Toy Soldiers (34)

34.

Nie chcę lecieć. Po raz pierwszy przyznaję się do tego w duchu. Nie chcę lecieć, nie chcę zostawiać tego ostatniego śladu łączącego mnie z tamtą przyszłością. Czuję, że jeśli opuszczę Ziemię, stracę rozum. Zupełnie jak Nasedo, kiedy sfiksował. Tryb ochronny wobec Królewskiej Czwórki zaczął kłócić się z instynktami ochronnymi wobec Antarian jako takich i sfiksował. U mnie poczucie obowiązku walczy z czysto ludzką potrzebą pozostania, nie palenia za sobą wszystkich mostów.

„Liz?”

„594.” poprawiam automatycznie Maxa, falując ręką „Czego chcesz?” pytam się mało przyjaźnie, nie podnosząc głowy. Nie pokażę jemu słabości. Nie ma mowy. Nie jestem słaba… mam tylko małą chwilę zwątpienia. On nie powinien tego widzieć, nie powinnam wystawiać się tak do jego wzroku. Transgeniczni żołnierze nie mają słabości. Jesteśmy doskonali, nieprawdaż? W końcu nie na darmo każdy z nas jest wart setki milionów dolarów, jeśli nie kilka miliardów. Nigdy nie podliczono kosztów naszego stworzenia i szkolenia.

„Uch… dzwoniła Surinah.”

„No i?”

„Chce cię widzieć. W centrum handlowym, koło kawiarni wiedeńskiej.”

Marszczę brwi i podnoszę mój wzrok na niego. Zdecydowanie to nie jest coś, co chciałam usłyszeć z jego ust. I poważnie, Surinah chciałaby się spotkać w miejscu publicznym? Grrr. Albo nie ona dzwoniła albo ją zmuszono. Kłopoty na odchodne czy też grupka X5 postanowiła zaszaleć i dowiedzieć się co znaczy realizacja K-Pax?

„Jak najszybciej.” Max dodaje, najwyraźniej zaniepokojony faktem, że nie ruszyłam się nawet na milimetr. Patrzę na niego, potem na samochód i potrząsam głową.

„Wracaj na statek, Max. Natychmiast.”

„Uch… co?”

„Cywile!” wznoszę oczy do nieba „Nigdy nie słuchają rozkazów.”

„To ja jestem królem.” Max ni to śmieje się, ni to… no właśnie, co?

Tylko królem. Nie odpowiadasz za niczyje życie. Więc łaskawie rusz swoje cztery literki, wpakuj je do samochodu i pędź ile sił do statku. Startujcie.”

„Co?”

„Pożegnałam się z Surinah.” mówię bez ogródek „Będą kłopoty, tylko nie wiem, z której strony, kto nam tu mąci.”

„Pułapka?” oczy Maxa ciemnieją w powadze. Ja tylko wzruszam ramionami i odwracam się, zdarzając wzdłuż ulicy. Po kilku sekundach dogania mnie jego głos.

„594? Ten sen…”

Zatrzymuję się, ale nie odwracam.

„Dziwne… siedziałaś w miejscu, gdzie zaczął się ten sen. Zostałaś napadnięta…” śmieje się w zakłopotaniu; mogę go zrozumieć. X5 nie bywają napadani. Moje serce bije jak szalone. O czym był jego sen? Czy był taki jak mój? Czy Max także widział przyszłość? „Leżałaś na chodniku… znalazł cię jakiś blondyn, prawdopodobnie X5. Przynajmniej wyglądał na takiego… i był silny. Podniósł cię z chodnika, zaniósł do hotelu i namówił jakąś brunetkę, by się tobą zajęła i powiedziała, że to ona cię znalazła. Nie chciał cię przestraszyć. Miał na imię Alec, przynajmniej tak zwracała się do niego naprawdę wściekła brunetka, którą obudził późno w nocy. Dziwny sen, nieprawdaż?”

Moje serce zwalnia swój rytm, a oddech przyspiesza. Max, niepomny zupełnie wpływu swoich słów, wsiada spokojnie do samochodu i po kilku sekundach światła jego wozu nikną za jednym ze skrzyżowań.

Alec mnie znalazł? Nie Max?

Druga myśl uderza we mnie jak obuchem i niemal upadam na chodnik.

To nie był tylko sen. To się naprawdę wydarzyło. Łzy ponownie palą moje policzki. Dobry Boże. To się naprawdę wydarzyło. To prawda. Rzeczywistość. Nie wymysł mojej wyobraźni, umysłu. Moje serce się nie pomyliło. Oni naprawdę istnieli. Alec, Biggs, Cece, Cody, Mole, Max, Logan… oni wszyscy istnieli i znali mnie, kochali, lubili, karcili, spędzali zwariowany czas…

Mój umysł nie jest w stanie ogarnąć całej gamy myśli i emocji, które gnają niczym wicher w mojej głowie i sercu. Co to znaczy? Co znaczy jego sen? Dlaczego przyśnił się jemu, nie mnie? Dlaczego, dlaczego, dlaczego?

Ile pytań będzie jeszcze bez odpowiedzi? Ile razy zabłądzę i nie zdam sobie z tego sprawy na czas? Nim będzie za późno?

Czy to jest ten czas?

Moje stopy zatrzymują się nagle. Obracam się na pięcie i rozmazuję w stronę mojego mieszkania. Czy to ten czas? A kto o to dba? Głupi wojskowi? Zaufani? Teraźniejszy Alec, który traktuje mnie jak jakiegoś paskudnego wroga z tajną bronią w pogotowiu?

Tylko moje serce o to dba, uświadamiam sobie boleśnie. Tylko moje serce, ponieważ nie chcę popełnić błędu, ponieważ obowiązek i misja pozostały mi jako jedyne z tamtego czasu… ale czy na pewno? Czy na pewno jest to jedyne, czego mam się trzymać, co sprawi, że chociaż część tamtej rzeczywistości zachowa się w moim sercu?

Hormony gonią przez mój system, podwyższając i tak wysoką temperaturę ciała. Niemal czuję w ustach smak adrenaliny. Zostaliśmy zaprojektowani tak, by w sytuacji walki nasze ciała produkowały jej wręcz niewyczerpane zapasy i dopiero po ustaniu zagrożenia ‚stan bojowy’ ustępuje… teraz dziękuję w duchu komuś, kto to wymyślił, tę dodatkową ‚poprawkę’ do naszej siły. Wpadam do mieszkania i w mniej niż dziesięć minut uwijam się z zadaniem.

Potem odpalam motor, wyjątkowo nie troszcząc się nawet o założenie kasku. Chłodny wiatr studzi nieco moje rozpalone policzki i pomaga skupić się na innej gorączkowej myśli i na innym gorączkowym pragnieniu, które tym razem nie wypływa z instynktów, lecz prosto z serca.

Nadszedł czas pożegnań.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *