Toy Soldiers (2)

2.

Oczywiście kilku X5 zdryfowało do Roswell. Wiem też doskonale, że w Rogers Base pracuje cały oddział z Dywizji Pustynnych. I moje życie stało się piekłem, kiedy pierwszy z nich… zgadnijcie kto?… przeniósł się do Roswell. Cody. Tak, dokładnie. Nie dlatego, że musiałam unikać wszystkich poprawionych genetycznie, ale dlatego, że dzień w dzień walczę z pokusą powiedzenia do nich chociaż cześć. I niestety wiem, że to się nie spodoba Alexowi.

Nie powiem, jaką wiązankę wyrzuciłam, kiedy Susan – siostrzenica pani Whitman – zaczęła się widywać z Cody’m.

Susan ma 21 lat, jest typem dość przeciętnym, ale za to wybitnie zorganizowanym. Zatrudniłam ją przy otwieraniu drugiej restauracji w Roswell w połowie 2002 roku i została tam jako zastępca kierownika. Cody zamieszkał niedaleko i jako wychowanek Manticore uwielbia wszelkie nie-do-końca-zdrowe-jedzonko. Stał się stałym klientem… i poznali się przy okazji jakiejś imprezy bożonarodzeniowej dla stałych klientów. Cóż, temat Manticore był dość drażliwy jeszcze, a Cody nie krył swojego kodu kreskowego… Ale w końcu Susan przekonała się, że prócz wojskowego drygu jest facetem jakich mało.

Ale to też znaczyło, że ja muszę unikać Cody’ego jak to tylko możliwe. Generalnie X5-tki poznają inne X5-tki. To postawa, sposób poruszania się, język ciała, wygląd… Każdy szczególik mógł zdradzić. Zgroza. Nie mówiąc już o przekleństwie żeńskich X5: rui. Męscy X5 reagują na to. Bardzo wyczulone zmysły wychwytują feromony niczym radar.

Ale Susan nie unikam. Nawet poradziłam wątpiącej dziewczynie, by słuchała własnego serca a nie gadki z telewizji czy sąsiadów.

Nie wiem, jak to się skończy… boję się jak diabli. Tego, że mój brat zapłaci za moje nieposłuszeństwo – Kal nie pozostawił najmniejszej wątpliwości, co się stanie, jeśli zrezygnuję z umowy. Wszystko dla mnie jest jedną wielką niewiadomą.

„Podać coś jeszcze, proszę pani?” Sue, drobna blondyneczka i kelnerka od czterech miesięcy, uśmiecha się zachęcająco. Wzdycham, patrząc na niemal nietkniętą zimną kawę. Mam ochotę wyjść, lecz wiem, że przy wyjściu siedzi Cody. Nie muszę odwracać głowy. Ja to wiem. Jego identyfikator wrzeszczy w mojej głowie od ponad pół godziny. Więc raczej tu zostanę.

„Właściwie… to czemu nie. Wezmę dużą pizzę neapolitańską z podwójnym serem. Do tego koktajl mleczny, tylko nie truskawkowy.”

Sue uwija się szybko ze złożeniem zamówienia do kuchni. Siedzę więc dalej, oglądając świat wokół mnie i myśląc o moim bracie bliźniaku. Mam niepokojące uczucie w moim żołądku, że coś jest nie tak. Nie wspominając już nawet o tym, że w tej przyszłości on i Cece są tylko przyjaciółmi… Nie zdążyli oficjalnie być parą. Cece jest w śpiączce od dwóch lat.

„Mogę się przysiąść?” Susan nie czekając na moją odpowiedź klapie na krzesło naprzeciwko. Składam więc powoli papiery w schludny stosik. Ta dziewczyna… ech, nic już. Niech się wygada i pójdzie.

„Jakiś problem?”

„Aha.” pochyla się ponuro nad blatem. Ma nieszczęśliwą minę.

„Faceci.” wnioskuję „Nabroił coś?”

„Nie.” wzdycha żałośnie „To ja. Ale nie wiem, co takiego złego zrobiłam. Zdenerwował się, kiedy zobaczył mój prezent na Mikołajki. Wczoraj zaprosiłam go do nas na święta. Nie wiem, wyglądał chyba na zdenerwowanego, ale w końcu grzecznie odmówił.”

Patrzę na nią sceptycznie.

„I w czym ja mam pomóc?”

„Nie wiem… przyjrzyj mu się. Zawsze celowałaś w ocenie zamierzeń innych ludzi… Czy mogłabyś…?”

Wiecie, ile myśli przebiega w głowie X5 podczas 1 sekundy?

Ja chyba mam jakieś geny procesora bitwy. Ponieważ wyszło mi, iż prawdopodobieństwo mojej odmowy wynosi 4%.

Więc lepiej postawić na zwycięską opcję.

„Super.” Susan rozjaśnia się niczym słoneczko „Chodźmy, przedstawię cię.”

Biedna dziewczyna. Nie ma pojęcia, że Cody słyszy naszą rozmowę. Przez te ostatnie miesiące najwyraźniej nie zdołała przyzwyczaić się do lepszych zmysłów. Za jej plecami przewracam oczami i sięgam automatycznie do kieszeni, by wyłączyć komórkę. Nie chcę rozmowy z Alexem teraz.

„Cody, jeszcze nie spotkałeś mojej kuzynki, Elizabeth Parker. Liz, to Cody Tarn.”

Znamienne. Nie powiedziała ‚mój chłopak’. Chyba nie nadążam za dzisiejszą młodzieżą.

„Hej.” mówię spokojnie. Cody unosi nieznacznie swoją brew. Przypomina mi nieco Aleca, kiedy coś napsocił.

„Hej.” kiwa głową. Lustracja wypadła pomyślnie. „Przysiądziesz się?”

Siadam naprzeciwko. Cody podnosi pytająco dzbanek kawy. Sue na szczęście śpieszy już z moim zamówieniem. Susan nerwowo porusza się na krześle obok, ale mnie cisza nie przeszkadza. Zapomniałam już, jaką przyjemność może przynosić zwyczajne przebywanie ze swoim rodzajem. Spokój i bezpieczeństwo także temu towarzyszy. Ogromna część mnie pamięta Cody’ego i chociaż znałam go ledwie cztery miesiące, stał się dla mnie prawdziwym przyjacielem. Poza tym… w powrotem, w domu, zanim zdarzył się luty 1989, Cody był częścią mojego oddziału.

Czy wspominałam już, że uwielbiam pamięć ruchomą mojego ciała? Właściwie bez udziału mojej woli po prostu odprężyło się, odsuwając troski kłopoty na dalszy plan. Chyba jednak zamiar unikania x5-tek był dość chybionym pomysłem…

Tymczasem Susan staje się coraz bardziej nerwowa. Walczę z ochotą zatkania jej paplających ust kawałkiem pizzy. W końcu nie wytrzymuję i zasłaniam usta serwetką. Kąciki drgają niebezpiecznie. Po dwóch sekundach znów narzucam sobie dyscyplinę. Ludzie bywają naprawdę zabawni… tylko wciąż nie wiem, o co biega tutaj. A może pojedyncze pytanie – „przysiądziesz się?” było dokładnie tym, czym brzmiało. Nie miał nic przeciwko mojemu towarzystwu, nie zapraszając jednocześnie Susan. Hm, to jest ciekawa myśl.

„Susan…” mówię spokojnie. Dziewczyna urywa w pół słowa. Wzdycham wewnętrznie. „Czy przypadkiem nie pracujesz teraz?”

Raz… dwa… trzy… i zrozumienie świta w jej oczach. Niemal zrywa się z krzesła.

„Masz wstrząsający wpływ na swój personel.”

Uśmiecham się, kończąc mój koktajl. Sue podchodzi i dolewa mi bez słowa do pełna. Lubię ją. Jako pierwsza z tutejszych pracowników złapała w mig moją fiksację mlecznymi produktami.

„Masz wstrząsający wpływ na płeć przeciwną.”

Parska ironicznie. Hm, ciekawe, naprawdę ciekawe. Co takiego zmajstrowała Susan, że Cody nie chce mieć z nią do czynienia? Oj, dziewczyno, coś mi się wydaje, że zraniłaś mojego przyjaciela.

Opieram się o oparcie, odsuwając talerz z pizzą. Klapanie Susan odebrało mi apetyt. Ale koktajl piję. Tryptophan i wszystkie te substancje…

„Więc…” podnoszę na niego swoje brązowe oczka „Chciałbyś opowiedzieć kompletnie obcej osobie, jak to pewna żeńska przedstawicielka rasy ludzkiej kompletnie nie rozumie godów wśród transgenicznych?”

Cody nie ukrywa zaskoczenia.

„Jesteś niezłym psychologiem.”

Taaa… Jasne. Jestem emocjonalnym wrakiem.

„Chociaż może nie… jesteś zbyt bezpośrednia na to.”

Wiedziałam, że pod tą genetycznie poprawiona czachą kryje się kilka szarych komórek.

„Powiedzieć Susan, by dała sobie spokój?”

Wzrusza ramionami. Jest nonszalancki. Niedobrze.

„Byłbym wdzięczny.”

„Ok.” zatwierdzam ostatecznie wyrok, dopijam koktajl i wstaję. Nim robię dwa kroki, zatrzymuje mnie ręka Cody’ego. Chryste, praktycznie rozmazuje!

„Zaczekaj.”

„Hm?”

W jego oczach widzę otwarte zaproszenie do zawarcia bliższej znajomości. Na szczęście nie w sensie biblijnym. Po prostu ktoś, przy kim się nie udaje.

„I tak siedziałam tu dłużej niż mogłam.”

„Cóż tak nie cierpiącego zwłoki?”

Myślę o liście, ułożonej przez ostatni tydzień w mojej głowie. Chryste, będę musiała odwiedzić ze trzy centra handlowe, targ świąteczny i trzy apteki. A tak w ogóle, to muszę albo zmienić samochód na dostawczy albo pojechać motorem. Motor – dobra wymówka, niech przyślą mi wszystko do domu.

„Przedświąteczne zakupy.” krzywię się. Nie przepadam za zakupami, zwłaszcza w tym okresie czasu. Dużo ludzi, przypadkowego tłumu, kiczowata muzyka i kolejki. Niebezpieczeństwo czyhające z każdego kąta. I nie mówiąc o tym, że łazi za mną trzech tajnych wojskowych nie wiadomo po co.

„Pytanie z tych nie całkiem na serio: Czy ty jesteś kobietą?”

Krzyżuję ramiona.

„Dlaczego sądzisz, że powinnam uwielbiać zakupy?”

„Większość uwielbia. Twierdzą, że to ich relaksuje.”

„Znam o wiele przyjemniejsze i tańsze sposoby relaksu…”

Będę skręcać się w piekle.

„… niż przedzieranie się przez tłum rozhisteryzowanych fanów zawartości tutejszych sklepów.”

„Co jeśli będzie to przedzieranie się we dwójkę?”

„Jesteś uparty.”

„Tylko jak każdy X5.”

„Każdy X5 ma dość rozumu, by zorientować się, kiedy ustąpić.”

„Mój mówi mi, że jeszcze nie przekroczyłem dozwolonej granicy.”

Kręcę głową. Zapomniałam, że Cody brał lekcje „Mowy Potocznej”. Zawsze był pilnym uczniem.

„Nie. Jeszcze nie. A mi przyda się tragarz. Za pół godziny przy kawiarni wiedeńskiej w Centrum Północnym.”

To taki mały test. Nie ma tam kawiarni wiedeńskiej, jest kawiarnia włoska, ale na przekór swojej nazwie serwuje głównie smakołyki wywodzące swój rodowód z Austrii. Jeśli Cody zda ten maleńki test z poruszania się po obcym terenie, spędzi kilka godzin ze mną i moim ogonem. 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *