Toy Soldiers (23)

Naturalnie, kiedy wreszcie Maleństwo i Alec się stykają, nie może być spokojnie ani bez podtekstów;)

23.

Miejsce, w którym półtorej godziny później popijam moją drugą whisky tego wieczora nie przypomina zbytnio Crash… Raczej z lekka Blowfish Tavern.

Właściciel jest eks-żołnierzem, który walczył w wojnie w Wietnamie. Z wojny wrócił jako psychiczny kaleka, wpadł w alkoholizm i długi. W końcu skończył w nieciekawym przybytku jako barman i po kilku latach obserwowania baru i zachowań klienteli, zaczął myśleć o swoim.

Ten istnieje w Roswell od ponad roku i zdecydowanie wyrósł na turystycznym boomie. Dawni konserwatywni mieszkańcy miasteczka przyjęliby zapewne taki lokal z oburzeniem, ale we mnie budzi on lekkie rozrzewnienie. Skąpo odziane kelnerki, stoły do bilarda i kilka… innych form rozrywek. Pomimo to Piwnica zdecydowanie nie jest dla klientów, którzy trwają od pierwszego do pierwszego, co znacznie ogranicza… pewnego typu klientelę, którą ubrałabym w nazwisko Hank Guerin.

Cody stawia swoje piwo na brzegu stołu. Spoglądam na kufel, potem na niego. Opiera się na kiju i przygląda z dość dziwnym wyrazem twarzy. Mrugam. To raczej nie mój zapach wprowadził go w takie zamyślenie. Tak. Ten wyraz… cudu… nie gości często na jego twarzy.

Przenoszę spojrzenie z powrotem na bile i w końcu delikatnie uderzam w białą. Podnoszę się z triumfem. Ładny strzał. Przechylam głowę, lustrując obecne ułożenie. Nie jest dokładnie takie, jak chciałam. Jestem dość rozkojarzona. Z utęsknieniem myślę o końcu rui. Te dwa dni i trzy noce to zawsze jest ogromny ładunek hormonów, z którym moje ciało musi sobie poradzić.

„Jest tu kilkoro znajomych.” Cody rzuca niby przypadkowo.

„Aha.” Przymierzam się do strzału „Naliczyłam siedemnaście X5 i może z czwórkę X6.”

„Niezła jesteś!” śmieje się.

„Och, proszę!” kręcę głową „X-serie zostały zaprojektowane w charakterystyczny sposób. Niektórych X5 znam z widzenia…”

Tak, jasne. Z widzenia ze zdjęć prócz tych stałych mieszkańców Roswell.

„…a X5 podczas zabawy trzymają się razem.”

„Fakt. Mało kto dorówna nam w piciu, jeśli nie jesteśmy w stanie zalać się na amen.”

Podnoszę ironicznie brew.

„Tak sądzisz?”

„No dobrze. Może dziewczyny potrafią. Ważą mniej.”

„Tak sądzisz?” powtarzam uprzejmie „Byłam świadkiem kompletnego zalania…” upijam łyk z mojej szklanki, lód brzęczy dźwięcznie o ścianki „Zgadnij. Męski czy żeński transgenik?”

„Facet?” zdumiewa się „Nie słyszałem o nikim, kto potrafiłby się upić prócz 494… Ale on to inna historia.”

„To był 494.” zniżam głos. Oczy Cody’ego rozszerzają się w szoku. „Uprzedzając pytanie, tylko widziałam… z daleka waszą imprezę po poprawce do Konstytucji.”

Kiwa głową w potwierdzeniu. Wbijam kolejną bilę.

„Zrób mi przysługę…” patrzy na mnie błagająco w stylu jestem-słodki-szczeniaczek. Potrząsam głową. X5 mają niewielki dodatek psiego DNA, ale zdecydowanie umieją wyciągnąć z niego maksimum korzyści.

„Hm?”

„Bądź dziś miła dla 494.”

„Co?” przez moją głowę strzela gwałtowne uczucie strachu. Szybko opuszczam większość barier. On jest tutaj. Przełykam nerwowo. Siedzi przy stoliku z Danielem niemal po drugiej stronie głównej sali.

Muszę się stąd wydostać. Szybko, zanim zrobię coś naprawdę głupiego.

„594?” dopiero po chwili orientuję się, że Cody mówi do mnie „Co jest?”

„Tylko dość ostry skan.” potrząsam głową i upijam łyk. Chryste, potrzebuję czegoś mocnego w tej chwili… To nie jest dobra chwila na stratę opanowania. Wrzucić na luz. Uśmiecham się. „Biggs właśnie zmierza w naszą stronę.”

„Co masz na myśli?” patrzy się ciekawie.

„Jakaś mila od nas, w naszym kierunku. Jest z Cece i jest szczęśliwym facetem.”

„Grr, nie chcę wiedzieć, dlaczego jest szczęśliwy. Ale wracając do 494… spełnisz moją prośbę?”

Podnoszę pytająco brew.

„Ok. Ale wisisz mi napój. I wyjaśnienia później.”

„Och, jestem pewny, że będziesz się ich później domagać…” mamrocze pod nosem, ale oczywiście wszystko słyszę „Ok. Czas na plan.” zaciera ręce, ale patrzy na stół… i mruga w zdziwieniu „Wygrałaś, nie dając mi nawet okazji na przymierzenie się do strzału.”

„Nie powinieneś pozwolić, by pani rozbijała.” głęboki, melodyjny męski głos dźwięczy w moich uszach na równi z alarmem. Wiej, gdzie pieprz rośnie, 594.

Alec wchodzi na podwyższenie. Jednocześnie kątem oka dostrzegam Marię… przy sąsiednim stole, pochylającą się do strzału. Silikon się jej wylewa. Teraz naprawdę powinnam uciekać.

„Nie twoja klasa, Cody!” mówi z rozbrajającym uśmiechem niewiniątka, chociaż jego oczy ostrzegają wyraźnie, by spływał. Jezu, on czuje feromony. RATUNKU! Ja chcę z powrotem do próbówki.

Coś w mojej postawie musi mnie jednak zdradzać, bo Alec zdecydowanie zmienia ton.

„Pozwolisz mi uratować honor 5 serii?” pyta się znacznie mniej sugerująco.

Napięcie wcale nie chce zostawić mojego ciała. Czy on wie, że jestem X5? Nie, o ile mnie nie powiąże z Saliną. Mój zapach przez układ odpornościowy jest inny. Dzięki ci, o Surinah!

Alec już rozstawia bile. Cody wysyła mi ostrzegawcze spojrzenie za jego plecami, po czym rozgląda się po sali za Aniel. Czego on może chcieć? Miła w jaki sposób? Chyba nie…?

Nie, raczej nie. My, X5 mamy z lekka fioła na punkcie przyjemnej aktywności fizycznej, ale nie zachowujemy się jak stręczyciele. Wygląda na to, że muszę wycierpieć krótką grę. Muszę go ograć i zwiać.

Kogo oszukujesz, 594? Marzysz, by zagrać w tę grę, i to nie kulami od bilarda.

Rozbicie.

„Więc…” ósemka ląduje w kącie. Ładny strzał. Alec podnosi na mnie oczy, które tańczą przez całą sylwetkę. Jego wzrok nie jest natrętny, raczej zdecydowanie doceniający. Dwa metry dalej stoi Maria i patrzy się na nas dezaprobująco. Och, Blue Lady, ratuj. „Do jakiej części należałaś? Twój zapach wydaje się bardzo znajomy. Musieliśmy się spotkać w którymś momencie szkolenia.”

„Przed 1989.” przyznaję ostrożnie, sprawdzając jego reakcję. Nie kojarzy mojej twarzy. To dobrze. Ale jest coś w jego twarzy…

„Zabawne.” wbija bez trudu kolejną bilę, nawet na nią nie patrząc. Jego wzrok jest przymocowany do mnie. Widzę, że naprawdę usiłuje sobie mnie przypomnieć. „Jesteś już trzecią poprawioną genetycznie spotkaną w ciągu kilku dni, której nie pamiętam, a powinienem. Czy to jakaś lokalna specyfika południa Stanów czy może już epidemia?”

Na ustach ma ten swój uśmieszek, ale czuję, że ten fakt go martwi. Martwi.

„Ty mi powiedz, panie ja-nigdy-nie-zapominam-twarzy.” śmieję się w szermierce, usiłując rozładować napięcie. Z drugiej strony moje ciało marzy o innym rozładowaniu, ale muszę to zignorować. Muszę się opanować. Rzucenie się na Aleca nie jest opcją.

„Widzę, że dzisiaj ten tytuł przypada tobie.”

„Co się stało z mądralą, błyskotliwymi odpowiedziami i bezustanną… gotowością?”

Chryste, hormony dobrały się do moich systemów sterowania strunami głosowymi w moim mózgu. Zamykam buzię, ale o trzy sekundy za późno. Psiakrew.

Och, i ten uśmieszek drapieżnika spoglądającego na bezbronną ofiarę przed polowaniem wraca w pełnej krasie. Alec rozluźnia się, ale jednocześnie dekoncentruje. Pudłuje. Świetnie. Chociaż to przyniósł mój niewyparzony język.

„Dzisiaj mądrala potrzebuje… pomocy.” toczy słowa na języku, mam ogromny problem na skupieniu się na ich treści zamiast na ich nieznacznie, ale jednak zapraszającym, tonie. Nasze spojrzenia krzyżują się na dłuższą chwilę, oceniające, zapraszające, walczące… spojrzenia poprawionych genetycznie. Rozbijam ten pojedynek pierwsza, zanim zabrnie za daleko. Alec bezgłośnie uznaje swoje odrzucenie. Wie, że chociaż moje ciało się domaga uwagi, moja głowa się nie zgadza. Oczywiście nie znaczy to, że mniej lub bardziej ostrożnie nie stara się wpłynąć na moją decyzję, zachowując jednocześnie dystans. Pochyla się, gotów do kolejnego strzału. Czarna. Hm, czy on przed chwilą nie spudłował?

„… więc co chcesz?”

Wynikamy gwałtownie z naszego wzajemnego małego świata, rejestrując w końcu, gdzie jesteśmy i całe nasze otoczenie. Niebezpiecznie blisko Aleca stoi Maria, z kuszącym uśmiechem. To były jej słowa… końcówka zdania. Ale co mówiła wcześniej?

Alec dalej spogląda na tor białej i przesuwa się nieznacznie. Widzę, jak walczy o koncentrację. Jego policzek nieznacznie drga przy zaciśniętej szczęce. Jego spojrzenie wędruje do mnie przez stół i zakotwicza się gdzieś na moich ustach. Palce nieznacznie przebiegają po kiju. Miękko, samymi koniuszkami. Wręcz niedostrzegalnie dla ludzkiego oka. Ale kij ustawia się pod absolutnie doskonałym kątem.

Strzela, wciąż patrząc na mnie.

Umarłam i jestem w raju.

„Khm.” podnosi się, patrząc na stół. Wówczas zauważa obecność jakiejś małej blond obok siebie. Sięga do kieszeni. „Kolejna godzina gry.” wciska w jej dłoń banknot. Przywołuję całą moją żelazną kontrolę, by moich ust nie ozdobił koci, zadowolony uśmiech… i zawodzę. Maria otwiera swoje usta i zamyka, niema w szoku, upokorzeniu czy czym tam jeszcze. Zupełnie jak ryba. Scenka zaczyna przyciągać uwagę kilku zwyczajniaków… bo dam głowę, że z całą pewnością naszą grę obserwuje już od dawna ponad dwadzieścia par poprawionych genetycznie oczu.

„Ttyy… Ty…” Maria wręcz pluje w oburzeniu. Zwalczam chęć zaproponowania jej chusteczki. Wówczas Alec orientuje się, jaki popełnił nietakt. Tak, jasne, orientuje się. Drapieżnik eliminuje każdą przeszkodę, która dzieli go od upatrzonej ofiary.

„Och… przepraszam panią.” uśmiecha się niewinnie, przepraszająco… tak, jasne… co on zaraz strzeli? Wstrzymuję oddech, podobnie jak kilku innych wokół. „Oczekiwałem kogoś z obsługi, nie panią.

„Och…”

Alec przechyla głowę, rzuca mi krótki błysk, zdecydowanie sugerujący, co myśli o blondi, ale jakoś umykający uwadze tej blondi. Doprawdy, język ciała jest o wiele wymowniejszy niż wszelkie najbardziej wyszukane słowa. Kiwam nieznacznie głową, w pozwoleniu i aprobacie, by się zajął przez ułamek naszego czasu przeszkodą-Marią.

Gody poprawionych genetycznie są czymś tak wiele więcej niż czystym przewracaniem się w pościeli.

Do moich uszu dociera miękki śmiech Anieli. Gdybym była w stanie usłyszeć podniesienie kącików ust, dam głowę, że usłyszałabym co najmniej dwadzieścia osobnych dźwięków.

„Proszę pozwolić kupić sobie napój na przeprosiny. Naprawdę nie zamierzałem być niegrzeczny. Byłem tylko… oderwany od otoczenia.”

Marzeniami o tym kociaku z tobą, na tobie, pod tobą, gorącym, chętnym, skłonnym… lamentującym twoje imię… Nie sądziłem, że kiedykolwiek doczekam się chwili, kiedy ciebie trafi tak samo jak mnie. Ale nie zazdroszczę stary… coś czuję, że ta mała już do kogoś należy. Przynajmniej częściowo.

Moje oczy nieznacznie się poszerzają. BIGGS!!!

Kiedy on do diabła pokonał tę odległość, dzielącą nas wcześniej?

Natychmiast podnoszę bariery. Myśli mojego braciszka, chociaż niezmiernie ciekawe z mojego punktu widzenia, to nie jest coś, na czym teraz chcę się skupić. Po za tym nie chcę, by coś przypadkiem poślizgnęło się ode mnie w jego stronę.

Alec przywołuje kelnerkę jednym stanowczym gestem. Dziewczyna wdzięczy się do niego. Chowam uśmiech, upijając łyk. Niewiele zostało… a mi jest gorąco. Bardzo.

„Napój dla… tej pani, jaki sobie zażyczy.” mówi stanowczo, patrząc jednocześnie wyczekująco na blondi… i przerwa przed zwrotem ‚dla tej pani’ całkowicie jasno sugeruje, iż życzy sobie poznać jej imię. Imię przesławnej, znanej i rozpoznawanej na najdalszym kątku globu mega gwiazdy Marii DeLuca.

Boże, nie mogę.

Kontrola, 594. Nie waż się roześmiać.

Maria marszczy nieznacznie brwi, kiedy dociera do niej znaczenie niewypowiedzianego zapytania o imię.

„Może nie.” mówi łaskawie po chwili, jak królowa udzielająca audiencji; przysięgam, jej zwoje w mózgu muszą teraz dymić z przegrzania by wymyślić jaką ripostę… niemal widzę parę unoszącą się z uszu… „Wystarczą mi przeprosiny.”

Odwraca się na pięcie i znika w głębi sali, najwyraźniej niezdolna odpłacić się. Alec uśmiecha się zwycięsko i szepcze konspiracyjnie do kelnerki, ale tak, by siedzący niedaleko jeden zwyczajniak – tylko jeden – zdołał go usłyszeć.

„Co to była za tleniona inteligencja?”

„Jest… pani DeLuca jest znaną piosenkarką.” otrzymuje wyjaśnienie razem z ciepłym uśmiechem, kelnerka wciąż czeka na zamówienie. Po jej nagłej szczerej sympatii do 494 widzę, że ta stała klientka Piwnicy nie cieszy się nawet odrobiną jej sympatii.

„Co? Ona? Jej głos przypomina raczej zgrzyt zardzewiałego gwoździa o metal.” szemrze w naprawdę nieudawanym zaskoczeniu. Tym razem słyszę to tylko ja.

„Mówisz to jako facet czy jako X5?” podnoszę wyzywająco brew.

„Jakoś nie jestem w stanie się rozdwoić… Zdecydowanie, wolę być jednym ciałem.” mamrocze z lekkim uśmiechem.

Zdecydowanie, Alec wykorzystuje swój poprawiony mózg w konwersacjach. Nie, żeby to było marnotrawstwo…

„Kolejna whisky dla ciebie?” pyta się, patrząc jednocześnie na stół… potem sam potrząsa głową nieznacznie.

„Coś zimnego.” rzucam obojętnie, sięgając po moją skórzaną kurtkę i wyciągając telefon. Wibruje jak szalony. Patrzę na id dzwoniącego i wzdycham smutno.

Politycy.

Dlaczego K-Pax musi być tak uwikłany w polityczne bagno? Obyłabym się bez niego.

„Zaraz wracam.” Alec rzuca mi spojrzenie zranionego szczeniaka, ale nie protestuje kiedy bez słowa mijam go i kieruję się w stronę zapasowego wyjścia.

Życie jest do bani, kiedy jesteś obrońcą. Zdecydowanie wolę życie X5.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *