Toy Soldiers (28)

28.

Siedzenie na pustynnym klifie nie należy do najprzyjemniejszych zajęć na tej planecie. Gorąca skała jest niewygodna, grudniowe słońce pali mój odsłonięty kark.

Siedzę i rozmyślam. Nad przyszłością, która przestała istnieć.

Czasem wszyscy potrzebujemy pozwolić odejść przeszłości… lub przyszłości.

Bo nagle, teraz po trzech latach, zrozumiałam jedną ważną rzecz. Dzięki mojemu braciszkowi, oczywiście. A co myśleliście? Że wydedukowałam to sama? Gdzie tam. Czasami jestem bardziej ślepa niż walenie. No wiecie, rodzaj wieloryba.

Wina. To mnie naprowadziło. Biggs winił się za coś, na co nie miał najmniejszego wpływu… dochodził do wniosków na podstawie własnych wspomnień i wiedzy, z bardzo subiektywnego punktu widzenia. Coś, co uważał, że się zdarzyło, niekoniecznie musiało się zdarzyć.

Nie mogę uwierzyć, iż dotychczas nie myślałam o tej ewentualności. Wydawała mi się zbyt niewiarygodna… poza tym zawsze Alec był ze mną i mi pomagał.

Dotąd mogłam zaprzeczać, że dzieje się coś złego. Zaprzeczenie jest błogosławieństwem. Tylko kiedy rzeczywistość rzuca ci kolejne dowody w twarz, przestaje to być tak fajne. Zaczyna być paskudnie.

Coś niewłaściwego dzieje się w moim ciele. Czuję to, czułam to chyba od czasu ostatniego okresu godowego. Minął ponad tydzień. Przeżyłam najcięższy atak epilepsji u X5, w dodatku w połączeniu z koszmarem na jawie. Chryste, ja przestałam oddychać! Gdyby nie Alec, prawdopodobnie nie żyłabym już. A potem… potem niby wszystko wydawało się w porządku. Ale za każdy razem, kiedy zasypiam, moje sny pełne są dręczących koszmarów, z których nawet Biggs wyciąga mnie z prawdziwym trudem. Więc śpię tak mało, jak tylko to możliwe. Nie odbija się to oczywiście na mojej kondycji, X5 mają w sobie wystarczająco wiele genów od kuzyna rekina, by coś takiego mogło mieć miejsce. Tylko, że strach zaczyna krążyć w mojej krwi. Genetycy coś zepsuli we mnie. I nie ma już Manticore ani jego laboratoriów, by można to naprawić.

Progeria… czy cokolwiek tam innego działo się z moim ciałem. Progeria, przeciwko której jedyną bronią przez lata był mój układ odpornościowy, wzmacniany regularnie blokerami zawierającymi co najmniej pięciokrotnie silniejszy tryptophan niż ten w tabletkach, który dostałam w TC. Progeria, którą teraz zwalczam bez większego trudu dzięki tryptophanowi z Meta-Chem.

Jezu, zabijając Nasedo w tamtym czasie, popełniłam praktycznie samobójstwo. Zaangażowałam białe krwinki w walkę z ogromną ilością izotopu, zapominając, iż dopiero co niemal zawrócono mnie znad grobu.

Nic dziwnego, że Nancy tak szybko mnie wtedy wyleczyła. Wiedziała, że wystarczy chociaż chwilowo naprawić chemię mojego mózgu, by mój organizm sam zwalczył większość objawów progerii.

Ja nie żyłam. Dlatego pamiętam cztery miesiące… do tamtej chwili… musiałam wtedy umrzeć. Albo stracić przytomność i nigdy jej nie odzyskać.

Umarłam w rękach Aleca i on nic nie mógł zrobić. Patrzył bezsilnie jak poddaję się atakowi choroby, nie mogąc temu zapobiec, nie mogąc ochronić po raz kolejny osoby, którą kochał.

Zimno skrada się do mojego ciała, mimo wrzącej gorączki hormonów w moim ciele.

Cofnięcie się w czasie wcale nie musiało oznaczać, że to ja jestem temu winna. Tak samo jak Biggs nie jest winny temu, że mnie nie pamiętał. Ktoś wyrwał mu tę pamięć z głowy, ale w sercu… coś zostało mimo wszystko. Miał wrażenie, że ktoś tam jest specjalnie dla niego. Ja.

Co takiego potwornego wydarzyło się w tamtej przyszłości, iż trzeba było użyć granilithu? I kto pomógł Michaelowi lub przejął jego wiedzę i kontynuował badania jak użyć granilithu w czasie, skoro zarówno ja, jak i Surinah, już nie żyłyśmy?

Alec? Biggs?

Oni nie wiedzieli. Żaden z nich nie wiedział.

Nie zwierzyłam im się nigdy z największego sekretu mojego życia. Z czegoś, co w końcu ukształtowało mój charakterek po tamtym sierpniowym wieczorze. Coś, co sprawiało, że byłam tak niepewna kiedy to przychodziło do czegokolwiek związanego z moją relacją z Aleciem. Naszego związku. Teraz, kiedy jestem świadoma tylu rzeczy, kiedy rozumiem w końcu i widzę we właściwym świetle tamte wydarzenia… Jak bardzo raniłam Aleca będąc tam niepewną jego, nas, że aż został wampirkiem? Że każdego dnia pokazywał, jak bardzo chce właśnie mnie, nikogo innego i ja nawet nie wiedziałam, że to robi…

I na sam koniec umarłam w jego rękach. Spełniłam jego najgorszy z koszmarów, coś, czemu nie mógł nawet poświęcić myśli, tak dla niego było przerażające stracić znowu kogoś, kogo kochał.

Ja… nie powiedziałam mu tego. Że go kocham. Że nauczył mnie ponownie czuć. Mieć nadzieję. I tak wiele innych wspaniałych rzeczy, które stanowią o życiu.

I mogę tylko obwiniać siebie. Własne strachy i niepewności. I nasze ostatnie chwile były… raniące? Łzy cisną się do moich oczu, kiedy przypominam sobie jego zdziczałe, spragnione spojrzenie skierowane we mnie, a potem jego rozklekotany głos „Jak mogłaś w ogóle pomyśleć, że mógłbym cię zranić?”.

I nagle już nie żałuję, że odeszłam z Piwnicy tej nocy. Gdybym została tam jeszcze kilkanaście minut, niechybnie skończyłoby się to mną i obecnym Aleciem w łóżku. Konsekwencje byłyby… straszne. Stałabym się znowu kimś ważnym w jego życiu i pewnego dnia zraniłabym go równie mocno jak mnie Max z przyszłości.

„Liz?” słyszę niepewny głos.

Gniewnym ruchem ocieram łzy i odzywam się grubym głosem, nad którym nawet nie mam ochoty zapanować. Po co?

„Czego chcesz, Max?”

Przystaje niepewnie, najwyraźniej nie bardzo wiedząc co powiedzieć… albo wie i boi się jak to zostanie odebrane w chwili mojej słabości. Zimno i bezosobowo.

Kochany Max. Dawny, stary Max, martwiący się o wszystkich, z dużym sercem i chłopięcym idealizmem. Jak utrata mnie mogła tak wpłynąć na wypaczenie jego charakteru?

Prosta odpowiedź na proste pytanie. Kochał mnie.

Zabawne, że dopiero teraz to widzę. Pytanie, które w tamtej przyszłości było do końca zadrą w moim sercu, która nijak nie chciała się zagoić, teraz wydaje mi się tak głupie.

Uczucia nie są logiczne. Prowadzą cię nieraz do miejsc, z którego nie ma już odwrotu.

„Mogę usiąść obok ciebie?”

Zaskoczona odwracam się i niepewnie spoglądam na niego. W końcu wzruszam ramionami.

„To wolny kraj.”

Max wzdycha i ostrożnie obniża się na rozgrzaną skałę. Po kilku sekundach jego nogi wiszą nad klifem tuż obok moich. Musimy dziwnie wyglądać. Dwoje młodych ludzi, w dziwnych grubych i ciemnych ubiorach w promieniach pustynnego słońca.

„Wiesz, że przez następne cztery miesiące nie będziemy mogli porozmawiać prywatnie?” pyta się mnie miękko i trochę nieśmiało. Nie wiem, co mu biega po głowie, ale najwyraźniej czekał na to do ostatniej chwili „A tam… gdziekolwiek w końcu się znajdziemy, czeka nas nieznane. Możemy nie dolecieć, może cokolwiek pójść nie tak… systemy podtrzymujące życie mogłyby zawieść…”

„Max!” przerywam, starając się stłumić smutny uśmiech. Chcę zostać sama i w samotności lizać sercowe rany. „Pleciesz. Jeśli wciąż wahasz się, czy powiedzieć cokolwiek masz zamiar, to może jednak tego nie mów. Nie wszystko potrzebuje ujrzeć światło dzienne. Niektóre sprawy mają się o wiele lepiej w ciemnych wilgotnych zaułkach, gdzie nie docierają promienie słońca.”

Przełyka nerwowo.

„Masz rację. Ale… jednak coś potrzebuję powiedzieć i tylko boję się twojej reakcji. Wiesz, czy nie uznasz mnie za szaleńca… wariata… albo nie posądzisz mnie o nieudolną próbę zdobycia twojego serca.”

Podnoszę ciekawie brew.

„Teraz mnie zaintrygowałeś.”

„Obiecujesz, że wysłuchasz mnie do końca… nie wyśmiejesz… i nie poruszysz więcej tematu?”

Skręcam palce obu dłoni za plecami.

„Obiecuję.”

„Słowo skauta?”

„Aha.”

„Liz! Nigdy nie byłaś skautem!” jęczy we frustracji, a ja wzdycham lekko. Jakoś w tej chwili Max przypomina mi samą mnie. Dawną, niepewną, nieśmiałą dziewczynę, która nie miała pojęcia o powodzie, dla którego żyła, a pamięć Manticore głęboko zagrzebała w umyśle. I jakoś trafia to prosto do mojego serca. Max nie zamienił się w tamtego szalonego Maxa. Właściwie to w dwóch z trzech znanych mi czasów był w porządku… I ostatecznie uratował moje życie. Nawet jeśli ten strzał był zaplanowany przez Surinah, by wsadzić mnie do grupy obcych i zyskać ich zaufanie bez ujawniania mojej tożsamości.

Zawijam rękę wokół jego ramienia i ściskam lekko. Nie jestem przyzwyczajona do fizycznego kontaktu z innymi ludźmi, tym bardziej z Maxem, ale to jest miłe.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *