ocieram resztki łez i wsiadam na motor ponownie. Patrzę na mój niewielki bagaż, na to, co zabrałam z mieszkania. Moja wyprawa na nową drogę życia. Skromna, ale niewiele więcej mi trzeba.

W końcu wszystko, co się tak naprawdę liczy, mam w sobie.

Nie do końca… odbezpieczę kilka rzeczy z naszego ładunku… dam ci znać, gdzie ci je przekażemy.

„Nasedo…” sapię w zaskoczeniu.

Naprawdę sądziłaś, że zostawię cię tutaj bez jakiejkolwiek ochrony? Chociażby psychicznej w postaci kilku rzeczy, które chciałaś zabrać do innego świata? Grrr, 594. Ty także jesteś moim obowiązkiem. Naprawdę nie chciałbym, żebyś sfiksowała tak jak ja. Obawiam się, że druga 594, by przywrócić rozum obrońcy, się nie znajdzie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *