Toy Soldiers (14)

14.

Nakarmienie małej zajmuje mi dokładnie dwadzieścia siedem minut i dwanaście sekund. Tak przynajmniej mówi mi mój wewnętrzny zegar.

Drugie pół godziny zajęło mi dojechanie z centrum do domu, włączenie mikrofalówki i odwiezienie jej potem. Ale bynajmniej nie do centrum handlowego. Instynkt ochronny wobec tego dziecka doprowadza mnie do szału, ale nie odbiera mi zdolności rozumowania.

Wstrzykuję sobie coś, co wymyśliła kiedyś dla mnie Surinah. To częściowo blokuje produkcję feromonów, a przynajmniej ogranicza to tylko do czasu rui. Więc to, co robię, jest dosyć bezpieczne.

Parkuję przed apartamentem Cody’ego. Powinien o tej porze być w domu. A nawet jeśli go nie ma, co przeczy mojemu odczuciu identyfikatorów, ściągnęłabym go tutaj w te pędy.

Jego mina na widok mnie z małym dzieckiem owiniętym w koc na progu jego apartamentu nie należy do tych serii „hej, przeżyłem szok życia, daj mi chwilę by odsapnąć”. Jest raczej zaniepokojony. Przynajmniej na tyle, że wpuszcza nas do środka bez słowa.

Wchodzę do środka powoli. Nie dlatego, że nie znam terenu, ale dlatego, że czuję troje innych X5 w pobliżu. Aniel. Daniel. I jeszcze jeden męski X5, którego nie znam. Jak fajnie, starzy znajomi.

Cody już zauważył kod kreskowy na karku dziewczynki i po jego minie widzę, że oczekuje wyjaśnień.

„Znalazłam ją w centrum. Samą, głodną, pośrodku tłumu obcych ludzi.” mruczę w absolutnej złości, naprawdę nie mogąc pohamować instynktu ochronnego „Pięcioletnie głodne dziecko!”

Cody przygląda się przez chwilę dziewczynce, chociaż nie sprawdza numeru jej kodu kreskowego. Okrywa ją kocem, oddając mi mój. Potrząsa głową.

„Dzięki.”

„Nie ma za co.” mówię, opanowując się już znacznie. Kilka sekund oglądania, jak Cody troszczy się o dziecko, pomogło mi. „Ona wychowuje się wśród ludzi, prawda?”

Do pokoju wchodzą Aniel i Daniel. Ja wstaję.

„Najprawdopodobniej. Nie znam jej, co zdecydowanie mówi o tym. Plus, teraz wszystkie X-serie są rejestrowane.”

Unoszę ciekawie brew.

„Abyśmy nie stracili nikogo. Ludzie wciąż nas nie lubią.”

Ha, powiedz mi o tym…

„Ona mówiła coś o mamusi o tym, żebym nie naskarżyła, że uciekła z placu zabaw.” potrząsam głową w czystym zdumieniu „Jej opiekunka będzie jej szukać.”

„Zapewne.” Cody lustruje mnie uważnie „Napijesz się czegoś?”

„Jakkolwiek mam ochotę wygarnąć kobiecie, co sądzę o głodzeniu dzieci i zostawianiu ich na pastwę losu… Chryste, ona miała odsłonięty kark… pośród tłumu obcych…” naprawdę nie mogę wyjść ze zdumienia nad ludzką głupotą.

„Jak kaczka na strzelnicy.” sucho komentuje żeńska X5 „Jestem Aniel. Dzięki, że ją przywiozłaś. Zajmiemy się nią i dowiemy zaraz, do kogo należała opieka nad nią.”

Wypuszczam lekkie westchnienie ulgi.

„To dobrze.” uśmiecham się i zdążam do drzwi. Cody usiłuje zablokować mi drogę.

„Nie idziesz chyba teraz? Zaraz po tym, jak zrzuciłaś tutaj tę małą bombę…”

Ratuje mnie melodyjka mojej komórki. Odbieram bez dwóch zdań. Wkurzony Nasedo.

„Tak, wiem, spóźniam się.” przerywam jego gniewną tyradę w pół zdania „Przetrzymaj ekipę beze mnie aż dotrę na miejsce. Opowiem ci później. Na razie.”

Chowam telefon, patrząc z żalem na małą śpiącą postać skuloną na kanapie w salonie. Mini wersja ja… ciekawe, czy gdybyśmy mieli dzieci z Aleciem…

Urywam myśl. Naprawdę nie potrzebuję więcej tortur w życiu.

„Jestem spóźniona na spotkanie. Zadzwonię jutro, żeby się dowiedzieć, co z dziewczynką.”

„Wiesz chociaż, jak ona ma na imię?” Cody podnosi brew, ja tylko potrząsam głową.

„Nie. Byłam zbyt wściekła na jej domniemaną mamusię i zbyt zajęta karmieniem jej, by zapytać.”

Cóż, nawet ja mam instynkt macierzyński.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *