Toy Soldiers (33)

33.

Na północy obecnej Irlandii, w mieście zwanym Colun na h’Órge, osiedlił się pewien lud. Przenosili się ciągle z miejsca na miejsce, a ich przywódcą był Luchar. Legendy głoszą, że eksperymentował na ludziach, że był druidem. Legendy głoszą także, że wszedł w posiadanie naprawdę niebezpiecznej substancji, która zmieniała ludzki los… wybierając tylko godnych, zaufanych na tyle, by w ich ciałach móc przenosić geny wybranych. Birog, inny druid, z innego ludu, wybrał Ciana z ludu Tuatha de Dnaan, by zdobyć tę substancję. Po wykonaniu zadania Cian uciekł, razem z żoną i kilkorgiem innych druidów opuścił zieloną wyspę, kierując się na południe. Ich potomkowie połączyli się z uczonym ludem z południa, aż nagle w którymś stuleciu słuch o nich zaginął.

Składam ostrożnie wyrwaną niegdyś kartkę z pamiętnika. Ileż to już lat, kiedy Nancy opowiadała mi dziwne historie o Irlandii, niezwykłe mieszaniny rzeczywistej historii tej zielonej krainy jak i fantazji.

A przynajmniej przez lata przywykłam do myślenia, że to tylko skrzyżowanie baśni z wyobraźnią Nancy. Lecz jak to w życiu bywa, jesteś zaskakiwany w najmniej oczekiwanym momencie, a twoja percepcja rzeczywistości może się zmienić diametralnie, nie ważne czy w ciągu ułamka sekundy lub w ciągu trzech lat… ważna jest zmiana, czas schodzi tutaj na dalszy plan. Cóż bowiem znaczą trzy lata wobec pięciu tysięcy lat planowania hodowli ludzi? Albo wobec tysięcy lat rozwiniętej cywilizacji na obcej planecie?

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Wierzcie mi, nie ja to wymyśliłam, ale zgadzam się w pełni. To Nasedo zaserwował mi tę gadkę. Wiem, że jest już zapewne zniecierpliwiony, ale nie potrafię ot tak sobie odejść.

Claudia Parker miała rację. Czasami serce zaprowadza nas do miejsc, z których nie ma już odwrotu…

Dlatego znów stoję przed tymi samymi hotelowymi drzwiami, co dwie godziny wcześniej i nie wyczuwam tam nikogo prócz mojego brata. Ale z drugiej strony jestem naprawdę zmęczona walką ze sobą, odczyt jest niewyraźny… kto tak naprawdę dba, ile osób jeszcze mnie zobaczy?

…do miejsc ciemnych, mrocznych i przerażających, kiedy każdy jeden gest może zniszczyć wszystko.

Czy ja naprawdę to pomyślałam?

Całkiem możliwe, wzdycham wewnętrznie. Zostawienie tego pokoju hotelowego po sfinalizowaniu umowy należało do jednej z najtrudniejszych rzeczy, jakie przyszło mi w życiu zrobić. Moje serce rwało się na kawałki, czując niepewność, gniew, smutek, żal, zmieszanie… jego uczucia. Uczucia mojego brata. Dlaczego to musi tak się odbywać? Dlaczego kiedy w końcu się spotkaliśmy, kiedy się dowiedział, wszystko, co czuję od niego, ma ciemne, negatywne zabarwienie? Dlaczego nie mogę czuć od niego jakiejś pozytywnej emocji?

Czy ja naprawdę jestem taka zła i samolubna?

Ja naprawdę chciałam, by on żył, by był bezpieczny, z dala od tego paskudnego zamieszania, z dala od cierpienia i z dala od mojego pokręconego życia, kiedy jedno słówko może na niego ściągnąć kłopoty większe niż sobie wyobrażał… Czy to naprawdę tak dużo pragnąć dla niego odrobiny bezpieczeństwa? Dlaczego mój genialny brat nie może tego zrozumieć? Nie może pojąć sam z siebie, że każdy mój oddech był przepełniony myślą o nim, o Cece, o Alecu i wszystkich innych?

Nie może ponieważ to nie jest mój Biggs.

I ta myśl jest jak cios w splot słoneczny, odbiera oddech i sprawia, że cofam się gwałtownie od drzwi. Patrzę w napięciu na dziennik w mojej ręce… Dziennik zbrodni, jak go nazywałam. Cała kampania na rzecz poprawy wizerunku transgenicznych, wszystko tam jest… Ale nie ma tam, skąd wiedziałam i dlaczego to robiłam. Dużo tutaj jest o Familiars, włącznie z feralnymi baśniami opowiadanymi przez Nancy, a będące w rzeczywistości ubraną w baśniową mgiełkę historią korzeni Zaufanych i ich Zgromadzenia.

Ale jakoś moja dłoń, już uniesiona, by nacisnąć klamkę, cofa się razem z całym ciałem i opada. Opór powietrza przy tym ruchu daje delikatny szum, który jest jak wyrzut w mojej głowie.

Znów się nie odważyłam, znów tchórzę.

Ale to nie jest mój Biggs.

Odwracam się niczym maszyna, rejestrując jakiś ruch w pobliżu… ale nie dbam już o to. Jest mi to obojętne. Trzy lata. Poświeciłam K-Paxowi trzy świadome lata mojego życia i całe życie nieświadomie. Rodzinę, przyjaźnie, miłość. Nie sądzę, by ktokolwiek mi to wybaczył, nawet za cenę informacji zawartych na tych stronach.

Nie. Nawet ja nie potrafię sobie wybaczyć. Straconych szans, tego, co mogłoby powstać… gdybym zdecydowała się pójść inną drogą. Na pewno nie miałabym tego, co w tamtej przyszłości… ale różne nie znaczy gorsze. Kto to wie, może w jakiś przewrotny sposób los zaplanował dla mnie coś lepszego a ja po prostu odrzuciłam to? A może na Antarze spotka mnie coś dobrego?

Parskam. Śmiechu warte. Jakby z dala od rodziny, od tych, których kocham, mogłabym być szczęśliwa?

Albo wyobrażenie o nich? Poważnie, jak szalonym można być, by kochać osoby, których się właściwie nie zna – no dobrze, znało się w dzieciństwie, lecz nie teraz – osoby znane jedynie ze snu, który zdaje mi się być wspomnieniami z innego czasu?

Właśnie. Brzmi to bardziej absurdalnie niż nowe humanoidalne gatunki żyjące na Ziemi aka transgeniczni. Tylko, że moje serce zupełnie nie dba, jak to brzmi, po prostu czuje tak, a nie inaczej. Wcale nie pomaga dyscyplina i tłumaczenie sobie, że to tylko pogoń za czymś, co nigdy nie wróci… bo nie wróci. Oni nigdy nie wrócą. Nie będzie mojego wampirka, nie będzie więcej rozmów damsko-męskich z Biggsem, nie będzie tylko-nie-bliźniąt pod sercem Cece, gburowatego, lecz o złotym sercu Mole’a, nie będzie Cody’ego, najlepszego kumpla pod słońcem… Nie będzie mojego graffiti, mojego pokoju, psiakrew, tęsknię nawet za tamtymi atakami progerii… ponieważ trzymał mnie wówczas w swych ramionach Alec i przy nim czułam, że nic mi nie grozi, że on odegna wszelkie zagrożenie i ból, że będzie przy mnie nie ważne co…

Nawet nie zauważam, kiedy po moim policzku spływają pierwsze łzy, nim kilka z nich nie plaśnie cicho na moich dekolcie. Pochylam głowę, nie patrząc nawet dokąd idę, włosy zasłaniają moją twarz. Wiem, dokąd idę. Moje nogi automatycznie kierują mnie na pustą już o tej porze ulicę, na zimny chodnik, gdzie zaczęła się cała ta historia… gdzie rozpaczałam, że Tess jest wszystkim, czym ja nie byłam. Śliczna, ponętna, ogromna moc i królewskie pochodzenie, zdobywa wszystko jednym skinieniem małego paluszka….

I dzisiaj pojmuję jak najbardziej, że nie miałam jej czego zazdrościć. Tymi samymi słowami możnaby określić i mnie. Teraz, dzisiaj, tak jak stoję w mroku ulicy przed witryną sklepową na zimnym chodniku i patrzę się jak zahipnotyzowana na tę jedną, szczególną płytę chodnikową, gdzie w tamtej przyszłości przez dłuższy czas spoczywała moja głowa. I właśnie w tej, w tym właśnie momencie, na tej ciemnej i zimnej ulicy, nie dbam o dawne marzenia, inną przyszłość czy cokolwiek innego. Jedyne czego pragnę to ponownie ujrzeć światło w oczach Aleca, poczuć jego opiekuńcze ramiona, mieć wiedzę, że cokolwiek zrobię lub będę zmuszona zrobić, on zawsze mnie poprze… Tak jak Tess niegdyś, z pozoru mam wszystko i zarazem nic. I wcale, ale to wcale nie czuję się godna zazdrości. Bo cóż to znaczy, że mam wszystko? Że jestem jednym z najniebezpieczniejszych i najskuteczniejszych żołnierzy na świecie, do tego stopnia, że od dwóch lat, od momentu pokonania Nasedo w walce, oficjalnie stałam się królewskim obrońcą?

Czuję się jak rozbita zabawka. Jezu, czuję się bardzo, ale to bardzo jak rozbita zabawka. Jak mały ołowiany żołnierzyk, którym bawią się dzieci i przestawiają z kąta w kąt, jak im się spodoba w zabawie w wojnę… Wojna nie jest zabawą ani trochę. Może nie byłam na ‘prawdziwym’ froncie, a cała moja walka to walka umysłowa, o ocalenie mnie. Czuję się, jakbym przegrała nie tylko bitwę, ale i całą batalię. Coś straciłam. Znów. Podobnie jak trzy lata temu, kiedy obudziłam się ze śpiączki. Tylko tym razem nie ma niczego, ani nikogo, by wlać w moje serce chociaż mikroskopijną odrobinę nadziei.

Powoli obniżam się na chodnik i siadam na nim, opierając się plecami o ścianę budynku i patrzę moim kocim wzrokiem na świat. Na ziemską ulicę, której najprawdopodobniej już nigdy nie zobaczę.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *