Toy Soldiers (3)

3.

Chyba nie wspominałam o tym, ale mam mieszkanie w mieście. Nieduże, dwupoziomowe, o bardzo otwartej architekturze na trzecim piętrze, dwie minuty do Centrum Północy.

Zrzucam miejskie ciuchy i zanurzam się na kilka minut w wannie pełnej ciepłej wody. To niemal tak przyjemne jak przebywanie z Codym.

Otwieram szafę. Większość moich ubrań w jakiś sposób pomaga ukryć mój kod kreskowy i mój wybór na zakupy zbytnio nie różni się od tego, co noszę na co dzień. Golf, puchowa kamizelka i dżinsy. Włosy wyjątkowo splatam w warkocz. Przez trzy lata naprawdę zdążyły sporo urosnąć.

Na miejscu jestem trzy minuty przed czasem. Cody siedzi przy stoliku. Zdążył zamówić kawę.

Zanim jednak zdążam w jego stronę, widzę Isabel i Alexa.

Jeśli ktokolwiek sądzi, że wierność i stałe wpatrywanie się w Isabel jak w obraz nie opłaciło się Alexowi… cóż, myli się. Isabel była wstrząśnięta odkrywając, że ktoś z miłości do niej przyleciał na obcą planetę i w ostateczności to właśnie uratowało ją i jej rodzinę. Myślę, że ta lojalność Kala-Alexa wobec niej dała jej poważnie do myślenia i wyleczyła z kompleksu Vilandry.

Niemniej ostatnie, czego teraz pragnę, to pogawędka z dwójką zaprzyjaźnionych obcych tuż pod nosem X5. Albo nazwijmy to inaczej: nie mogę rozmawiać z innym X5 tuż pod nosem Kala. Wszelki umyślny kontakt został surowo zabroniony.

Zasady są jasne i określone: nie wolno. Kal jak nikt inny wie, co robi pragnienie przebywania z własną rasą. Myślę, że zdaje sobie dobrze sprawę, jak mnie to kusi. Chociaż podejść… i dlatego od razu jasno postawił sprawę: zostawi 593 i Parkerów w spokoju, jeśli ja będę trzymać się żelaznej zasady: żadnych związków z X5.

Rozmazuję bez problemu za jeden z filarów. Alex i Isabel przechodzą nie zauważywszy mnie. Diabelnie. Od czasu kiedy tak przeraziłam Nasedo, iż nigdy już nie zbliży się do Królewskiej Czwórki, Alex stał się o wiele łatwiejszy do ominięcia.

Ale czy ja narzekam?

Minutę później dołączam do Cody’ego. Siadam z uśmiechem naprzeciwko, czując jak niesamowite odczucie niebezpieczeństwa powoli znika z moich myśli. I po raz pierwszy od trzech lat… nie, po raz pierwszy od ponad czternastu lat czuję, że żyje. Nie Liz, nie Maleństwo, ale po prostu X5 594.


~ * ~

Powinnam była wiedzieć, że moje buszowanie po sklepach z przystojnym X5 531 nie przejdzie bez echa. Po pierwsze, po prawdziwej inwazji nowych do miasta, starzy tym bardziej się ze sobą trzymają, nowych traktując niejako pogardliwie. I chociaż społeczność miejska praktycznie się podwoiła, Roswell wciąż pozostało małym miastem, gdzie władzę sprawują plotkarze. A plotka o mnie i jakimś facecie to już prawdziwa żyła złota.

Po wybuchu Crashdown ludzie obrali mnie sobie za cel swojej ‚życzliwej’ uwagi. Wkurzało mnie to, ale tym lepiej się pilnowałam… i mocniej pracowałam na swój rachunek. Uczciwie czy też nie. I porównywanie mnie do super-gwiazdy alias Maria DeLuca wkurza mnie naprawdę. Poważna dziewczyna, która zapowiadała się na wybitnego członka harwardzkiej socjety została w małym mieście, a jej stuknięta przyjaciółka, o której mówiono, że zostanie kelnerką w podrzędnym barze do końca swojego życia, została znaną gwiazdą pop. Świat się zawalił, orzekła kiedyś Agnes.

Ale Agnes nie wie, że tym wielkim sukcesem Maria zaprzepaściła wszelkie marzenia o śpiewaniu i muzyce na rzecz marzeń o sławie, karierze i dużych pieniądzach. Nie twierdzę, że sukces nie kosztował jej wysiłku i własnej pracy – ale jej zależy nie na tym, by śpiewać, jej zależy na czymś zupełnie innym. W mojej małej prywatnej krucjacie na rzecz poprawienia dobrego imienia wychowanków Manticore zdobyłam przy okazji nieco informacji o ‚olśniewającym’ sukcesie Marii. Pieniądze, brudne zagrywki, protekcja od Familiars, trochę szczęścia i przepychanie się do przodu pomogły na równi z pracą całego sztabu profesjonalistów zatrudnionych do wykreowania jej wizerunku. I najsmutniejsze jest to, że Maria naprawdę ma głos. Ale to co zrobiła ze swoim życiem przyprawia mnie o ból głowy. I kiedy porównuję się do niej, wręcz cieszę się, że Kal nigdy nie pozwoliłby wyjechać mi na Harvard… chyba, że cała królewska czwórka by się tam udała.

Ułożyłam sobie życie w Roswell, ale to, co widzą inni jest ledwie okruchem tego, co robię naprawdę. Wzięłam to, co przyniósł mi los i zrobiłam z tego pewien użytek. Przez dwa miesiące po śpiączce podjęłam pewne kroki… to było w pewnym sensie pocieszające… robiąc to, co zrobiłby Alec w mojej sytuacji. Założyłam się parę razy. Mała Lizzie Parker uprawiała hazard w pełnym znaczeniu tego słowa. Ha ha ha… nie do końca legalne. Właściwie na początku nie było legalne zupełnie. Ale co to była za zabawa unikać nadzoru Alexa! Dostawał szału. Zwłaszcza, że nawet on musiał czasem spać, a ja nie.

Nielegalna gotówka… hazard (jeśli można to tak nazwać, kiedy znasz z góry wynik), kilka drobnych lub większych kradzieży – poza Nowym Meksykiem oczywiście. To był mój fundusz bezpieczeństwa i późniejszy fundusz na to, by odpowiedni ludzie zaczęli mówić w odpowiednim czasie, poparci niezbitymi dowodami… Później pieniądze przeznaczyłam na tryptophan z Meta-Chem. Chryste, leczenie progerii zrujnuje nawet milionera. Ale musiałabym mieć zrekombinowaną mutującą część mojego DNA, a do tego trzeba a) Biggsa, b) laboratoriów Manticore. Biggs odpada, ponieważ nie wie o moim istnienia, a Manticore spłonęło. Jak wesoło, co nie?

Ale moja wiedza posłużyła także do legalnego biznesu. W czerwcu 2001 roku otworzyłam na nowo Crashdown, bez niczyjej pomocy. No, Kyle podtrzymywał mój paskudny humorek. Świadomość, że nie mogę powiedzieć cześć do własnego brata… że Aleca nie będzie w moim życiu… nie zniosłam tego za dobrze. I nawet nie mogłam pokazać mojej goryczy czy wściekłości.. Ostatecznie jak napisał jakiś „smart aleck”, to, co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym.

Zacisnęłam zęby. Byłam pełnoletnia już w styczniu. Później sędzia dostał ode mnie najlepsze kubańskie cygara (zwinęłam je, a co? Kradzież od złodzieja to nie przestępstwo!). Więc mogłam robić, co chcę. Miałam pewną wiedzę o przyszłości i dopilnowałam, by mi się przydała. W grudniowej świątecznej loterii kupiłam wysoko obstawiony los – zero hazardu, a w tamtej przyszłości i tak nikt nie wygrał.

Podejrzewam, że od czasu, jak po tej loterii zaczęłam płacić podatki, stałam się na jakiś czas pupilką burmistrza. Oślizgły człowiek.

Na pierwszą restauracje zaciągnęłam częściowo kredyt, aby nikt w Roswell nie wiedział, ile naprawdę wygrałam – a była to okrągła sumka liczona dziewięcioma cyframi. Skoro to miasto to królestwo plotek, dlaczego by z tego nie skorzystać? Za większość wygranej kupiłam nieruchomości, w tym kilka w centrum – chciałam postawić coś większego. Ale wtedy jakiś głupi dziennikarz dobrał się do taśm z kamer bezpieczeństwa hotelu na Florydzie, gdzie w listopadzie 2001 roku złapałam sama Nasedo….

Cóż, widok jak któryś z transgeników walczy z nieznaną istotą podziałał wstrząsająco i dodał nam kolejnych plusów. Nie było tam mojej twarzy, kamera nie zdążała za moimi rozmazywanymi ruchami. Można rzecz, że ta taśma uświadomiła ludziom, że stworzono nas nie bez powodu, ładując w nasze istnienie miliardy dolarów z podatków i być może jesteśmy potrzebni wciąż.

Ha, w lipcu 2002 dostaliśmy zapis w konstytucji ‚zrównujący’ istoty transgeniczne do istot ludzkich. Jak miło z ich strony, nie? Zwłaszcza, że to było już po tym, jak grupa niezależnych naukowców udowodniła lądowanie w Roswell w 1947… rząd oczywiście wykręcił się jakoś od tego, że przez ponad pół wieku ukrywał prawdę. Wszyscy i tak byli przyzwyczajeni. Nic nowego. Roswell przeżyło taki najazd turystów, że nazywane jest teraz turystyczną metropolią świata.

I po raz kolejny skorzystałam na tym. Królewska czwórka była przestraszona ujawnieniem ich istnienia, reakcje ludzi były różne… ale i tak nikt wciąż nie wiedział, co się stało z dwoma żyjącymi pasażerami statku i do nikogo nie dotarło o istnieniu ich tajemniczego ładunku. Uspokoili się, a ja w tym czasie robiłam interesy. Sprzedałam kilka nieruchomości z pięciokrotnym przebiciem ceny, spłaciłam pożyczki, zbudowałam trzecią restaurację… i to wszystko legalnie. Przy okazji podróży w interesach prowadziłam moją małą krucjatę na rzecz mojej rasy. Rzecz jasna, informacje które dostarczałam odpowiednim ludziom (tych także należało znaleźć i wybrać), pochodziły z tamtej przeszłości. Wymagały absolutnie dyskretnego sprawdzenia i jeszcze więcej wysiłku kosztowało mnie zacieranie śladów. Kalowi się to nie podobało, ale póki co zbierałam przy okazji informacje o ruchach Nasedo, a potem o ludziach odpowiedzialnych także za sprawy kosmitów, siedział cicho. Ale przede wszystkim… lubię myśleć, że Biggs byłby ze mnie dumny. To było dla niego. W tamtej przyszłości walczył o każdy dzień naszego życia… i ta walka poszła na marne przez granilith. Więc teraz ja walczyłam za niego i dla niego. Miałam cel w życiu.

Ale ostatecznie im więcej przybywa ci pieniędzy, tym twoje życie staje się bardziej skomplikowane. Więc w końcu wkurzyłam się, sprzedałam najbardziej kłopotliwe rzeczy i większość funduszy wpakowałam na giełdę. Moimi podatkami zajmuje się jedna z najlepszych firm prawniczych w kraju i bez trudu mogłabym sfinansować tryptophan z Meta-Chem dla całej serii X na kilkanaście lat. Lubię być milionerką… i nie sądzę, by nawet Kal wiedział, ile mam pieniędzy. Kolejny powód do radości.

Sprawy nie ułożyły się tak pomyślnie dla członków Królewskiej Czwórki. Max kontynuował pracę w UFO Center. Kiedy został z Isabel w Roswell ku rozpaczy Evansów i zaczął studia na tutejszym uniwersytecie, był samotnym strzelcem, za którym ogląda się żeńska część braci studenckiej… Czasem mu wręcz współczuję, to bywa naprawdę uciążliwe. Na szczęście pozostał tym dawnym Maxem, trochę nieśmiałym, ale starającym się dobrze wykonywać swoje obowiązki lidera.

Wiem, że pomimo wszystko Max próbował uzdrowić mnie po wybuchu. Mój mózg przypominał miazgę. Ale do tak poważnych zranień potrzebował połączenia, związku, wejrzeć w czyjąś duszę… i kiedy mu się nie udało, głęboko przeżył swoją porażkę. Myślę, że dopiero mój wypadek i niemoc mojego uzdrowienia naprawdę uświadomiły mu, że nie jest wszechmocny. Tak jak inni ma swoje ograniczenia, że jego zdolności nie są niezawodne czy ważniejsze od innych. Otrzymał takie i może tylko zrobić z nich najlepszy użytek, jaki potrafi.

Isabel… cóż, tak jak inni usłyszała prawdę o Kalu w listopadzie 2001 roku po tym, jak dopadłam Nasedo. Nie chciałam go zabić – mógł nam być potrzebny i stoczyłam o to całą batalię z Kalem. Musiałam zafundować mu pranie mózgu… Ostatecznie jednak myślę, że nie wyszedł na tym źle… i pilnuje dla mnie Surinah i Jeffa, przede wszystkim przed Kalem. Taka nasza prywatna mała umowa za plecami mojego obecnego szefa. Hybrydy nie były szczęśliwe, o nie… musiałam wykorzystać całą wiedzę o negocjacjach i perswazjach, by przekonać ich, że chociaż metody Kala mogą się im nie podobać, to jednak dzięki niemu unieszkodliwiono ich głównego wroga tutaj: Skórów. Pomogło. Nie zauważyli, że nie powiedziałam dosłownie, że to Kal zrobił – zabił Skórów, po kolei, osaczając ich zazwyczaj pojedynczo lub w dwójkę. Nie sądzę, by Kal potrafił to. I nie chodzi mi o zabicie Antarczyków. Nie, jego psychika i tak jest spaczona, potrafi zabić bez mrugnięcia okiem. On nie potrafiłby ich wytropić i ściągnąć w pułapkę. Osiemdziesięciu trzech dotychczas. Wiem, że jest kilku jeszcze tutaj, ale są zbyt słabi, by nam zagrozić. Poza tym… oni kochają moją planetę, wtopili się w społeczeństwo i mają gdzieś politykę Antaru. Nawet urodziły im się dzieci…

Technicznie wiem, że to były morderstwa zaplanowane i wykonane z zimną krwią. Ja zaplanowałam i wykonałam. Ale za każdym razem, gdy po uderzeniu w zawór dekompresji Skór rozpadał się w proch na moich oczach, nie czułam niczego. Zamykałam wszystkie emocje. Zadanie, misja do wykonania. Oni byli różni, byli wrogiem i zagrażali mojej rodzinie. Skórowie pewnego dnie uderzą w Ziemię i im mniej ich do tego czasu tu będzie, tym więcej mojej rodziny, mojej rasy przeżyje. I kiedy wracałam do Roswell, do domu, znów stawałam się Liz Parker, zwykłą miłą dziewczyną. To było przerażające. Jest przerażające. Wiem, że ta umiejętność zamykania emocji, odcięcia emocjonalnego bagażu od misji, to właśnie jedna z niewielu umiejętności nabytych w Psy Ops. Tylko, że wcale mnie to nie zwalnia z odpowiedzialności. Fakt, mam umiejętności, zdolności, ale to ode nie zależy, co z nimi zrobię. Ja jestem odpowiedzialna za śmierć osiemdziesięciu trzech istot, którzy wybrali niewłaściwy obóz polityczny w swoim rodzinnym świecie. Ja. Nikt inny. Chryste, ten świat jest chory.

I ci wszyscy ludzie, których użyłam do moich celów przez trzy lata. Naprawdę myślicie, że wszystko odbywało się w białych rękawiczkach czy za pomocą nowoczesnych technologii? Ale jeśli tego bym nie zrobiła, po opadnięciu fali „ufologicznej” po listopadzie 2001 roku, rząd znów znalazłby powód by prześladować nas… Jeśli mogłam coś w tej sprawie zrobić, to robiłam. Jeśli czegoś nie mogłam udźwignąć psychicznie, znajdowałam sposób, by się nie troszczyć o to. Ja za starych dobrych czasów w Manticore.

Oddalając się od siebie samej sprzed trzech lat, oddalałam się także od hybryd. Ale nie tylko ja przeszłam taką przemianę. Michael zamknął się zupełnie w sobie po ostatecznym zerwaniu z Marią. I nie sądzę, że wybaczę jej kiedykolwiek odtrącenie go dla kariery. Ci, których kochamy to najcenniejsze, co mamy w życiu… a Maria najwyraźniej bardziej kocha swoją karierę i Familiars. No i siebie.

Tess całkiem nieoczekiwanie zaczęła mieć się ku Kyle’owi pod koniec szkoły średniej. Są razem. Kyle został delegatem w biurze ojca, a Tess ma firmę od przeprowadzek. Przeprowadzki to coś, czego doświadczyła często, a boom turystyczny pozwolił jej powiększyć firmę. Dodatkową zaletą jest fakt, iż ma pewien wgląd w to, kto przenosi się do miasta. Nawet po czterech latach bez Nasedo przy swoim boku ona ogląda się za swoje ramię. Myślę, że to dobrze mimo wszystko. Alex robi się miękki.

I mogłabym zaśpiewać I żyli długo i szczęśliwie, ale to nawet nie przejdzie mi przez gardło. Ponieważ obojętnie jak bardzo bym się starała, co nie zrobiłabym ze swoim życiem, póki żyje Kal, nie będzie w nim ani mojego brata ani Aleca ani Cece ani kogokolwiek z mojej dużej rodziny.

I nawet jeśli królewska czwórka odleci razem z Kalem, kiedyś tam w przyszłości, już dzisiaj może być za późno. Przynajmniej jeśli chodzi o Aleca. X5 parzą się na całe życie… i nie ma odwołania, kiedy w końcu wybiorą swojego partnera i będą z nim. Dlatego Max tak trzymała się Logana, dlatego ja wciąż pamiętam Aleca, a moja przeklęta pamięć ruchowa tylko to pogarsza… Dla mnie Alec jest wciąż mój. Dla niego… ja nawet nie istnieję. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *