Toy Soldiers (12)

12.

Wchodzimy do restauracji tylnym wejściem, ale czuję się dość nieswojo. Kilka identyfikatorów wrzeszczy w mojej głowie, i to tak mocno, że moja głowa wręcz huczy.

Coś dziwnego wisi w powietrzu.

Psiakrew, to ja. Przecież będę miała ruję. Męscy X5 wyczują to od razu. Bynajmniej nie rzucą się na mnie, ale będą wiedzieli, kim jestem.

Pociągam Maxa od razu na zewnątrz. Prawie każdy stół jest zajęty, żaden przez X5. Szczęśliwie, Kyle i Tess siedzą przy jednym.

„Hej, możemy się dosiąść?” pytam się uprzejmie, moje oczy uspokajająco spoczywają na Tess. Ona zwraca zaskoczona moje spojrzenie. Z jej twarzy zniknęła już bladość i cienie, najwyraźniej nie dokuczają jej już poranne mdłości, a i psychicznie czuje się lepiej.

Plus, jesteśmy w publicznym miejscu. To gwarantuje nie eskalowanie sytuacji. Naprawdę.

„Oczywiście.” Tess kiwa głową i zabiera torebkę z wolnego krzesła. Max siada obok. Przez chwilę gawędzimy dość beztrosko, ale widzę wyraźnie, że Max jest nieobecny myślami. Ma najdziwniejszy wyraz twarzy, zupełnie jakby czuł, że ktoś znajomy jest w pobliżu, a nie mógł go zlokalizować. Uśmiecham się znad mojego koktajlu.

„Zbliżają się zmiany, Max.” rzucam nagle, bez ostrzeżenia. Wyrwany z tego zamyślenia niemal podskakuje na krześle. Wzdycham wewnętrznie i rzucam mu ostrzegawcze spojrzenie, wskazując jednocześnie na Tess, która nagle z jakiegoś powodu zainteresowała się zawartością swojej torebki.

Raz… dwa… trzy…

„Co to ma do zdobycia klucza do naszego transportu, Liz?” Max mówi wolno, niepewnie, przerzucając zaniepokojone spojrzenie ode mnie na Tess i z powrotem.

„Pamiętasz… hm, lekcje, których Kal udzielał wam wszystkim… na temat… hm, aspektów dorosłego życia?” widzę, jak Kyle usiłuje przyjść na pomoc swojej dziewczynie i wziąć na siebie ciężar tej odpowiedzialności. Szczęśliwa Tess, dumam.

Max marszczy brwi przez chwilę, a potem nagle zrozumienie przebiega przez jego twarz. Złote spojrzenie wędruje niedowierzająco do płaskiego jeszcze brzuszka Tess i widzę, jak jego rysy ściągają się w zmartwieniu.

„Tess…” zaczyna w tej samej chwili, kiedy kopię go zupełnie nie delikatnie pod stołem. Max oczyszcza gardło. Chyba zrozumiał. „Dlaczego nam nie zaufałaś? Im wcześniej zaczęlibyśmy szukać sposobów, by wszystko skończyło się szczęśliwie…” zamiera.

Dziewczyna przesuwa się niewygodnie, jest na krawędzi łez. Ciąża, hormony i kobiety, wzdycham. Tess jest tylko tak paranoidalna w ochronie swojego dziecka, jak Cece była w stosunku do swoich. Ale Max jest mężczyzną, on nigdy nie pojmie tego matczynego instynktu, tej głębokiej, pierwotnej siły, potrzeby ochrony życia noszonego pod sercem. Chyba tylko silne ochronne instynkty transgenicznych ojców się z tym równają… Ale z drugiej strony ich ochronne instynkty wobec partnerki i tak są silniejsze niż wobec potomstwa. Pamiętam dobrze z tamtej przyszłości. Gdyby przyszło do jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, Biggs bez myślenia wybrałby Cece i ją by ochronił, przed dziećmi. Cece z kolei ochroniłaby najpierw dzieci niż siebie… i tak zamyka się koło wzajemnej troski. Natura tudzież rodzeństwo Sandeman naprawdę pomyśleli przed tworzeniem naszych instynktów. Nasze współdziałanie chroni nasz rodzaj.

Nagle mam ogromną ochotę roześmiać się na głos.

Nasze współdziałanie chroni nasz rodzaj.

Dlaczego z jakiegoś pokręconego powodu czuję, że to stało za tworzeniem mojej więzi z Biggsem? W końcu obojętnie jak twardo bym usiłowała, nigdy nie zapomnę, że jestem X5. To jest w mojej krwi, nie mogę temu zaprzeczyć. Ale współdziałając z Biggsem… cóż, z pewnością ochroni mnie to od zwariowania na obcej planecie. Dziękuję, Surinah.

„Nie chcę wchodzić w butami w tę uroczą scenkę…” przerywam to tragiczne-wpatrywanie-się-nawzajem-w-oczy Tess i Maxa „Ale myślę, że cała wasza trójka potrzebuje coś wiedzieć… zanim podejmiecie jakąkolwiek decyzję. Cóż, decyzja została podjęta za was.”

„Nie masz żadnego prawa mówić nam, co mamy robić!” Kyle praktycznie skacze z krzesła, oburzony. No tak, on nie wie. Max praktycznie przyszpila go na siedzenie.

„Racja. Ale ma święte prawo d e c y d o w a ć, co będziecie robić. I jeśli mówi, że musicie coś wiedzieć, wtedy nie macie wyboru.” głos Maxa jest niski, wręcz niebezpieczny. Mam ogromna ochotę gapić się na niego w kompletnym zdumieniu. To jest jakaś paranoja. Już słyszałam te słowa, w innych ustach, w ochronnych ustach mojego brata, w nieco innym znaczeniu, ale jednak… Ale mój trening zwyciężą.

„Ktoś nam tutaj czegoś nie mówi…” Tess ciągnie wstrząśnięte spojrzenie ode mną do Maxa, ale w tym spojrzeniu jest też nadzieja. Mała, ale jest. No cóż, przynajmniej pominęła milczeniem fakt, że „mam święte prawo decydować”.

„Wszyscy tutaj wiemy, dlaczego byliście sześciolatkami, kiedy trafiliście do Roswell.” mówię spokojnie. Tak, ptaszki i pszczółki do kosza, tutaj wchodzi zaawansowana biologia i powód, dla którego hybrydy pozostawały w inkubatorach przez tyle lat. Ich obca część po prostu była zbyt silna w okresie płodowym i wczesnych latach dzieciństwa. Ich płuca nie były jeszcze przystosowane do naszej atmosfery. Jeden drobny szczegół, a jak ważny. Później nie ma żadnego powodu, by dziecko miało mieć problemy z życiem na Ziemi. Ale my nie dysponujemy żadnymi inkubatorami ani technologią do ich tworzenia. Te cztery z groty są zbyt zużyte. „Więc przejdę do sedna. Musimy wrócić do domu.”

„Ale nie ma na to sposobu, Liz!” Tess protestuje gwałtownie. Max nieznacznie rumieni się. Ciekawe, o czym myśli.

„Myślę…” mówię wolno „Że skoro był sposób, by was tu przywieźć, to i będzie sposób, by was stąd wywieźć.”

„Będzie, nie jest?” błękitne oczy patrzą na mnie błagalnie i wyczekująco. Wzdycham. Ochronne instynkty macierzyńskie. „Nawet jeśli uda nam się pokonać wszystkie przeszkody, poczynając od tego, że nie wiemy, gdzie jest nasza własność, a kończąc na tym, że nie mamy drugiego pilota…”

„Tess.” łagodny lecz stanowczy głos Nasedo alias Ed Harding przerywa jej paniczną tyradę „Elizabeth wyraziła się jasno. Decyzja została podjęta za was. Przez nią. Nie myślisz chyba, że podjęłaby ją, nie będąc pewnej jej realizacji?”

Tess odwraca się gwałtownie i patrzy z otwartymi ustami na zmiennokształtnego.

„Wracamy, Tess. Ty, ja, dziecko, twoja rodzina, Kal… no i Liz, oczywiście.” dodaje ze skrzywionym uśmieszkiem, sadowiąc się w ostatnim z wolnym krzeseł.

„Liz?” Tess patrzy się tępo.

Wzdycham. To będzie bardzo przyjemny posiłek.

„Tak, ja.” przytakuję bez niezdecydowania i patrzę na nią twardo „Za około tydzień, jeśli coś pójdzie nie tak. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za trzy dni będziemy mogli odejść. Sugeruję, żebyście poukładali swoje sprawy tutaj, bez wspominania komukolwiek o planach. A już zwłaszcza szeryfowi.”

„Czemu?” Kyle marszczy brwi „Tata zasługuje wiedzieć.”

„Tak, zwłaszcza, że ty…” dźgam go palcem w pierś „…nie zostawisz Tess ani swojego dziecka. Dowie się, będzie miał czas, by powiedzieć do widzenia. Ale jeszcze nie teraz. Nie chcę, by Amy się dowiedziała.”

„No i wszystko jasne.” Nasedo kwituje. Rzucam mu mordercze spojrzenie, sugerujące wyraźnie co mu zrobię, jak rzuci na tapetę opowieść o Familiars. Nasedo posłusznie się zamyka, a ja uśmiecham się z satysfakcją z tego małego pokazu władzy.

Moje geny zdecydowanie świrują. Tym razem przyszła kolej na geny dowódcy.

Psiakrew, nie mogłaś mnie zrobić z innego koktajlu genetycznego, Surinah? Musiałaś wykorzystać w swoich planach bliźniaczkę szefa X-serii? Ja wiem, że chciałaś jak najlepszy materiał genetyczny i tak dalej śpiewajmy tę piosnkę… tylko dlaczego ja teraz muszę za to płacić? Albo ktoś, kto stanie na mojej drodze?

Wzdycham ciężko. Tak czy siak zobaczę Surinah przed akcją w Utah. Ona jest w Roswell i łaskawie życzy sobie mnie widzieć.

Naprawdę, to będzie dłuuuugi tydzień.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *