Toy Soldiers (27)

27.

„Trzy… dwa… jeden…” mruczę, patrząc w nocne rozgwieżdżone niebo. Nie muszę się odwracać, by wiedzieć, kto wyszedł za mną z Piwnicy.

„Wiesz co, 531? Powinieneś potrenować. Życie wśród ludzi uczyniło cię niezmiernie głośnym.”

„Hm, ja bym powiedział, że życie wśród ludzi uczyniło cię dość pewnym siebie. Przyzwyczaiłaś się dostawać coś, co chcesz.”

Podnoszę sceptycznie brew. Dostawać to, co chcę… Naprawdę zabawne. Chociaż może jest w tym iskierka prawdy.

„Co masz na myśli?” wciąż patrzę w niebo. Jutro w nocy znajdę się tam… u góry.

„Faceci w klubie zastanawiają się, co rąbnęło Aleca.”

To łapie moje zainteresowanie. Odwracam wzrok od gwiazd i patrzę się na niego. Odeszliśmy od Biggsa i Cece, ale zanim tak naprawdę zdołaliśmy wymienić szczegóły, przysiadł się Cody i dwoje innych X5. Cóż, ich spojrzenia, pełne niedowierzania, kursowały najczęściej na Aleca…

„On nigdy nie reagował tak na kobiety.”

Parskam.

„Czy my mówimy o tym samym X5 – 494? O panie jeśli-pragnę-dziewczyny-to-daję-jej-to-do-zrozumienia?”

Cody krzyżuje ręce i patrzy się na mnie sceptycznie.

„Co tu się naprawdę dzieje, 594? Najpierw Alec dosłownie oszalał, teraz ty… mimo rui wychodzisz sobie w środku najbardziej publicznej gry wstępnej, jaką widziałem w jego wykonaniu…”

„Nie masz pojęcia, do czego 494 jest zdolny…” szemrzę bezgłośnie.

„…i to wobec dziewczyny, która podobno jest poważnie zajęta od trzech lat.”

Zamykam oczy. Siedziałam tam sobie, dość rozbawiona, ledwie reagując na wyraźne aluzje Aleca i usiłując znieść nadmierną ciekawość X5-tek, kiedy nagle poczułam, że to wszystko… to po prostu coś niewłaściwego. To nie jest mój Alec.

A może nie nagle… Może to zawsze tkwiło we mnie i ja tylko przez ruję zapomniałam o tym i dałam się ponieść fantazji, że przez chwilę może być jak wtedy. Alec z tej rzeczywistości nie jest mój. To nie jest ten sam facet, który swoim zawadiackim humorkiem pomagał mi zaadaptować się do nowego życia, tulił mnie przy atakach progerii, czy kochał się ze mną jakby nie było jutra… To nie on. Ale tak ciężko wytłumaczyć to mojemu ciału, ogarniętemu gorączką rui. Psiakrew, fizycznie to ten sam człowiek i moje ciało to pamięta.

„Pamiętasz, co powiedziałam o mojej pamięci ruchowej? Że to jak walka z wiatrakami?”

Kiwa głową, oczekując najwyraźniej ciągu dalszego.

„Nie byłam dokładnie szczera, mówiąc że mnie nie chciał. To kłamstwo i niesprawiedliwość. Ale będąc z nim… nic innego nie było ważne. Porzuciłam misję i wszystko zaczęło się sypać.”

„Ktoś nie mógł przejąć jej za ciebie? Jezu, ile lat tu wytrzymałaś?”

Zagryzam wargę. Mocno, boleśnie, aż do krwi.

„Nie, nikt inny. Tutaj chodziło o mnie samą. Wszystko kopnęło w kalendarz. W końcu ktoś użył urządzenia zwanego granilith by to naprawić… ale dla jakiegoś powodu ja pamiętam każdy szczegół tego, co się wydarzyło. Może ktoś to zostawił jako memento, ostrzeżenie? Jezu, nie mam pojęcia. Każdego dnia budzę się do świata, którego nienawidzę.” garbię ramiona ze zmęczeniem „494 to jak obuch w głowę. On.. i 494 byli identyczni genetycznie. Całkowicie, kompletnie identyczni.”

Bo to była jedna i ta sama osoba.

„Nawet z 493, którego 494 jest klonem, nie jest tak zgodny genetycznie.” szemrzę cicho i nawet nie mam pojęcia, czy Cody mnie słyszy „Trzy lata wytrzymałam z dala od wszystkich, wiedząc, iż jeśli w końcu nawiążę kontakt, nie będę mogła się powstrzymać i spróbuję mieć to samo z 494, co z nim. Ale to nie będzie. Alec… lepiej go otrzeźwijcie, moje feromony są dostosowane do jego DNA. On pewnie nawet nie wie, co go uderzyło.”

„Co się z nim stało?” Cody pyta po kilku chwilach milczenia, kiedy już moja mała spowiedź dotarła do jego głowy. Ja odwracam swoją, w reakcji na spodziewane pytanie. On tylko musiał zadać to pytanie. Ale po co? Ono i tak jest bezcelowe.

„Przez użycie granilithu…” przełykam ciężko, czując pod powiekami łzy. Dyscyplina, 594. „Wymazano wszystko, co sprawiło, że odstąpiłam od misji.”

„Jezu…” Cody mamrocze „Zamordowano go, ponieważ ty chciałaś się z nim parzyć?”

Mrugam zaskoczona, bezskutecznie powstrzymując łzy. Rozmazują mój makijaż, muszę zapewne wyglądać jak idiotka… X5 w rui, szlochająca za partnerem, którego miała w innym czasie… Na Blue Lady, straciłam rozum.

„Nie.” mówię powoli „Nie zamordowano go… ani nikogo innego, na kim mi zależało. Oni po prostu przestali istnieć.”

Cody podnosi zaintrygowany brew, ale już nie komentuje. On czuje, że to część wiedzy, którą nigdy się z nim nie podzielę.

„Wiesz… wśród nich był także ktoś, kto uczył mnie tego, w czym ty jesteś dobry.”

Na Blue Lady, po co ja to mówię…

„Bardzo mi go przypominasz. On… także chciał parzyć się z dziewczyną, która straciła partnera w pożarze Manticore i w skutek późniejszych wydarzeń. Nie wiem, dokładnie, kiedy. I wiesz co? Uderzyła w nią ruja, wcześniej niż się spodziewała i on tam był, jak zawsze, gdzieś w jej pobliżu.”

„I co się stało?” pyta się ciekawie. Zapewne porównuje wszystkie historie o Xtkach jak szalony…

„Na początku trochę to pomieszało, ponieważ ona nie miała pojęcia, że mu się podoba. Myślała, że to tylko feromony… stracili chwilę na wyprostowanie kilku rzeczy, ale do samego końca byli szczęśliwi.”

„Oni oboje… przestali istnieć?” pyta się, ostrożnie spoglądając na mnie. Kiwam głową i kontynuuję historię.

„Dużo mnie nauczył, jeśli chodzi o informacje, chociaż był odpowiedzialny za całokształt mojej sprawności… przeważnie była to teoria, jak szukać, jak podchodzić… często jakaś historia z bazy danych Manticore. Komentował moje głupie przygody podczas rui, poprawiał błędy i znosił moją irytację na pewnego blond X5. A było co znosić…”

„Brzmi jak niezły przyjaciel.”

Teraz ja zerkam na niego zaskoczona. Gdyby tylko wiedział, że mówię o nim… ale nie wolno mi. Gryzę się w język. Moje hormony zdecydowanie szaleją, a wizja zostawienia Ziemi na co najmniej 8 lat albo, co bardziej prawdopodobne, na zawsze, robi coś dziwnego mojemu ciału i mojej głowie. Jakby tu było wciąż coś, co mnie trzyma… ale tak przecież nie jest. Nawet Biggs mnie nie zatrzyma. Już nie, decyduję mocno w duchu. Albo będę miała wszystko, albo nic.

„Tak. Był.”

Cody odwraca się, zdążając do klubu, najwyraźniej uznając moją wolę zakończenia rozmowy. Wzdycham. Powiedz mu coś jeszcze… chociaż podziękuj. Nie musi rozumieć, nie musi wiedzieć… Jezu, jak korci.

„Cody?”

„Tak?” zatrzymuje się na chwilkę.

„Zapomnij o tej ludzkie dziewczynie. Nie należysz do niej.”

Patrzy na mnie ze złością. Wiem, że wciąż częściowo jest przywiązany do niej. To, co przyciągnęło go do niej na początku, wciąż przecież gdzieś tam jest i obojętnie jak twardo on zaprzecza, nie uwolni się od myśli o niej, póki nie znajdzie innej stałej partnerki.

„To nie jest twoja…”

„Moja.” moja twarz jest teraz bezemocjonalną maską „Związek między dwoma X5 może być czymś naprawdę wspaniałym. Ale tylko wtedy, kiedy należysz tylko do tej drugiej osoby. Na tej zasadzie to działa.”

„Jesteś stuknięta, wiesz?”

„Wiem. Wtrącam się w nie swoje sprawy i uzurpuję sobie prawo do mówienia ci jak żyć?” najlepsze wydanie mojego uśmieszku a la Alec jest na miejscu „Przez cztery miesiące w całym moim życiu byłam szczęśliwa jak diabli, mimo że wszystko wokół mnie się waliło… oddałabym wszystko, by mieć to, co wtedy, ale to niestety niemożliwe… i szlag mnie trafia, kiedy widzę, jak inni powielają moje błędy. Och, i jeszcze jedno. Nie mów 494 o istnieniu jego. Nie chcę, by znowu zaczął szukać zagubionych X5.”

Cody odwzajemnia się tym samym uśmieszkiem.

„Nie ma sprawy. Mogę… uspokoić go, za kilka dni, kiedy ciebie już nie będzie. Po dzisiejszym wieczorze, kiedy opadnie gorączka, zacznie myśleć i wszystko poskłada wyjątkowo szybko…”

Oby nie. Oby nie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *