Toy Soldiers (30)

30.

Silnik Hummera szumi cicho w moich uszach, kiedy przemierzamy szybko drogę do Roswell. Uświadamiam sobie, że to już moje ostatnie chwile w towarzystwie ludzi. Kto to wie, co zastanę, jeśli jednak zdecyduję się wrócić? Jeśli znajdę drogę, by wrócić.

„Jim?”

Nie odwraca swojej twarzy od okna. Łzy płyną w dół jego policzków. Wiem, ponieważ czuję ich zapach. Czuję zapach rozpaczy i niewielkiej nadziei. To zabawne, że emocje mogą pachnieć. Ale emocje to także reakcje chemiczne, więc dla natury to pewnie ma sens.

„Będą bezpieczni.” mówię cicho, dobrze wiedząc, że nie mogę tego obiecać. Od dzisiejszego wieczora będziemy się poruszać po bardzo śliskim i niepewnym gruncie. Szanse przeżycia nie są aż tak wysokie. Drżę na samą myśl o najoptymistycznej prognozie… Przydałby mi się teraz jakiś procesor bitwy. Może oni nie mają danych na temat Antaru… chyba… a może jednak? Czasami mam wrażenie, że decyzje Rady są zdecydowanie zbyt inteligentne i roztropne, by pochodzić chociażby od ludzi, nie mówiąc już o politykach.

„Nie możesz mi tego obiecać.”

„Jim…” nie spuszczam oka z drogi i przyśpieszam nieznacznie. Czuję, że Biggs ma ochotę wyjść z domu. Psiakrew, nie wychodź, braciszku! „Jest jeszcze pewna opcja, na wypadek, gdybyśmy nie byli bezpieczni na Antarze lub gdziekolwiek indziej.”

„Co masz na myśli?” pyta się z drżeniem.

„Podróż. Bezustanna. A potem powrót.”

„Co?!?”

„Statek to wytrzyma… izotopu starczy na trzydzieści lat bezustannego używania przy pełnej załodze i ładowni. Możemy utrzymywać się w przestrzeni kosmicznej naprawdę długo… jeśli nas nie przyjmą, wrócimy.” spoglądam na niego krótko „Będziemy krążyć po orbicie Ziemi.”

„Oszaleliście?” Jim jęczy. „NASA, systemy obronne, i cała ta reszta, to nie…”

„Oni wiedzą.”

„Co? Kto? O czym mówisz?”

„Wiedzieli od lat.” wzdycham „Przynajmniej kilka wysoko postawionych osób. Dzisiaj wieczorem ukryją nasz start.”

„Jak wiele nie wiem?” pyta się cicho, zgnębiony.

„Nie musisz wiedzieć. Będziesz bezpieczny. Wisi nad tobą ochronny rozkaz. A przynajmniej oficjalnie. Po dzisiejszej nocy prawdopodobnie będziesz miał jeszcze dodatkową ochronę, złożoną z transgenicznych, ale to nie będzie oficjalne, to będzie na moją prośbę.”

„Nie będę potrzebował ich ochrony. Skoro wojsko wie… obcych nie będzie…”

„Będziesz potrzebował.” mówię miękko „Jest jeszcze jedno zagrożenie, o którym nie wiesz. Transgeniczni są zaporą przeciw temu. Nazywają siebie Familiars, Zaufani. Od tysięcy lat prowadzą wybiórczą hodowlę ludzi. Mają nadludzką siłę i w większości są odporni na ból.”

„Jak transgenicy.”

„Transgenicy czują, Jim. Ich odporność wynika tylko z treningu i wytrzymałości fizycznej. Ale oni są najlepsi. Wierz mi, wiem co mówię.”

„Dlaczego mieliby stanowić zagrożenie dla mnie?”

„Dla ludzi w ogóle.” poprawiam szybko. Mijamy pierwsze domy Roswell. „Oni planują coś naprawdę złego, związanego z dziwnym patogenem, którego odporność dziedziczą Zaufani. Może planują zabić wszystkich ludzi, może przejąć kontrolę, a może rozprzestrzenić ich religię… nie wiemy. Ale cokolwiek to jest, będzie na tyle złe, że dwoje z lojalnych Zaufanych zdradziło i pomogli naukowcom Manticore stworzyć poprawionych genetycznie żołnierzy. Oni…” nagle jakoś brakuje mi słów. Nie oni. My. Jak dziwnie mówić o swojej rasie w trzeciej osobie. „Są odporni na ten patogen, czymkolwiek to jest. Z pewnością są ludzie odporni na patogen, ale o transgenicznych wszystko się rozbije. Przewyższają fizycznie Zaufanych, no i mają lata treningu i doświadczenia z Manticore. Osoba, która będzie odpowiedzialna za twoją ochronę, to Biggs Nayar, dowódca piątej serii X.”

„Tych, którzy wyglądają jak ludzie?”

„Tak. X5 – 593. To będzie prywatna sprawa, nie rozkaz, więc nie wspominaj żadnym wojskowym.”

„Nie sądzę, żeby się nawet mnie zapytali.”

„Ani Amy. Jak ze sprawą obcych.”

„Czego mi nie mówisz?” patrzy się na mnie. Mijamy kolejne ulice. Jeszcze dwie i będziemy na miejscu.

„Po prostu…” wzdycham. Nie cierpię wyborów. Powiedzieć lub nie. Wybieram rozwiązanie pośrednie. Powiedzieć, ale tak, by zrozumiał później. „Amy i Maria są odporne na patogen. Ty nie. Sprawdziłam DNA prawie połowy Roswell… nie widniejesz na liście szczęśliwców. Przykro mi.”

„Odporność jest wrodzona?”

„Tak.”

Zatrzymuję się prze domem Valentich. Jim ostrożnie ściska mnie na pożegnanie. Łzy płyną niepowstrzymanie przez jego zoraną zmarszczkami twarz. Mimo to ocieram je trochę.

„Cóż, za kilka miesięcy zostaniesz poinformowany, gdzie wylądowaliśmy i co się urodziło. Ktoś z bazy cię poinformuje.”

„Uważaj na nich… i na siebie, dobrze?”

„Zawsze!” mruczę cicho. Jim wysiada i ciężkim krokiem kieruje się w stronę domu. Patrzę w milczeniu jak drzwi wejściowe zamykają się za jego nienaturalnie sztywną sylwetką. Dom pozostaje nieoświetlony. W żadnym pomieszczeniu nie zapala się światło.

Kieruję Hummera w powrotem na ulicę… Ze zdziwieniem dotykam policzka, czując na nich gorącą łzę. Rozmazuję ją delikatnie, by wsiąknęła w skórę. Nie mogę zostawić łez w Roswell… ponieważ obawiam się, że wówczas nie zostawię ich już nigdzie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *