Toy Soldiers (21)

21.

No dobrze, zaczynam wierzyć, że Święty Mikołaj przybył do miasta… To chyba wpływ przedświątecznej atmosfery. Ale po prostu nie spodziewałam się, że nagle, po czternastu latach odzyskam przyjaciela, członka mojej jednostki.

Życie bywa dziwne, nieprawdaż?

Ale jeszcze bardziej mnie dziwi, że Kal nie zareagował. Naprawdę. To jest niezwykłe. Zazwyczaj dostawał szału na samą wzmiankę, a ja tu paraduję po Roswell w towarzystwie przystojnego X5. Gdyby wiedział o mojej zbliżającej się rui… uch, miałabym przechlapane.

Cody zostaje do świtu, po czym zabiera Ami. Naprawdę nie mam ochoty rozstawać się… to były jedne z najprzyjemniejszych godzin w moim życiu. I chociaż musiałam wyjaśnić mu parę rzeczy, by trzymał buzię zamkniętą, szczerze żałuję, kiedy zamykam za nim drzwi nad ranem. Sąsiadów co prawda mam niewielu, ale za to wścibskich… mam nadzieję, że Kal niczego się od nich nie dowie. Ale jak znam życie, Kal opłaca zapewne połowę z nich, by podawali mu szczegóły mojego zachowania.

Po jego wyjściu porządkuję trochę moje rzeczy. Nie chcę zostawić zbyt wiele śladów. Wiem, że lecimy najwcześniej za trzy dni, mam jeszcze trochę czasu… ale mimo wszystko smutno mi.

Spotkałam Aleca. Spotkałam Cody’ego. Spotkałam mojego brata i uratowałam z Maxem moją bratową. Wszystko powinno być w porządku… ale nie jest. I nie tylko moja głowa to wrzeszczy. Moje ciało też.

Cody… przebywanie obok niego budzi zakopane wspomnienie. Bezpieczny, złożony zapach. Zapach Biggsa. Już nawet nie więź, ale samo wspomnienie fizycznej obecności obok, sprawia, że łzy cisną się do moich oczu.

Więc wychodzę z domu, wsiadam na motor i pędzę po prostu przed siebie. Przypomnieć sobie, dlaczego to musi się tak skończyć.

~ * ~

Czasem, kiedy życie przypomina karuzelę emocji, my X5, mamy dwa sposoby, by się z tym uporać.

Po pierwsze, możemy się wyłączyć. Zamknąć emocje. Jak przy zabójstwach na zlecenie…

Jezu, czy ja naprawdę to rozważam? Zamienienie się w zimnego, pozbawionego emocji żołnierza? Teraz, w moich ostatnich godzinach na Ziemi?

Kiedy jednak parkuję wieczorem maszynę pod domem Evansów, do moich uszu dochodzą ni mniej ni więcej wrzaski Isabel. Wychodzi na to, że znów muszę schować własne problemy. Ale może będzie dobrze… w końcu zajmowanie się cudzymi to drugie standardowe wyjście.

Szkoda tylko, że te problemy są także moje. Isabel sprawiająca problemy to więcej kłopotu dla nas, obrońców. I cokolwiek jej przeszkadza, cokolwiek powoduje jej histeryczną odmowę opuszczenia Ziemi na statku kosmicznym… cóż, to wzmacnia jej faszystowski charakterek.

Step by step,heart to heart, left right left

We all fall down like toy soldiers

Mrugam zaskoczona i nieruchomieję wpół kroku przed drzwiami Evansów. W następnej sekundzie jednak pojmuję, skąd wzięła się ta melodia w mojej głowie.

Biggs ją nuci.

Wzdycham. Wróciłam do Roswell przed kwadransem i więź już mnie dopadła. Naprawdę wspaniale. Chyba będę musiała poprosić Cody’ego o przysługę, by wywiózł 593 z dala ode mnie. Ja po prostu nie wytrzymam, walcząc z rują, pragnieniem kontaktu z własną rasą, rodziną, chęcią spotkania Aleca i usiłując podołać obowiązkom. Coś się zawali. Nie jestem superwoman. Już nagięłam znacznie zasady. Cody. Ami. Alec. Cece.

Chociaż Alec to nie moja wina. Naprawdę nie wiedziałam, że on będzie w tym sklepie. To jakiś dziwny skręt fatum, zachcianka bogini losu.

Nie kłopoczę się z grzecznością i wchodzę do domu nieproszona. Przez sekundę czuję się nawet rozbawiona, rozumiejąc, że nikt nie zauważył mojego przybycia.

Grr, wiem, że jestem malutka nawet jak na żeńską X5, ale nie aż tak!

Szczęście, że starszych Evansów nie ma w domu. Szczęście, ponieważ wszystko w salonie lata wokół. Moje uszy ranią krzyki i płacz Isabel.

To nie jest histeria. To jest rozpacz.

Faceci i ich nie pojmowanie kobiecej duszy. Jak Nasedo mógł uznać to za histerię i strach przed odlotem? Tutaj dzieje się coś, co przeoczyłam. Niedobrze.

Oczyszczam dość energicznie gardło, ale to nie pomaga. Isabel niepomna otoczenia, naprzeciwko Michael usiłujący ją przekonać i do tego Max usiłujący ją pocieszyć i uspokoić. A w tle uśmiechające się ironicznie, mierzące tyle samo wzrostu co ja i świecące jasno coś, co ludzie popularnie zwą ufoludkiem. Ach, przynajmniej sądzę, że Nasedo uśmiecha się ironicznie.

Gdzieś po okolicy chodzi Kal.

Łapię latająca w powietrzu piękną zastawę stołową, niewątpliwie prawdziwą zabytkową porcelanę i stawiam ją ostrożnie na stoliku tuż przed oczami Isabel. To pomaga. Faszystka Isabel nie zniesie rzeczy nie na swoim miejscu… co ją wytrąca na chwilę z szału. Na wystarczającą chwilę, bym zdążyła powiedzieć parę słów.

„W ten sposób nic nie osiągniesz. Zmusimy cię do odlotu. Powiedz, co się dzieje, a może to nie będzie konieczne.”

Isabel prostuje się dumnie i gwałtownie. Odgarnia włosy z twarzy, ociera część łez i patrzy na mnie z niechęcią.

„Nigdy nie wybaczę ci oszustwa.”

„Jakby mi na tym zależało.” mój ton jest tak arogancki i bezczelny, że nawet Alec byłby ze mnie dumny. Siadam po turecku na stoliku tuż obok porcelany i patrzę się na zgromadzonych obcych. „Wow. Jestem pod wrażeniem. To jakiś zjazd mających w sobie obce DNA istot?” pytam się ironicznie.

„Niee.” Nasedo wzrusza swoimi wątłymi ramionami. Angielski brzmi niesamowicie w ustach świecącej istoty. Tym bardziej ludzki język ciała. Mrugam w konsternacji. Najbardziej obcy z obcych i ludzkie odruchy? W jakim alternatywnym wszechświecie się znalazłam?

Po drugiej myśli stwierdzam, że to naprawdę może być alternatywny wszechświat. Psiakrew, to jest alternatywny wszechświat, alternatywna rzeczywistość. Nie ma co ukrywać, sama przyczyniłam się do takiego a nie innego jego kształtu… Więc może zamknę moją buzię i nie będę narzekać. Sama naważyłam tego piwa.

„Ok.” odpowiadam ostrożnie „Jesteście facetami, więc wytłumaczę prosto. Isabel jest zrozpaczona, nie rozhisteryzowana. Jasne?”

Kiwają energicznie głowami. Nawet Michael Kamienna Ściana Guerin. Żaden nie chce być w oku cyklonu, jak zerwie się huragan faszystki Isabel. Mają doświadczenie z tym, raczej nieprzyjemne. I zapewne mają równie wielką nadzieję, że ja załagodzę sytuację.

„Dlatego zamiast ją wkurzać powinniście poznać problem i starać się go rozwiązać. Siedzimy w tym razem, pamiętacie?”

Kumają. Dobrze.

Zwracam spojrzenie na Isabel. Niestety nie mam chusteczek, ale Królowa Lodu Roswell po prostu używa mocy, by poprawić swój wygląd. Skubana, dobra jest w tym.

„Nie wiem, co jest twoim problemem, Isabel. Nie obchodzi mnie twoja niechęć do mnie. Żyłam z nią przez długi czas i odkrycie moich kart nie zmienia wiele w mojej sytuacji. Więc przestań zgrywać rozkapryszoną księżniczkę i weź się w garść. I rozejrzyj wokół. Myślisz, że Michael, Kal czy Max nie mają innych zajęć przed odlotem? Jezu, mamy dwa dni na tej planecie. Trzeba skończyć przygotowania. To czas pożegnań. Nie sądzisz, że Max wolałby cieszyć się ostatnimi chwilami z waszymi rodzicami zamiast usiłować się przedrzeć przez twoje przedstawienie?”

No cóż, moje słowa działają jak zimny prysznic. Właściwie lodowaty, biorąc pod uwagę temperaturę spojrzenia Jej Wysokości.

„Nasi rodzice jeszcze nie wiedzą.” oznajmia wyniośle.

„Słyszałam, że nie chcecie im powiedzieć. W porządku. To wasza rodzina i nic mi do waszej decyzji.” zwracam jej niewypowiedziane oskarżenie spokojnie, nie pozostawiając wątpliwości, że tak myślę. Bo tak myślę. Tylko Isabel i Max mogą o tym zadecydować, ich rodzina jest w niebezpieczeństwie niezależnie od tego, czy coś wiedzą czy nie. Ale powiedzenie prawdy wiąże się też z ryzykiem, że nie zostaną zaakceptowani… i wiem, że Isabel obawia się odrzucenia jak nikt inny tutaj. Ona zawsze była związana ze swoimi ludzkimi rodzicami, podobnie jak ja z Jeffem.

Ramiona Isabel spadają w cichej rezygnacji.

„Dzięki.”

Michael zamierza coś powiedzieć, ale rzucam mu ostrzeżenie, by się nie mieszał. Wiem, co myśli na ten temat. Dzięki Marii stracił prawie całą nabytą wiarę w ludzi.

„Isabel, dlaczego uważasz, że twoja rodzina i obrońcy nie mogą ci teraz pomóc? Czy kiedykolwiek opuściliśmy naszą straż? Zawsze będziemy za tobą, popierając cię. Ale jesteśmy też grupą. Czas, żebyś zwróciła trochę danej tobie lojalności. Twoja przyjaciółka będzie miała dziecko. Odmawiając odlotu, prosisz o to, by je zabiła. Proszę, wyjaśnij nam, co jest twoim problemem. Nie mogę ci obiecać, że zaniechamy powrotu… ale zrobimy wszystko, by rozwiązać twoje problemy. Może nawet zrobiliśmy. Ty wciąż wiele nie wiesz.”

Isabel gryzie nerwowo wargę. Trafiłam w sedno.

W końcu wzdycha ciężko, siada na schodach obok Maxa, kuląc się w ramionach.

„Chodzi o Kala.”

Patrzę na Nasedo z niepokojem i mruczę cicho rozkaz.

„Zatrzymaj go. Idzie ulicą od południa w naszą stronę, jakieś sto metrów.”

Nasedo znika natychmiast. Michael otwiera w zdumieniu usta.

„Skąd wiesz?”

„Jestem dość utalentowana, wiesz?” zbywam go „O co dokładniej chodzi, Isabel?”

Po twarzy blond księżniczki spływają cicho łzy.

„On… nie wiem nawet, kiedy zaczęłam to zauważać. Chodzi o to…” ociera nadgarstkiem łzy, z irytacją i gniewem na samą siebie „…on nie ma żadnego szacunku dla ludzkiego życia. Czasami mam wręcz wrażenie, że on bawi się mną. I nawet nie tylko dla ludzkiego życia. Ci wszyscy Skórowie… Wiem, że oni byli wrogami, chcieli naszej śmierci tak bardzo, że przylecieli za nami. Ale to nie usprawiedliwia mordu 83 istot. I jak on o tym mówił! Z takim chłodem, obojętnością! A to przecież jego własny gatunek, rodacy!” pochlipuje „Nie mogę z nim być… mam wrażenie, że mój związek do niego wciąga nas w jakąś otchłań, prosto w pułapkę.”

Pozostaję cicha przez kilka minut. Z początku naprawdę nie wiem, co powiedzieć, co jej doradzić… aż wreszcie decyduję, że to jest czas powiedzieć prawdę.

„Nie wiem, co od niego usłyszeliście…” zaczynam powoli, bardzo powoli. Trudno przyznać się do zabójstw z zimną krwią. Wojna czy nie… zabiłam. Wielokrotnie. „Ale to nie Kal zabił tych Skórów.”

Czuję, jak niedowierzające trzy pary oczu spoczywają na mnie. Z rezygnacją pochylam głowę.

„Wszyscy, co do jednego… Ja ich wytropiłam, zaplanowałam i przeprowadziłam likwidację.” przełykam bolesną bryłę w gardle.

„Dlaczego ty?” Michael ledwo oddycha w szoku i niedowierzaniu.

„To musiało zostać zrobione… Nasedo stracił rozum. A Kal…” zaciskam wargi z niechęcią „To psychol, jeśli chcecie mojego zdania. Isabel ma w tym względzie rację. Ale on nie zdołałby odnaleźć obcego na tej planecie, nawet, jeśli potknąłby się o niego na prostej drodze. On o tym wie, zawsze wiedział. Dlatego właśnie chciał stworzenia mnie. Nie dla waszej ochrony, ale po to, by ktoś za niego zabijał.”

W pokoju panuje nieprawdopodobna, złowroga cisza. Żadna z hybryd nie patrzy na mnie.

„To moje prywatne zdanie… ale Nasedo też tak sądzi, chociaż nigdy go nie wypowiedział. Ludzie stworzyli Manticore i poprawionych genetycznie żołnierzy nie po to, byśmy ratowali innych, ale po to, żebyśmy wykonywali za nich czarną robotę. A kiedy nie chcieliśmy… oni znajdowali sposób, żebyśmy to robili. Z tymi Skórami… było inaczej. To był mój wybór. Zabić ich albo wiecznie oglądać każde wasze ramię i modlić się, by oni nie ściągnęli żadnej rządowej agencji na nas.”

„Liz, nie zdołałabyś tego zrobić!” Max protestuje cicho. Jego złote oczy płoną współczuciem.

„Nie wiesz tego!” protestuję spokojnie „Właściwie jestem dość pewna, że zdołałabym. To wymagałoby niezłego planowania i współpracy z waszej strony. Jestem X5, Max. Ale w przeciwieństwie do was, wiedziałam, że ta opcja jest bardziej ryzykowna… K-Pax jest misją zerową, poza tym Kal miał na muszce tych X5, z którymi łączą mnie jakieś więzi. Jeśli zawiodłabym w którymś momencie i któremuś z was spadłby włos z głowy, moi zwierzchnicy wydaliby rozkaz zlikwidowania mnie, a Kal z czystą radością zabiłby mojego brata, jego żonę i zapewne każdego napotkanego później X5. Może nieprzyjemnie wam tego słuchać, ale wybrałam życie mojej rodziny zamiast waszego rodzaju.”

„Mówiłaś, że Kal nie zdołałby wyśledzić Skóra, a co dopiero X5.”

„Nie. Ale on jest na tyle głupim psychopatą, że sama jego obecność na Ziemi gwarantuje kłopoty prędzej czy później.” biorę głęboki oddech „Wbrew pozorom, nieaktualne już informacje, które posiada, mogą nam bardzo zagrozić. I znając jego, pewnie wciągnąłby w swoją zemstę was.”

Isabel nagle traci opanowanie i zaczyna szlochać.

„Dlaczego nigdy nic nie powiedziałaś? Chciałaś, by Is była z tym psycholem? Jak mogłaś pozwolić na to, by Isabel była z nim?” Michael atakuje mnie „A może też zagroził, że zabije twoją bezcenną rodzinkę mutantów?”

Potrząsam głową.

„Dorośnij, Guerin. Isabel potrzebowała kogoś. Kal, o ile miał swoją księżniczkę dla siebie, był dla was niegroźny. Zresztą, nie sądzę, żeby ktokolwiek z was uwierzyłby mi w odpowiednim czasie, by zapobiec ich związkowi.”

„Może nie uwierzylibyśmy, ale trzeba było nas ostrzec!” ryczy.

„I?” pytam się szyderczo „Przestań się wściekać i zacznij myśleć jak żołnierz. Nie tylko nie uwierzylibyście mnie, ale i grupa zaczęłaby się chwiać. Nie widzisz, co się dzieje teraz, kiedy Isabel sama to widzi? Podejrzliwość, oskarżenia, brak zaufania. To było jedyne logiczne wyjście. Pierwsze, czego nauczyłam się w Manticore obserwując dowódców. Zawsze będą decyzje, które musisz podjąć za innych. Ja byłam odpowiedzialna i ja jestem odpowiedzialna za was na równi z Nasedo.” mówię tak zimno, że to wreszcie dociera do Kamiennej Ściany „Niemniej tkwimy w tym bagnie razem i wolałabym, żebyście zdawali sobie z tego sprawę. Cokolwiek zrobi jeden z was, oddziaływuje na pozostałych. Jak ciąża Tess.”

Nastrój powoli opada. Oddycham z ulgą.

„Isabel?”

„Tak?”

„Nie zostawimy tego skurczybyka na ziemi. Będzie zabijał. Zabierzemy go ze sobą, ale przytrzymamy pod kontrolą. Nie musisz z nim być. Jeśli poczujesz się zagrożona z jakiegoś powodu, daj mi znać. A do czasu odlotu… lepiej, by Max albo Michael albo Tess towarzyszyli tobie. Staraj się przebywać wiele w miejscach publicznych. Kal nie zaryzykuje zawalenia się jego drogi do domu przez atak w miejscu publicznym. Pamiętaj, że on chce wrócić. Nie zrobi nic, co by przekreśliło jego szanse powrotu z tobą na Antar.”

„Liz?” Isabel podnosi się z wahaniem, jej oczy wpatrzone są jasno we mnie

„Co?”

„Naprawdę zabiłaś… ich wszystkich?”

„Co masz na myśli?”

„Powiedziałaś tych Skórów, nie wszystkich.”

„Ach…” mamroczę w zakłopotaniu „Jest ich jeszcze sześcioro. Nie zabiłam ich, ponieważ nie stanowią żadnej groźby. Zintegrowali się z ludźmi, mają rodziny, uważają Ziemię za swój dom i chcą zapomnieć, że kiedyś służyli Kivarowi. Troje z nich, kobiety, ma dzieci z ludźmi.”

„Co?”

Wzdycham.

„Dzieci. Przeliterować?”

„Ale Tess…”

„To są czyste Antarianki, Isabel, nie hybrydy. One mają skóry, powłoki, chroniące ich od atmosfery i tak samo chronią one ciążę. A kiedy dzieci się rodziły, ich płuca były już w pełni rozwinięte. Są mieszańcami, naturalnymi mieszańcami. Wyglądają przeważnie jak ludzie, ale ich budowa wewnętrzna częściowo odbiega od ludzkiej. Życzę im tylko, by na ich trop nigdy nie wpadła banda naukowców.”

„Dziękuję!” Isabel nagle wiesza się na mojej szyi. Zaskoczona odciągam jej ramiona. „Dziękuję, że pozwoliłaś im żyć!” szlocha.

Krzywię się. Czuję wielkie pragnienie, by zaśpiewać, jak mój brat…

Bit by bit, torn apart, we never win

But the battle wages on for toy soldiers

Step by step, heart to heart, left right left

We all fall down like toy soldiers

„Jestem żołnierzem. Nie mordercą, Isabel.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *