Toy Soldiers (29)

29.

Zabawne, że potrzebowałam aż trzech lat, by zacząć przebaczać Maxowi przyszłość, której nigdy nie przeżył. Niezłe ze mnie ziółko. Taki maleńki złośliwy i pełen goryczy chochlik.

„Obiecuję wysłuchać. A szalona to jestem ja, nie ty. Zostawiam tu moją jedyną rodzinę, moją rasę, mój dom… dla czegoś, w co tak naprawdę nie wierzę i robię to dla obowiązku… no, może troszeczkę po to, by moja rodzina była bezpieczna. Nic, cokolwiek zrobiłeś, nie będzie chyba bardziej szalone niż ja.”

„Hm…” kłopocze się nieco „Właściwie to nie zrobiłem. To… przyśniło mi się.”

Uśmiecham się miękko.

„Jestem ostatnią osobą na tej planecie, która wyśmiałaby czyjkolwiek sen, chociażby nie wiem jak niewiarygodny się wydawał.”

„Ok.” bierze głęboki oddech „Ale musiałbym ci pokazać. On jest… nie wiem, nieprawdopodobny? Nie, to nie tak. On jest niesamowity. Czułem i widziałem wszystko z twojego punktu widzenia.”

„Uh… co masz na myśli?” niepokoję się nieco.

„Przyśnił się dzisiejszej nocy. Ale najbardziej niewiarygodne było to, że ty byłaś z jakimś innym X5, którego nazywałaś Alec.”

Wciągam gwałtownie powietrze do płuc, a Max patrzy na mnie z niepokojem.

„Co…?” zamiera. Ale nagle ziemia zaczyna się trząść, praktycznie zrzucając nas z klifu. Ląduję spokojnie na ugiętych kolanach; Max tyle szczęścia tudzież poprawionych genów nie miał i do moich uszu dociera pełen bólu jęk. Ale wygląda na całego, więc szybko kieruję moją uwagę w stronę klifu.

„Co to do diabła było?” szemrzę.

„Nie wiem. Chodźmy się dowiedzieć.” Max wstaje z wysiłkiem, po kilku sekundach przykłada dłoń do swojej kostki. Delikatne światło obejmuje zranioną kończynę, która nadzwyczaj szybko zdrowieje. Fajny z nas duet. Ja, jego miłość, się nie ranię, on, moja eks miłość, swoje zranienia naprawia tak szybko, że nawet nie zdąży to do niego dotrzeć. Powinni napisać o nas książkę, chociaż podejrzewam iż z wątkiem transgenicznych w tle nie sprzedawałaby się tak dobrze. Hm, a potem nakręciliby na podstawie książki film… Albo może nie, serial. Taki dla młodzieży. Pomyślmy… Troje kosmitów w średniej szkole, nie znających nic o swojej przeszłości i młoda dziewczyna, która nabija w butelkę naiwnych klientów-ufomniaków w rodzinnej restauracji, krzyżują ścieżki swojego losu przez głupi, przypadkowy strzał… Dziewczyna zostaje ranna i umiera, ale to nie koniec tej historii, proszę państwa. Otóż jeden z kosmitów kocha tę dziewczynę i nie wyobrażając sobie życia bez niej…

Stop.

Potrzebuję psychiatry. Bardzo potrzebuję psychiatry.

~ * ~

Zachód słońca kładzie się barwnymi promieniami na powierzchni pustyni, wydobywając wszelkie cienie z jej zakamarków. Stoję znów na klifie, czekając na szeryfa Valentiego, by odwieźć go do Roswell.

Jednego dnia dowiedzieć się, że zostanie się dziadkiem i tego samego dnia stracić dwoje dzieci. Potrząsam głową, widząc jak schodzi powoli ze wzgórza. Mimo odległości czuję zapach jego łez.

Przeklinam „nowoczesną” technologię, kiedy dzwonek mojej komórki przepędza wieczorną, przyjemną ciszę. Niech żyją politycy, nikt inny teraz do mnie nie zadzwoni. Odbieram.

„Witam ponownie, panie prezydencie.” mówię spokojnie, chociaż czuję wielką ochotę cisnąć aparatem jak najdalej. Hm, ciekawe, jak daleko rzucają X5. Nigdy tego nie sprawdzałam. Może czas najwyższy? Ostatnie godziny na Ziemi, muszę zebrać jak najwięcej miłych wspomnień… Ale nie, wiceprezydent tego pięknego kraju jest szefem rady, która stała za Manticore i kilkoma innymi najtajniejszymi sekretami wojskowymi. I technicznie rzecz biorąc, K-Pax wciąż pod nich podlega. A z nim ja.

„Uwaga bazy zostanie odwrócona o właściwej godzinie. Luka będzie wynosić dokładnie 15 minut, admirał Peterson zapewnił mnie o tym osobiście.”

„Czy są jeszcze jakieś rozkazy dla mnie na ten wieczór?” pytam się obojętnie, dobrze wiedząc, co sobie teraz myśli. To spalona misja. Wysyłać kogoś od nas na kilka lat na inną planetę… czyste szaleństwo. Zwłaszcza kogoś, kto najwyraźniej przyjaźni się z obcymi i nieraz rozkazy przełożonych miała w nosie. Liczy się tylko misja. Tak, tak, wiem, co o mnie myślą. „Nie? To dobrze. Mam małe plany.”

„594, nie zostałaś…”

„Tylko pożegnać się z bratem.” przerywam arogancko. Politycy! Powinni wysłać ich do Psy Ops, naprawdę dogadaliby się ze stałymi bywalcami. „Ostatecznie, to moja jedyna rodzina przez krew, panie prezydencie. Nawet my, poprawieni genetycznie, ją mamy.”

O czym tym, mądralo, nie masz pojęcia. I szczęście, że wszyscy uważacie, że moja więź z bratem jest nieaktywna i została zniszczona w grudniu 1989 roku. Inaczej życie Biggsa byłoby koszmarem.

„Sektor wokół Roswell zostanie ostatecznie zabezpieczony około północy. Blokada potrwa do czwartej rano.”

Wznoszę oczy do nieba. Wiem. Nie chcą niepotrzebnych świadków. Ale nie musisz mi przypominać planu. Przeszłam przez niego miliony razy.

„Proszę uważać na siebie. Powodzenia.”

„Dziękuję.”

Chowam cudo techniki dwudziestego pierwszego wieku i schodzę z klifu. Nasedo wychodzi z jaskini, wciąż umazany po poprzedniej awanturze z Kalem, która skończyła się małą demolką naszej bazy. Kalowi nie podobało się, że Isabel unika go ostatnio. Argumenty, iż chce się pożegnać z ziemską rodziną i przyjaciółmi jakoś nie chciały trafić do niego. Dopiero potężny pokaz władzy między dwoma czystymi obcymi uspokoił sytuację. Przy okazji Jim Valenti przekonał się, jaką siłą dysponuje Nasedo… Cóż, facet nie bez powodu został obrońcą. To wstyd, że wykorzystywał takie możliwości do zabijania.

„Zrobione.” mówi ponuro „Kal naprawdę mnie dzisiaj wkurzył. On coś kombinuje. Trzeba go przycisnąć przed odlotem.”

„Możemy go unieruchomić i uwięzić na statku.”

„Co z drugim pilotem, 594?” pyta się cierpko „Do rozruchu potrzeba dwóch pilotów, zapomniałaś? Nie mogę być w dwóch miejscach na raz, silniki muszą się rozgrzać.”

Psiakrew, dlaczego w Manticore nauczyli mnie obsługi tego badziewia?

„Więc złapmy go teraz, zanim wrócę do Roswell.” denerwuje mnie ta sytuacja. Muszę porozmawiać z Maxem i pożegnać się z bratem. „Wciśnijmy go w komorę, nie zdąży nawet pisnąć.”

„W takim razie trzeba będzie odlecieć wcześniej. Nie jesteśmy w stanie zakłócać sygnałów radarów w bazie na tak długo.”

„Wytrzyma tych osiem godzin, spokojnie.”

„Osiem godzin łącznie z opuszczeniem atmosfery ziemskiej. A zanim ją opuścimy, trzeba sprawdzić kilka rzeczy.”

„Przecież wiem. Wrócę zanim obwód się zamknie.”

„W takim razie w porządku. Kal jest przy granilicie.”

Wchodzę do ciemniejszego pomieszczenia. Na lewo od wejścia dość krótkie schody prowadzą do położonego niżej pomieszczenia, mieszczącego nasz statek. Tess jest w środku, pewnie sprawdza mocowania swojego bagażu. Ona zabiera najwięcej stąd. O dziwo. Ale pewnie chce pokazać jak najwięcej rzeczy swojemu dziecku, kiedy się urodzić. Pokazać coś, co pochodzi ze świata jego ojca.

Jestem tolerancyjna, nie krzywię się na widok związków X5-ludzie, ale pomysł dziecka Tess i Kyle’a jakoś nie trafia tak do końca do mnie. Wydaje się nierzeczywisty. Może jestem zazdrosna, że Tess będzie miała dziecko. A może wściekła, że przez nią musimy opuścić planetę i odlecieć do obcego świata.

Unoszę klucz i boczna ścianka statku opuszcza się bezgłośnie w dół. Wskakuję do środka, zanim nawet pokona połowę swojej drogi. Lepiej, by nikt tego nie widział, ani nie słyszał.

Ściana zamyka się za mną hermetycznie, potem kolejna warstwa i pomiędzy nie wpływa błyskawicznie płynny izotop. Moje ciało jest już tak przyzwyczajone, że nawet nie czuję jego wpływu.

Moje poprawione zmysły wychwytują świst powietrza. Uchylam się w ostatnim momencie i błyskawicznie łapię napastnika za szczękę i unoszę w powietrze. Wiem, jak Kal tego nie cierpi.

„Co jest, dowiedziałaś się już?” rechocze. Mrużę oczy ze złością. Co temu pajacowi chodzi po głowie? Chce grać, zagramy, decyduję się po chwili.

„Może.”

Kal uśmiecha się ironicznie… lub robi podobny grymas. Wciąż nie mam większego pojęcia, czy obcy potrafią to, czy to tylko moje złudzenia by przetłumaczyć sobie język ciała obcych.

„Te napisy były naprawdę artystyczne, co nie?” śmieje się jeszcze głośniej. Delikatnie zmieniam ułożenie palców na jego szyi. Kal marszczy brwi, nieznacznie zaniepokojony, ale wciąż bardzo pewny siebie.

Napisy?

„Nie ośmielisz się. Masz rozkazy. Nie zrobisz czegoś, co skieruje Królewską Czwórkę przeciwko ludziom.”

Napisy… napisy… Cece.

„Tak?” przyciągam go bliżej, ani na moment nie zwalniając uścisku; wręcz przeciwnie, Kal zaczyna robić się coraz bledszy, nawet z tą jego szarą skórą „A mnie się wydawało, że już dawno powinnam stanąć przed sądem za niesubordynację.”

Rzucam go o ścianę ładowni. Głuchy odgłos przechodzi przez statek.

„Wiesz, Kal, po tylu latach obserwowania mnie z boku, i po tych trzech latach kiedy naprawdę wiedziałam, co jest moim obowiązkiem, powinieneś nauczyć się już, że nie toleruję ataków na moją rodzinę. Próba morderstwa mojej bratowej raczej się do tej kategorii zalicza.”

„Próba?” charczy, cofając się nieco.

Uśmiecham się dziko, z prawdziwą satysfakcją oglądając błysk przerażenia w jego czarnych oczach. Tak, wyraz twarzy X5 może przerażać do szaleństwa.


„Aha.” kiwam głową i kontynuuję w konwersacyjnym tonie „Widzisz, znam eks-władcę Antaru, który potrafi nie tylko uzdrawiać, ale i ożywiać. Kyle dla przykładu. A teraz Cece.”

Ryk wściekłości ucina jeden cios. Naprawdę, Antarianie mają ciała jak worki kartofli. Są słabsi niż dzieci i niewiele więksi od nich. Walka z nimi bez ich władz jest wręcz poniżeniem.

Wzdycham. Ujmuję szare nadgarstki i wlokę nieprzytomnego Kala do centrum statku, gdzie są komory podtrzymujące życie pasażerów. Eks-chłopaka Isabel czeka nieprzyjemna niespodzianka, kiedy się obudzi. Będzie daleko stąd. Będzie związany. Będzie pozbawiony wsparcia Isabel i jej lojalności.

Życie jednak nie jest tak do końca do bani.

Tyko dlaczego muszę odlecieć? Wzdycham miękko, zamykając kilka minut później komorę, w której facet spędzi najbliższe kilka miesięcy. Kyle i hybrydy tak samo, ale oni będą w stanie komunikować się ze sobą. Płyn wypełniający ich ochronne komory jest znacznie, znacznie gęściejszy. Niemal jak w inkubatorach. Niedługo sama poznam to uczucie. Nie na długo, ale jednak… ciekawe, jak moje poprawione płuca zniosą oddychanie substancją mającą ponad 90% zawartość tlenu? Reszta to w większości izotop… niestety. Nie będzie miło na początku.

Szczęście, że większość spędzę poza komorą…

„Liz? Jim czeka na ciebie.” głos Maxa nawet przy otwartym głównym promieniu wciągającym dociera do mnie bardzo słabo. Cóż, czas powrócić do mojej smutnej rzeczywistości, do obecnego czasu. Do czasu pożegnań.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *