Toy Soldiers (13)

13.

Naprawdę, nie wiem, dlaczego narzekałam na moje geny.

Już mi przeszło.

A może to dlatego, że mam naprawdę niezły ubaw. NIEZŁY w pełnym znaczeniu tego słowa.

I po raz pierwszy od dawna bawi mnie wykorzystywanie mojego poprawionego słuchu. Jajć, czy ta kobieta tylko nie powiedziała w absolutnie zazdrosnym tonie, że Surinah wygląda jakby odwiedziła farmę piękności?

Już nie wspominając, że Roswell właśnie usiłuje przetrawić sensacyjną wieść o nie-śmierci pani Parker.

Zdecydowanie, jej powstanie z martwych odciągnie uwagę i plotki od dziwnego zachowania hybryd i ich rodzin. I jeśli mam być szczera, mnie to bawi.

Surinah wygląda zdecydowanie lepiej niż przed trzema laty. Łagodny klimat, dużo słońca i morskie kąpiele i znacznie mniej stresów, a jedynie nie kończące się wakacje z ukochanym mężem, zadziałały jak eliksir młodości. Nasedo uważający na jej tyły, pilnujący jej bezpieczeństwa na pewno poprawił jej sen. No miejsce, w którym przebywają na co dzień… Familiars z całą pewnością się tam nie pofatygują bez przewodnika, dobrego sprzętu i sporego oddziału. A i tak wyspa, na której Nancy i Jeff mieszkają, ich mały prywatny raj jest ukształtowana i wyposażona tak, że nawet w pełni wykwalifikowany i wyposażony X5 miałby wiele kłopotów z odnalezieniem ich, gdyby się schowali. Nie, że Familiars w czymkolwiek dorównują X5. Jesteśmy najlepsi. Koniec kropka. Zarozumiała jestem, co nie?

Ale czasem odrobina zarozumialstwa jest potrzebna, wbrew pozorom. To pozwala utrzymać mi konieczny dystans i przypomina mi nieustannie, że nie mogę stawiać ludziom takich samych wymagań jak sobie. Oni nie dostali od genetyków takich możliwości jak ja. Tak, a już zwłaszcza moja sekretarka. Biedactwo, gdyby nie wysoka płaca i regularne premie, nie wytrzymałaby takiego tempa pracy. Praca. To mi tylko przypomina, że mój testament zalega w ciemnym kącie szuflady. Muszę iść z tym do prawnika.

Może Phillip Evans? Dumam z humorem, widząc jak kolejny stary plotkarz przechodzi przypadkiem koło kawiarni, w której spożywamy podwieczorek. Tak. On może być.

Już nawet nie policzę, jak często głowy innych gości i ich spojrzenia wędrowały w moją i Surinah stronę.

„Liz?” skupiam ponownie uwagę na mojej eks-szefowej. Opiera się o ratanowe oparcie fotela i obraca w dłoniach maleńką filiżankę z kawą. Zauważam drobne zmiany na skórze jej palców, które jakoś smucą mnie. Surinah ma znacznie więcej lat niż wpisane jest do metryki Nancy Parker i o wiele więcej, niż sugerowałaby teraz jej pogodna twarz. „Wczoraj ktoś zastrzelił Cece, pozostającą od dawna w śpiączce żonę twojego brata, a dzisiaj rano ta sama Cece ganiała radosna po ulicach Terminal City.”

Uśmiecham się nieznacznie. Żona. Potrząsam głową, ze wszystkich ludzi na świecie, to Surinah rozumie jak pojmujemy nasze związki. Chociaż może nazwanie naszych związków małżeństwem jest świętokradztwem. Małżeństwo może być anulowane lub rozwiązane przez coś innego niż śmierć.

Gwałtowny głód przetacza się przez moją głowę.

Nie powinnam myśleć o parzeniu się, kiedy lada chwila moje hormony oszaleją, karzę się w myślach. To nie jest dobre. Nie z misją tego wieczoru.

„To byłaś ty?”

Kiwam głową. Co tu dużo mówić?

„A ty? Nigdy o tym nie myślałaś?”

Mrugam. Raz, drugi. O co jej chodzi?

„O związkach.” Surinah tłumaczy mi jak małego dziecku i też tak się czuję. A jednocześnie pełna goryczy, smutku i tęsknoty. Za Aleciem, za moim zapachem na nim, za ciepłymi ustami sunącymi po moim kodzie kreskowym…

„Myślałaś.” Surinah łapie moje spojrzenie bez trudu. Marszczę brwi.

„To jest w mojej naturze, potrzeba tego. Nie poradzę niczego na to.”

„Ale chciałabyś. Chciałabyś czasami móc odłączyć tą potrzebę. Nie zaprzeczaj. Przeszkadza ci to.”

Pochylam głowę, bawiąc się małą parasolką od deseru. Ufoludek, jakże oryginalnie.

„Nie. Przeszkadza mi moje pragnienie kontaktu z innymi. Więź tylko to pogłębia. Niedawno… jadłam obiad w towarzystwie X5 531. Ten głęboki sens należenia, związku, bycia częścią grupy… to mnie rozrywa. Nie wiem, jak długo bym tutaj wytrzymała. Nie policzę, ile razy musiałam narzucać sobie żelazną dyscyplinę… To jest nawet gorsze niż podniecenie podczas rui, równie ciężkie do skontrolowania.”

„531? Czy on nie był w twojej jednostce pod rozkazami 494? I przenieśli go do innej jednostki po lutym 1989.”

Kiwam nieśmiało głową. Surinah ma dobrą pamięć.

Wzdycham, kiedy chwilę później czuję nowy identyfikator w pobliżu. Dziecko, bardzo młode. Samo. Zaskoczona rozglądam się wśród tłumu, ale nic na razie nie widzę. Za dużo ludzi.

Skupiam się.

Dziewczynka. X9.

„Surinah, ile X9 przeżyło?”

„Nie wiem, to generalnie bardzo nieudana seria. Cztery lata temu, zanim spłonęło Manticore, żyło jeszcze siedmioro, przebywające w salach dziecięcych.”

Poniżej dwóch lat… więc ta dziewczynka nie ma nawet sześciu. Psiakrew, co ona robi tutaj?

„Dlaczego zostało tylko siedmioro?”

„Raczej do dzisiaj nie został nikt. X9 to bez wątpienia klony z zamrażarki.”

Mrugam.

„Sklonowane embriony X5, które z jakiegoś powodu przebywały dłużej niż rok w hibernacji. Jak ty. Ale jak sama wiesz, hibernacja powoduje niekontrolowane późniejsze uszkodzenia w DNA, niewykrywalne zazwyczaj przez kilka lat. U X9 uszkodzenia pokazały się niemal od razu. I prawdopodobnie wszystkie cierpiały na zaawansowaną progerię. Manticore nie zlikwidowało ich, ponieważ stanowili ciekawe studium, jak większość z was może chorować, jak temu zapobiegać i mogli przeprowadzać eksperymenty nie tracąc was, w pełni wartościowych żołnierzy. X9 służyła tylko doświadczeniom, wbrew pogłoskom nie wstawiali żadnego nowego DNA. Chcieli się dowiedzieć, dlaczego jesteście najlepszą z X-serii.”

„Liczebność tej serii?”

Głód. Tęsknota. Potrząsam głową. Przeklęte hormony.

„Niepełna, nie klonowali wszystkich z zamrażarki.”

„Wiesz, ile czy nie?”

„Nie do końca. Znam liczebność embrionów, pozostających w uśpieniu ponad rok. Było ich 53, trzydzieści dziewczynek i dwudziestu trzech chłopców. Może połowę oddano do użytku, więc pewnie tyle samo sklonowali.”

Potrząsam głową ponownie. Moja irytacja jakoś wyparowuje. Smutno mi. Max Guevara mogła myśleć, że laboratorium genetyczne to nie my… ale to byliśmy my. W cholerę, co ona myślała, podkładając te ładunki? Że to nie są embriony tylko jakieś rzeczy?

Kładę głowę na oparciu, niemal już automatycznie sięgam dłonią do karku, pocierając go lekko.

X5 – 331845730594. Dokładnie dwie różnice w cyfrach od Aleca, od 331845739494. Trzy różnice w ostatnich cyfrach od Bena, od 331845739493. I jedna cyfra różnicy od mojego brata, od 331845730593.

Chryste, ile ja miałam szczęścia w życiu. Nie powinnam narzekać.

Obracam głowę jeszcze raz, skanując tłum. Irytujące uczucie głodu przyblakło. Oddycham z ulgą na ułamek sekundy. Na ułamek.

W kolejnej moje poprawione spojrzenie widzi X9, siedzącą na murku małej fontanny, patrzącą na wystawę sklepu z zabawkami.

Mała, ciemnowłosa, o brązowym spojrzeniu i charakterystycznej karnacji. Czuję się, jakbym oberwała tonowym blokiem prosto w żołądek.

X9 –594. Nie inaczej. Poprawione spojrzenie od razu łapie jej kod kreskowy. Chociaż siedzi bokiem, nie mam problemu z odczytaniem. I… nawet gdybym miała, wiedziałabym, kto to.

Ona jest jak moja młodsza wersja. Chociaż naturalnie teraz nie ma prawie podobieństwa, jako dziecko wyglądałam o wiele bardziej jak tamta Elizabeth niż jak mój brat.

„Uh, Surinah…” nieświadomie mruczę, przez co ona napina się. Cóż, pewnie wie, że moje kocie DNA się zaraz odezwie. „Lepiej już dołączę do Nasedo. Musimy być na miejscu przed północą.”

„Jasne. Powodzenia.”

Wstaję, wychodzę z kawiarni. Okrążam główny hol, idąc przy wentylatorach. Nie chcę zostawić charakterystycznego zapachu.

Minutę później opieram się o filar i patrzę z niewielkiej odległości na dziecko, a po mojej głowie baraszkują zmieszane myśli. Głód, tęsknota.

Czy to były myśli tego dziecka? Czy to dlatego mój związek z bratem dostał świra, włącznie ze mną?

I dlaczego głód?

Tęsknotę jestem w stanie zrozumieć. Prawdopodobnie efekt rozwiniętej więzi, i od kiedy nie wyczuwam żadnego małego X9 w pobliżu, ona zapewne tęskni za bratem… jeśli żyje, oczywiście. Jakoś nigdy nie trafiłam na identyfikator podobny do identyfikatora mojego brata.

Ale zaraz. Biggs nie był w zamrażarce. Tylko ja.

Przełykam nerwowo. Dziesięć metrów ode mnie siedzi moja mini-wersja, a ja tu debatuję, co zrobić.

Tak więc głód… Głód?

Patrzę się na jej drobną sylwetkę. Jest drobna. Fakt, ale jest też dobrze ubrana. Jest czysta, włosy ma porządnie zaplecione w dwa warkocze. Warkocze! Moja ulubiona fryzura.

„Ile w nas zależy od genów, Alec? Mam na myśli zachowanie… Ile procent?”

Wzdycham. Mini-wersja mnie. O Boże. O Boże. No wiecie, ja wiem, że X7 to klony X5, ale nie jest ich dużo, poza tym one nie są samodzielne i nie ma żadnego znaku, by kiedykolwiek rozwinęli osobowości, jak my.

Skupiam się na dziewczynce… tak samo, jak skupiam się, by wyczuć brata.

Głód. Tęsknota. Irytacja. Głód.

„Co do diabła…?” mrużę oczy w furii. To dziecko jest głodne!

Kto do diabła dopuścił się takiej zbrodni?

Mam ochotę zakatrupić kogokolwiek, kto do tego dopuścił. Po pierwsze, to jest dziecko. Po drugie to jest dziecko transgeniczne. Bez treningu, dyscypliny. Prawdopodobnie samodzielnie nauczone panować nad instynktami i potrzebami ciała.

Skupiam się. Tak. Ona sama się uczy większości.

Powoli, tak, by mnie zauważyła odpowiednio wcześniej, podchodzę do niej i klękam, nie krzyżując jednocześnie jej prywatnej strefy. Przez kilkanaście sekund pozwalam, by mój zapach dotarł do niej i zrobił swoje.

Psiakrew, ona pachnie niemal tak identycznie jak. Ta sama składanka genetyczna.

Dziewczynka ogląda mnie przez chwilę uważnie, ale najwyraźniej jej instynkty podświadomie już jej powiedziały, że nie jestem groźbą. Dobrze. Życie wśród ludzi nie stępiło rozpoznania innych jak ona. Chociaż to dobre. Ale delikatne, niewyczuwalne nawet dla uszu zwyczajnych X5, chlupotanie w jej żołądku mówi mi wyraźnie, że muszę się śpieszyć, zanim irytacja i potrzeba jedzenia wezmą kontrolę nad tym młodym ciałkiem.

„Nie powinnaś być tutaj sama. Gdzie cię zostawili opiekunowie?”

„Nie lubię placu zabaw.” X9 wydyma wargi żałośnie „Nie powiesz mamusi, że uciekłam stamtąd?”

Mamusi?

Hm. Co za głupia kobieta. X9 i plac zabaw? Jasne, lubimy ruch, ale tam są inne dzieci. Ludzkie dzieci. A dzieci potrafią być o wiele bardziej bezlitosne niż dorośli.

Mam ochotę skręcić kark jej opiekunce.

„Nie powiem…” potrząsam głową, moje oczy nie zostawiają jej. W końcu wzdycham używam mojej zdolności, by wtłoczyć w jej główkę uczucie gwałtownej potrzeby wydostania się stąd… i przejmuję na chwilę jej uczucie głodu. Brązowe oczka X9 rozszerzają się w zdumieniu. Ona zaczyna pojmować, że jestem z X-serii. Mądre dziecko. „…jeśli ty nie powiesz innym. Więc?” wyciągam powoli dłoń.

Dziewczynka patrzy na mnie, na dłoń, potem podnosi się z fontanny i bezceremonialnie wgramola się na moje kolana, wtulając swoją dziecięcą twarzyczkę w moją szyję. Coś dziwnego rośnie w moim gardle i muszę wziąć głęboki oddech, by to uczucie odeszło. Jednocześnie zapach dziecka wbija się w moją głowę. Już na zawsze.

Cholerna pamięć ruchowa.

Podnoszę się i wynoszę dziecko z centrum handlowego, zanim zwrócimy czyjąkolwiek uwagę. Zwłaszcza, że nie czuję nigdzie w pobliżu żadnego transgenicznego.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *